
Superwywiad z Przemysławem Niepokój-Hepnarem, fotografem z Krosna.
– Napisał pan: fotografia to moja kochanka, obsesja i pasja. Co jest w niej takiego fascynującego?
– Dzięki fotografii nigdy nie będę samotny. Ludzie przychodzą i odchodzą, a fotografia zostaje. To mój sposób na życie, zawsze będę się tym zajmował. To cały czas jest we mnie.
– Dobre zdjęcie to takie, które…
– Posiada drugie dno, nie jest oczywiste. My, fotografowie, czasem wpadamy w pułapkę. Wkładamy wielki wysiłek w zrobienie zdjęcia, więc się w nim zakochujemy. Ale to nie znaczy, że ktoś z boku to dostrzeże. Ważne zatem, by mieć obok siebie pokrewną duszę, kogoś, na kim można polegać. Przyjaciela, ale i krytyka. Mój potencjał uwolnił Jakub Ochnio, wybitny fotograf i fotoedytor. Spotkaliśmy się w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, co można uznać chyba za zrządzenie losu – okazało się bowiem, że oboje przyszliśmy na świat tego samego dnia: 27 czerwca. To Jakub namówił mnie, bym zajął się fotoreportażem. Wcześniej robiłem przeróżne zdjęcia – wydarzenia sportowe, kulturalne, krajobrazy.
– Jaką pan ma receptę na zrobienie dobrego zdjęcia?
– Trzeba być dobrym psychologiem i umieć słuchać. Jeśli nie otworzymy się na problemy innych osób, nic z tego nie wyjdzie. Wierzę, że to co robię, ma głęboki sens. Towarzyszy mi nawet poczucie misji, choć materiał, który zmieniłby życie moich bohaterów, wciąż przede mną. To zresztą marzenie każdego fotoreportera.
– Fotografuje pan głównie ludzi, bardzo często są to portrety. Dlaczego?
– Człowiek ze swoimi emocjami i problemami – oto prawdziwe, ciężkie życie. Właśnie z tego powodu nie interesuje mnie np. świat mody i reklamy.
– W jaki sposób zdobywa pan zaufanie?
– Słucham, ale i sam opowiadam o mojej pasji. Zawsze szczerze, bez cienia fałszu. Gram w otwarte karty i mówię, że zdjęcia, które zamierzam zrobić, pokażę światu. Niektórzy po takiej deklaracji się wycofują, jednak większość obdarza mnie zaufaniem. Zdjęcia nie mogą być przesadnie obrabiane, bo wtedy przestaną być autentyczne. Każdy z nas zakłada czasem maskę, lecz mnie interesują historie prawdziwe.
– Jedna z nich była absolutnie niezwykła, bo Romowie rzadko wpuszczają do swojego świata gości z aparatem…
– Fotoreportaż powstawał w wiosce Lenartov niedaleko Bardejova. Mieszka tam kilkuset Romów, tworzących największą w tej części Europy społeczność. To miejsce, gdzie czas się zatrzymał. Kolorowe, przyjazne, tolerancyjne. Jeden z mieszkańców jest gejem i tego nie ukrywa. Problem w tym, że do tej wioski nie można sobie wejść ot tak, z ulicy. To bardzo hermetyczne środowisko. Pomogło wstawiennictwo słowackich fotografów, choć bez zgody romskiego przywódcy fotoreportaż nie mógłby powstać.

– Co sprawiło, że pana zaakceptował?
– Może to, że jak zawsze byłem szczery? (śmiech). Wiadomo, że panuje stereotyp Roma-złodzieja albo Roma żyjącego wyłącznie z zasiłków, na koszt państwa. W praktyce jest inaczej. Wioskę w Lenartovie można przyrównać do wielkiej rodziny. Wspólnoty bardzo religijnej i szczęśliwej. Czerpiącej radość z prostych, codziennych spraw. Ludzie tańczą, chodzą do lasu, szukają miłości, jak każdy z nas. I myślę, że moje prace przełamały krzywdzący stereotyp. Jeździłem do tej wioski przez kilka miesięcy, moi bohaterowie mieli wgląd w każde zrobione tam zdjęcie. Chyba mogę powiedzieć, że się zaprzyjaźniliśmy. Gdy przyjechałem tam po raz ostatni, zobaczyłem, że Romowie powiesili w chacie nasze wspólne, grupowe zdjęcie. To było bardzo wzruszające.
