
SMARŻOWA, PORTORYKO. Ks. Stanisław Szczepanik miał 63 lata. Został zaatakowany i bestialsko pobity, gdy jechał rowerem na poranną mszę.
W miniony czwartek w Krakowie pożegnano tragicznie zmarłego w Portoryko w Ameryce Środkowej ks. Stanisława Szczepanika pochodzącego z niewielkiej wsi Smarżowa k. Dębicy. Duchowny zginął 16 sierpnia z rąk – jak podejrzewa miejscowa policja – handlarzy narkotykami. Okoliczności zabójstwa wyjaśniają portorykańskie służby.
Urnę z prochami ks. Szczepanika złożono w Grobowcu Księży Misjonarzy na cmentarzu Rakowickim. Żegnali go m.in. licznie przybyli mieszkańcy jego rodzinnej miejscowości, którzy wspominają go jako wspaniałego, oddanego ludziom kapłana.
Tragiczne wydarzenia z udziałem duchownego rozegrały 16 sierpnia. Ks. Stanisława Szczepanika znaleziono nad ranem na chodniku nieprzytomnego i z rozbitą głową. Obok leżał rower, którym misjonarz jechał na poranną Eucharystię. Nie było żadnych świadków zdarzenia. Następnego dnia duchowny zmarł nie odzyskawszy przytomności. Lekarze orzekli śmierć mózgu spowodowaną licznymi krwiakami wewnętrznymi i innymi obrażeniami. Zgodnie z ostatnią wolą ks. Szczepanika, zawartą w testamencie napisanym zakonnym zwyczajem przed wyjazdem na misje, jego narządy przekazano do przeszczepu.
Jak podaje serwis Il Sismografo, według funkcjonariuszy, ks. Szczepanik został brutalnie zamordowany przez jedną lub kilka osób. – Ostateczne wyniki autopsji wskazują na to, że było to morderstwo – przyznał Gilvic de Jesús Carmona, rzecznik parafii La Milagrosa w Ponce. Carmona dodał, że sekcja zwłok wykazała liczne oraz głębokie rany na ciele misjonarza, które na pewno nie powstały podczas upadku.
– Był człowiekiem niezwykle przyjacielskim, otwartym na ludzi, którym służył, ale i braci, z którymi dane mu było pracować – mówił Radiu Watykańskiemu ks. Jarosław Lawrenz, którego zmarły kapłan wprowadzał w realia pracy misyjnej w Zairze. – Ks. Stanisław przede wszystkim był otwartym człowiekiem, poszukującym zawsze najlepszego rozwiązania dla dobra drugiego. Był bardzo pracowity i bardzo od siebie wymagał. Zawsze chciał się dobrze przygotować do pełnionej funkcji. Pamiętam, jak kończył pracę w terenie i poproszono go, żeby poprowadził kierownictwo duchowe w seminarium w Kinszasie. Zwrócił się wówczas do przełożonych, by wysłali go na studia. I w Paryżu u jezuitów skończył duchowość. Z kolei gdy szedł do buszu uczył się lokalnego języka, by móc z się porozumiewać z ludźmi, którzy zostali mu powierzeni – mówił ks. Lawrenz.
Katarzyna Szczyrek



One Response to "Misjonarza spod Dębicy zamordowali handlarze śmiercią"