
RZESZÓW. Widzieliśmy nowy film Patryka Vegi. Czy „Polityka” namiesza w polityce?
„Cóż tam, panie, w polityce?” Po staremu. Niczego film „Polityka” nie zmieni. Niczego bowiem nowego o polskiej scenie politycznej nie mówi. W zasadzie jego scenariusz oparty jest na doniesieniach tabloidów i portalów plotkarskich. Co więcej, film Vegi można by nazwać odgrzewanym kotletem, bo sięga po afery dawno zapomniane, medialnie martwe, m.in. po tę z samochodami, które od bezdomnego miał dostać o. Rydzyk.
Film „Polityka” Patryka Vegi spina narracyjna klamra. Oto u jego początku – dosłownie – od karmienia kur zostaje wyrwana postać inspirowana Beatą Szydło (Ewa Kasprzyk), która ma stanąć na czele rządu. Z kolei na końcu, opozycja wpisuje na swoje listy mężczyznę (w tej roli Daniel Olbrychski) poszkodowanego w wypadku; wypadku z udziałem rządowych samochodów. Co łączy te wątki? A to, że w obydwu w politykę wciągnięci zostają everymani, czyli prości ludzie, których można zastąpić kimkolwiek – i nie potrafią się w niej odnaleźć; są nią rozczarowani. „Jeśli ma się miękkie serce, to dupę trzeba mieć twardą” – pada zdanie.
Wspomniani bohaterowie odnaleźć się nie potrafią, bo filmowa rzeczywistość przypomina tę z biblijnej Sodomy i Gomory. Bez przesady: „Polityka” jest być może najbardziej ponurym dziełem Patryka Vegi od czasu „Pitbulla”. Nie ma co wierzyć zwiastunom. Wykorzystano w nich właściwie cały komediowy potencjał filmu, wszystkie sceny o humorystycznym charakterze. Na kinowym ekranie, przez bite dwie godziny, toczą się losy polityków, którzy stopniowo ulegają zepsuciu i zgorzknieniu. I przynajmniej pod tym względem Vega jest uczciwy – dostaje się zarówno obozowi rządzącemu, jak i opozycji.
Skoro nie komedią, to czym właściwie jest „Polityka”? Nie wiadomo. Na „Idy Marcowe” jest zanadto przaśna, na „Wilka z Wall Street” nie dosyć wulgarna. Vega najpierw pokazuje swoich bohaterów (np. tych przypominających Jarosława Kaczyńskiego i Stanisława Piętę) w krzywym zwierciadle, by potem wedrzeć się w ich dusze i na chwilę przywrócić im człowieczeństwo. „Polityka” jest więc na przemian obrzydliwa, nostalgiczna i patetyczna. „Jak w życiu” – powiedziałby pewnie Patryk Vega.
Kończąc. W swojej recenzji „Polityki” Tomasz Raczek zauważył, że Patryk Vega próbuje naśladować Stanisława Wyspiańskiego, czyli innymi słowy uróść do rangi wieszcza narodowego. Ale daleko mu do tego. Nie starcza mu bowiem ani odwagi, ani wyobraźni, by opatrzyć film autorskim komentarzem – by rzeczywiście wzuć buty poety proroka. Nie stara się więc przewidywać, jak za parę lat wyglądać będzie scena polityczna w Polsce, niczego nie proponuje, nawet nie dostrzega możliwości naprawy. Po prostu filmuje moralną zgniliznę, która opanowała polityków. I to zgniliznę, o której wszyscy już gdzieś słyszeliśmy. Nuda.
Marcin Czarnik




22 Responses to "Moralna zgnilizna na wielkim ekranie"