– Proszę opowiedzieć o przynoszącym szczęście banknocie 5 euro.
– Historia miała miejsce w Leżajsku podczas wizyty Chasydów pielgrzymujących do grobu cadyka Elimelecha. W sklepie trafiłem na grupkę Żydów, którzy nie byli w stanie porozumieć się ze sprzedawczynią. Znam angielski, więc zaoferowałem pomoc. W podzięce jeden z Żydów dał mi 5 euro. Nie chciałem przyjąć tych pieniędzy, lecz wytłumaczono mi, że to tradycja i nie mogę odmówić. To był 2015 rok, od tamtego czasu trwa moja dobra passa, otrzymuję nagrody i wyróżnienia. Z kolei w tamtym roku pobłogosławił mnie rabin, więc żeby szczęście dopisywało, niebawem znów muszę się pojawić w Leżajsku (śmiech).
– Kim jest Olek ze zdjęcia nagrodzonego w konkursie Monochrome Awards?
– To bieszczadzki wypalacz węgla. Żyje samotnie, wykonuje ginący zawód. Zdjęcie pokazuje Olka podczas przerwy w pracy, w przyczepie, z papierosem i piwem w ręku. Na jego znaczącej bruzdami twarzy maluje się autentyczne zmęczenie.
– To prawda, że ten portret powstał na przeterminowanym filmie sprzed 20 lat?
– Prawda. Znalazłem kilka pudełek filmów czechosłowackiej produkcji Fomapan. Straciły ważność w 1996 roku, lecz po sprawdzeniu okazały się wciąż użyteczne. Idealne wręcz do japońskiego aparatu Mamiya, bo otrzymaliśmy wspaniałą głębię ostrości. Filmy znalazłem w rzeczach babci, która po śmierci dziadka prowadziła zakład fotograficzny.
– Po jaki sprzęt chętniej pan sięga: analogowy czy cyfrowy?
– Aparat to tylko narzędzie. Przy wyborze techniki fotografowania nie może być przypadku. Chris Niedenthal, legendarny dokumentalista epoki PRL-u, ubolewał, że wiele zdjęć nie udało mu się wykonać, bo nie miał komfortu pracy aparatem cyfrowym. Mój dziadek pół życia spędził w ciemni, a przez ten czas mógł robić zdjęcia i nie tracić zdrowia.
– Zdobył pan wiele prestiżowych nagród. Którą z nich ceni pan sobie najbardziej?
– Na pewno pierwszą, z 2015 roku. To był brązowy medal FIAP (Fédération Internationale de l’Art Photographique; jedyna międzynarodowa organizacja fotograficzna, która została uznana i jest reprezentowana przez UNESCO – red.), w jury zasiadał m.in. Jindrich Streit, wybitny czeski dokumentalista. Nagrodę otrzymałem za zdjęcie „Imigrant czy obywatel świata?” przedstawiający portret Chasyda w Leżajsku. Niezwykle cenne jest też ostatnie honorowe wyróżnienie w konkursie International Photography Awards w Los Angeles. Zdjęcie ponownie przedstawia klimat pracy smolarzy i nie powstałoby, gdyby nie mój przyjaciel, kapitalny zresztą fotograf Tomasz Okoniewski, który zabrał mnie w Bieszczady.

– Imponujący dorobek jak na 30-latka. Może się zakręcić w głowie…
– Bez obaw, do wszystkiego podchodzę z dystansem. Wielokrotnie w życiu upadałem i podnosiłem się, i wiem, że najważniejsza jest pokora. Nagrody motywują do działania, budują prestiż i sprawiają, że ludzie mi bardziej ufają. Stanowią przepustkę do galerii, a właśnie wystawy fotograficzne sprawiają mi największą radość. Tak jak teraz, gdy moje prace prezentowane są w domu polsko-słowackim w Bardejovie.
– Pan jest samoukiem?
