
BIEGUN POŁUDNIOWY, STRZYŻÓW. Jacek Libucha jako trzeci Polak w historii samotnie przemierzył Antarktydę.
54 dni wędrówki, z ważącym ponad 110 kg ekwipunkiem. Do pokonania dokładnie 1150 km w niełatwych warunkach. Cel: Biegun Południowy. 5 stycznia pochodzący ze Strzyżowa Jacek Libucha dołączył do niewielkiego grona Polaków, którzy samotnie i bez wsparcia dotarli do Bieguna Południowego. Wcześniej dokonali tego Małgorzata Wojtaczka oraz Marek Kamiński.
Jacek Libucha, to jak sam o sobie pisze, zawodowo – menedżer z wieloletnim doświadczeniem projektowym w przemyśle i sektorze energetycznym. Z zamiłowania – podróżnik, poszukiwacz przygód, sportowiec, obserwator natury. Prywatnie – mąż fantastycznej żony, ojciec dwóch fantastycznych córek.
Prawie 2 miesiące temu wyruszył samotnie z zatoki Hercules Inlet, skąd do bieguna jest około 1150 km. Z ponad 100-kilogramowym ekwipunkiem pokonywał dziennie od 15 do 30 km. Na Antarktydzie świętował Boże Narodzenie, Nowy Rok i swoje urodziny.
Jeszcze 30 grudnia informował na swojej stronie, że udało mu się pokonać najtrudniejszy odcinek. W kolejnej relacji była już tylko radość. „Dzisiaj, 05 stycznia 2020, o 17:41 czasu chilijskiego (21:41 czasu polskiego), po 53 dniach 4 godzinach i 1 minucie, dotarłem na Biegun Południowy! Przebyłem na nartach samotnie, bez wsparcia z zewnątrz 1141 km. Dołączam do grona około 30 ludzi w historii wypraw polarnych, którym się to udało. W Polsce jest nas troje: Marek Kamiński, Gosia Wojtaczka i ja – Jacek Libucha ze Strzyżowa nad Wisłokiem, syn Barbary i Adama” – napisał podróżnik.
Następnego dnia przyznał, że końcowe dni okazały się dużo trudniejsze niż przewidywał: „po pierwsze mocno dawało się odczuć rozrzedzone powietrze, a po drugie nawierzchnia była oporna. Szedłem dużo wolniej, więc musiałem rekompensować to dłuższymi godzinami marszu. Ostatnie cztery dni to znowu marsz „w mleku” – zwłaszcza słaby kontrast mocno przeszkadzał. Mimo wszystko, bliskość celu (i kończące się jedzenie…) popychała do przodu. Gdy zobaczyłem w końcu anteny Stacji Amundsena-Scotta, to jakbym dostał zastrzyk adrenaliny” – wyznał.
Pobyt na biegunie nie był długi. „Akurat gdy dotarłem, ładowano awionetkę, która wylatywała za godzinę i dwadzieścia minut, a następna może byłaby za kilka dni. Doszedłem więc szybko do oznaczeń Bieguna, zrobiłem zdjęcia, a relację napisałem już na pokładzie samolotu. Wysłałem w czasie międzylądowania na tankowanie.” Bezpieczny w bazie na lodowcu Union Glacier regeneruje siły i przygotowuje się do powrotu.
wk


