Modlę się do Boga o życie dla syna

- Gdy tylko dowiedziałam się z telewizji, co się dzieje w tym kraju, to cały czas płakałam. Ale mam nadzieję, że mojemu synowi nic się nie stanie. Modlę się o to do Boga - mówi Anna Pączka z Konieczkowej, mama Benedykta, misjonarza i krakowskiego kapucyna. Fot. Wit Hadło
– Gdy tylko dowiedziałam się z telewizji, co się dzieje w tym kraju, to cały czas płakałam. Ale mam nadzieję, że mojemu synowi nic się nie stanie. Modlę się o to do Boga – mówi Anna Pączka z Konieczkowej, mama Benedykta, misjonarza i krakowskiego kapucyna. Fot. Wit Hadło

Ojciec Benedykt Pączka z Niebylca od kilku dni znajduje się w środku krwawego konfliktu. Może liczyć tylko na siebie, swoich współbraci i pomoc Opatrzności.

– Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Tak mi powiedział przez telefon syn. Ale co miał powiedzieć? – mówi zdenerwowana Anna Pączka z Konieczkowej, mama misjonarza Benedykta, kapucyna, który od kilku dni żyje w środku krwawego konfliktu w Republice Środkowoafrykańskiej (RCA). Muzułmanie w tym kraju zabijają chrześcijan, a zakonnicy nie chcą się ewakuować, bo do końca chcą pomagać mieszkańcom, w tym sierotom i niewidomym.

Od poniedziałku w 8-tysięcznym miasteczku w Ngaoundaye (Republika Środkowoafrykańska) toczą się walki, które zapoczątkowali rebelianci z antyrządowej koalicji Seleka. Chrześcijan zaatakowali muzułmanie. Zginęło ponad 75 osób. Obecnie w Republice Środkowoafrykańskiej, byłej kolonii Francji, znajduje się ok. 1600 żołnierzy francuskich i ok. 5000 żołnierzy z państw afrykańskich. Według ocen ONZ, aby skutecznie przywrócić spokój i porządek, do Republiki Środkowafrykańskiej trzeba wysłać co najmniej 10 tys. żołnierzy.

Dramatyczne chwile przeżywają przebywający tam polscy misjonarze. Misja, którą prowadzą, została zaatakowana przez rebeliantów. Miejscowej ubogiej ludności pomagają kapucyni i siostry ze Zgromadzenia Służebnic Matki Dobrego Pasterza. W tej trudnej sytuacji znalazł się m.in. ojciec Benedykt Pączka, krakowski kapucyn, który pochodzi z podkarpackiej wsi Konieczkowa (gm. Niebylec).

Anna Pączka: – Płaczę i modlę się za syna
– Gdy zobaczyłam w telewizji i usłyszałam w radiu o walkach w miejscowości, w której przebywa mój syn, rozpłakałam się – powiedziała Anna Pączka z Konieczkowej. – Benek zadzwonił do mnie i powiedział, żebym się nie martwiła. Ale jak się mam nie martwić, skoro syn przebywa w takiej dziczy, jaką jest ten afrykański kraj? Tam przecież giną ludzie. Co ja mogę zrobić, jak mogę mu pomóc? Jedyne co mogę, to modlić się do Boga. Taka była wola Boga i dlatego Benek wyjechał pomagać ludziom z Republiki Środkowoafrykańskiej.

Mama Benedykta opowiada, że jej syn powiadomił ją, jeszcze przed rozpoczęciem walk, że ktoś ukradł dwa samochody, którymi jeździli zakonnicy. Przed świętami Bożego Narodzenia wysłała do Ngaoundaye 30-kilogramową paczkę z wędlinami, konserwami. – W Afryce nie ma takiego jedzenia. Wysłałam mu więc taki prezent, żeby nie zapomniał o Polsce. Niestety, paczka wróciła do Polski. Zresztą w innym opakowaniu i w wielkim nieładzie. Może zamknięto granice i nie udało się jej dostarczyć do Benka? – zastanawia się pani Anna. – Mam jednak nadzieję, bo ufam Bogu, że wszystko dobrze się skończy – dodaje mama zakonnika.

Ojciec Benedykt: – Afryka jest w moim sercu
22 września ub. roku o. Benedykt Pączka, krakowski kapucyn pochodzący z Konieczkowej, wyleciał do Czadu, a potem motorem pojechał do Republiki Środkowoafrykańskiej. Tam – jak sam mówił – zamierzał usługiwać ubogim i ewangelizować mieszkańców tego kraju. Zakonnik był już wcześniej pięć razy w Afryce. Nie jeździł tam jednak jako misjonarz, ale w odwiedziny do swoich współbraci z zakonu. – W Republice Środkowoafrykańskiej chcę głosić ewangelię ludziom ubogim, pokornym, którzy potrzebują pomocy – mówił dziennikarzowi Super Nowości we wrześniu podczas spotkania w Niebylcu.

Ojciec Benedykt od 16 lat jest zakonnikiem. Przed wyjazdem na Czarny Ląd, najbardziej obawiał się tego, że zachoruje na malarię. Kapucyn nauczył się języka francuskiego, który jest urzędowym językiem w tym kraju, i plemiennego – sango. Marzeniem kapłana było też założenie pierwszej w tym kraju szkoły muzycznej dla dzieci i młodzieży. Jeszcze przed jego wyjazdem do Ngaoundaye dostarczono 20 gitar, kolumny głośnikowe, perkusje i miksery.

Kapucyn: – Zdaję się na wolę Pana Boga
Zakonnik jeszcze przed wyjazdem do Republiki Środkowafrykańskiej zdawał sobie sprawę, że pojedzie do niebezpiecznego kraju. Od 20 lat trwa tam wojna. – Nie boję się niczego, co może mnie spotkać w Afryce. Jestem gotowy na śmierć – mówił we wrześniu ub. roku o. Benedykt Pączka. – Zdaję się na wolę Pana Boga.

Cztery miesiące temu mówił też, że spodziewa się wszystkiego co najgorsze, bo w marcu 2013 roku w tym kraju był zamach stanu, a nowy prezydent jest muzułmaninem. Już wtedy toczyły się walki, ginęli ludzie.

Kilka dni temu o. Benedykt wysyłał pierwsze alarmujące SMS-y: – Słychać strzały, także z broni ciężkiej – pisał zakonnik. – Jeżeli selekowcy zetrą się z ludnością Ngaoundaye, krew będzie się lała strumieniami. Mieszkańcy uzbrojeni są w noże, maczety, kusze. W mieście nie stacjonują wojska pokojowe. Do naszej misji dotarli Francuzi, ale powiedzieli nam, że nasze miasteczko i misja kapucyńska są za małe, by dostać wsparcie.

Misjonarze i misjonarki, mimo że czują się zagrożeni, nie zamierzają zostawić mieszkańców samych sobie.

Mariusz Andres

3 Responses to "Modlę się do Boga o życie dla syna"

Leave a Reply

Your email address will not be published.