
RZESZÓW. Najdroższy “hotel” w Rzeszowie proponuje kawę i glukozę.
Mówią o nim najdroższy “hotel” w mieście, choć z tym najdroższym to gruba przesada, bo spędzona tam noc kosztuje “tylko” 250 zł. Nie podają jedzenia, ale na życzenie klienta jest kawa lub herbata, a lekarz może zaaplikować glukozę. Na klientów czeka “moc atrakcji”. Mowa oczywiście o izbie wytrzeźwień, która w Rzeszowie mieści się przy ul. Kochanowskiego. Wszyscy, którzy będą obchodzić zbyt hucznie sylwestra, a później karnawał, mają szansę tam wylądować.
Po pierwsze, w rzeszowskiej izbie wytrzeźwień nie można zarezerwować miejsc, a jest ich zaledwie 31. Co więc zrobić, żeby tam trafić? Możemy np. zrobić jakąś pijacką awanturę domową, w czasie której żona wzywa policjantów. Tak więc transport do “hotelu” mamy już w radiowozie zapewniony. Na miejscu zostajemy, jak to mówią policjanci, “przedmuchani”, czyli zbadani alkomatem. Gdy mamy poniżej 0,5 promila alkoholu w organizmie, nie kwalifikujemy się na izbę. W izbie jest także lekarz, więc nic nam nie grozi. Jeśli widać, że coś z nami nie jest w porządku, lekarz kieruje nas do szpitala, gdzie przejdziemy zupełnie za darmo całą serię badań. Podobnie jest w przypadku, gdy mamy ponad 4 promile alkoholu w organizmie. Wówczas trafiamy na oddział detoksykacji.
Co znajduje się w cenie?
Za pobyt na izbie płacimy 250 zł. Za tę cenę przebywamy w budynku przy ul. Kochanowskiego do wytrzeźwienia, nie dłużej jednak niż 24 godziny. Jeśli jednak nadal nam “zabawy” w głowie i zagrażamy sobie oraz otoczeniu, to lekarz może kazać nas ubrać w kaftan bezpieczeństwa lub przypiąć pasami do łóżka. Minusem pobytu w izbie wytrzeźwień jest brak wyżywienia, co szczególnie męczy, bo wiadomo, że po alkoholu chce się jeść, a także brak odwiedzin przez znajomych lub członków rodziny. Za to na życzenie możemy zamówić kawę lub herbatę, choć trzeba zaznaczyć, że kawa nie będzie włoska, a herbata wyselekcjonowaną odmianą cejlońską. Za to na zlecenie lekarza możemy dostać glukozę.
Izba wytrzeźwień może być początkiem nowych “atrakcji”
Gdyby się okazało, że umrzemy, co bardzo rzadko się zdarza, to bezzwłocznie dowiaduje się o tym fakcie prokurator, policjanci oraz sam prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc. Zakładając optymistyczny scenariusz, a więc, że wstaniemy nad ranem rześcy i wypoczęci, pozostaje tylko uregulować rachunek. No chyba że przed przyjazdem do izby mocno nabroiliśmy, to odbiorą nas stamtąd policjanci. Trafimy wówczas na 48 godzin do policyjnego aresztu, a później kto wie, nawet na trzy miesiące do aresztu śledczego, ale to już inna historia.
Grzegorz Anton



8 Responses to "“Moc atrakcji” w rzeszowskiej izbie wytrzeźwień"