– Można tak powiedzieć, choć niektórzy żartują, że urodziłem się z aparatem. Pochodzę z rodziny fotografów, mój dziadek Władysław Niepokój to postać w Krośnie legendarna. Rodzice też prowadzą zakład fotograficzny. To wszystko w jakiś sposób nakładało na mnie presję, ale odnalazłem własną ścieżkę – fotografię artystyczną, fotoreportaż. Zacząłem od finału wojewódzkiego Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Krośnie w 2006 roku. Pamiętam, minus 20 było… Przez lata robiłem też zdjęcia z moich ukochanych zawodów żużlowych. Uczyłem się natomiast w Krakowie, m.in. pod okiem nieżyjącego już profesora Zbigniewa Łagockiego, arcymistrza fotografii i artysty związanego z Piwnicą pod Baranami. Miałem szczęście spotkać na swojej drodze wielu genialnych twórców, bardzo cenię Tomasza Tomaszewskiego, Mariusza Foreckiego, Marka Lapisa. Długo by wymieniać…
– Paparazzi mają się dobrze, pytanie natomiast, czy da się wyżyć z fotografii artystycznej?
– Cóż, czasem wpadnie jakiś grosz za nagrodzone zdjęcie. Jednak mam to szczęście, że jestem stypendystą ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a także rektora Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.
– Przyznał mi się pan, że chce zostać na Podkarpaciu i tutaj szukać tematów. Nie ciągnie pana w świat?
– Zwiedzałem kiedyś meksykańską wioskę, wyciągnąłem aparat, a tu nagle Indianka przyłożyła mi nóż do gardła i coś krzyczy. Okazało się, że naruszyłem tabu. Mieszkańcy wioski wierzą bowiem, że zrobienie zdjęcia odbiera im duszę. Nie tak dawno natomiast koledzy po fachu namawiali, bym jechał z nimi do Donbasu, na ukraińską wojnę. Podziękowałem, to nie dla mnie. Nie trzeba ruszać na drugi koniec świata, by zrobić świetne zdjęcie. Mnie interesuje to, co obok, moja mała ojczyzna. Przede mną dwa ambitne projekty, rozłożone w czasie, bo też szalenie pracochłonne: fotoreportaże z oddziału odwykowego krośnieńskiego szpitala i Huty Szkła Krosno. Znanemu pod każdą szerokością geograficzną zakładowi stuknie niebawem 95 lat.

– A co z weną, która czasem ulatuje?
– Gdy czujesz w sobie wewnętrzną bestię, trzeba działać! Ale nic na siłę. Bywa, że przez dwa miesiące nie robię zdjęć. Czasem temat człowieka przerasta. Wybrałem się kiedyś do Rymanowa, chciałem sfotografować niepełnosprawne dzieciaki w ośrodku. Gdy dotarłem na miejsce, nie byłem w stanie wyciągnąć aparatu…
Rozmawiał Tomasz Szeliga
***
PRZEMYSŁAW NIEPOKÓJ-HEPNAR – członek Kolektywu Fotografów AFTERIMAGE, członek Fotoklubu Regionalnego Centrum Kultur Pogranicza w Krośnie, członek rzeczywisty Fotoklubu Rzeczypospolitej Polskiej z tytułem Artysty Fotografa Rzeczypospolitej Polskiej, administrator największej polskiej grupy fotograficznej Street Dogs of Poland. Student grafiki komputerowej w mediach w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Dwukrotny stypendysta Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego za wybitne osiągnięcia naukowe i artystyczne. W ubiegłym roku otrzymał nagrodę Prezydenta Miasta Krosna za wybitne osiągnięcia w dziedzinie kultury. Laureat kilkudziesięciu ogólnopolskich i międzynarodowych konkursów fotograficznych – m.in. International Photography Awards, Monochrome Awards, ND Awards, National Geographic Polska, Krajowy Salon Fotografii Artystycznej w Żarach czy Otwarte Mistrzostwa Fotograficzne w Olsztynie. W fotografii interesuje go człowiek w ujęciu dokumentalnym i reporterskim.



3 Responses to "– Moi bohaterowie nie zakładają maski"