„Miszcz” PR-u i „zbawca świata” po przemysku

Nie od dziś wiadomo, że dobry PR to więcej niż połowa sukcesu. A fakt, że sukces z reguły ma wielu ojców, zaś porażka jest sierotą, to używając słów klasyka „oczywista oczywistość”. Nie ma nic złego w chwaleniu się swoimi osiągnięciami, czy talentami, choć niektórych nadmierna skłonność do tego jednak zniesmacza. Kluczowe tu jest jednak słowo „swoimi”. No i ważne, by to były prawdziwe sukcesy, dokonania czy talenty, a nie tylko tzw. pozorowane ruchy, żeby tylko zaistnieć.
Polityka to taka dziedzina życia społecznego, że reklamować się trzeba, a jakże. Jeśli ludzie widzą, że polityk aktywny jest, stara się w ich sprawach, angażuje w nie, to z dużym prawdopodobieństwem może on liczyć na to, że podczas następnych wyborów ludzie będą o nim pamiętać i postawią krzyżyk czy też iks przy jego nazwisku. Tak to, na logikę, powinno działać. Powinno, ale czasem działa zupełnie inaczej. Mianowicie tak, że polityk zdoła przekonać ludzi, iż zajmuje się w zasadzie wszystkim co ich dotyczy, wszystko załatwia, każdą ludzką sprawą się interesuje, a gdy się coś dobrego wydarzy, to zawsze tylko i wyłącznie jego zasługa. Taki „zbawca świata” na szczeblu ogólnopolskim albo lokalnym.
Zapewne każde większe miasto w Polsce takiego swego lokalnego „zbawcę świata” ma. Przemyśl gorszy nie jest i paru polityków szczebla lokalnego na wspomnianych „zbawców świata” się kreuje. Na czym ta kreacja polega? Ano – tak ogólnie rzecz ujmując – na robieniu wokół siebie sporego „szumu”, także medialnego. Niektórzy radni potrafią lokalne media przekonywać, że – w zależności od potrzeb społecznych – dzięki nim śnieg właśnie pada, albo akurat nie pada – na przykład rzecz jasna.
Najzabawniejsze jest jednak prześciganie się radnych w pisaniu interpelacji. Od kiedy znajdują się one na BIP i są dla każdego mieszkańca miasta dostępne w Internecie, zaroiło się od zapytań i interpelacji dotyczących spraw w rodzaju „dlaczego liście na tym i tym drzewie nie są dość zielone?”, a także od powtarzających się w kółko tych samych zagadnień, na które dawno odpowiedziano już, albo i dawno je załatwiono! Można i 10 razy zapytać o to samo, ludzie i tak nie pamiętają, że „ale to już było”. A sztuka jest i liczy się potem do rankingu najaktywniejszych „zbawicieli świata”, tfu – radnych.
Nic to, że włodarz miasta czy gminy, albo jego urzędnik, kolejny raz musi napisać to samo – od tego w końcu on jest, by radnemu odpowiadać na pytania. Jednak PR powinno się robić uczciwie i – być może dla niektórych – niestety na swój koszt! Ostatnio w Przemyślu „wybuchła” sprawa parkowania przy ulicy Malawskiego. Niby dotyczyła jednej ulicy, ale jej mieszkańcy byli zdeterminowani i zdecydowani. Dzięki inicjatywie dwóch radnych szybko zorganizowano spotkanie mieszkańców ze służbami i władzami miasta, na którym także bardzo szybko udało się dojść do konsensusu.
Ciekawostką jest to, że już po ogłoszeniu terminu tego spotkania inny (!) radny napisał w tej sprawie …interpelację do prezydenta miasta, a następnie polecił pracownikom Kancelarii Biura Rady UM w Przemyślu skserowanie jej w sporej ilości, by potem wrzucić po egzemplarzu do skrzynek pocztowych mieszkańców Malawskiego, czy rozdać. To się nazywa PR-owski talent
– „załatwić” sprawę już załatwioną i jeszcze się zareklamować jako „zbawca świata”, korzystając z magistrackich materiałów i pracowników. Niektórzy w Internecie takie osoby nazywają „miszczami” – w odróżnieniu od prawidłowego zapisu słowa „mistrz” – ale bynajmniej nie jest to pochlebne określenie. No, ale tu chyba ktoś uważa, że czy „mistrz” czy „miszcz” to bez różnicy. Grunt, żeby opinia „zbawcy świata” za nim szła. Dodajmy, że to nie pierwszy taki „miszczowski” wyczyn tego radnego. Brawo!

Redaktor Monika Kamińska

4 Responses to "„Miszcz” PR-u i „zbawca świata” po przemysku"

Leave a Reply

Your email address will not be published.