Morderca czekał na „Światełko do nieba”

Po tragicznej śmierci Pawła Adamowicza Gdańsk pogrążył się w żałobie. W Urzędzie Miejskim w Gdańsku flagi miasta zostały opuszczone do połowy masztu, a przed magistratem pojawiły się kwiaty i znicze. Fot. dzięki uprzejmości Urzędu Miasta w Gdańsku

Nie żyje prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. Zmarł po ciosach zadanych mu przez zamachowca na scenie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

W poniedziałek po południu z Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku, do którego tuż po niedzielnym zamachu nożownika trafił prezydent Gdańska, nadeszły tragiczne wieści. Pomimo wysiłków lekarzy, Pawła Adamowicza nie udało się uratować. Prezydent Gdańska miał 53 lata, zostawił żonę Magdalenę, osierocił dwie córki 16-letnią Antoninę i 9-letnią Teresę.

O śmierci Pawła Adamowicza poinformował w poniedziałek przed godz. 15 doktor Tomasz Stefaniak, dyrektor ds. lecznictwa Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku. – Z najgłębszym żalem musimy poinformować państwa, że przegraliśmy walkę o życie pana prezydenta. Pan prezydent Adamowicz zmarł. Cześć jego pamięci. Nastąpiło to bardzo niedawno. Mimo wszelkich starań nie udało się go uratować – powiedział po południu do zebranych przed szpitalem dziennikarzy.

Wskazał także, że przyczyny śmierci będą wyjaśnianie przez prokuraturę. – To poza naszą wiedzą oraz możliwościami interpretacyjnymi. Żona nie zdążyła się pożegnać z prezydentem Adamowiczem. Jeszcze nie było jej na miejscu – powiedział dr Stefaniak.

Nikt nie powstrzymał zamachowca

Do ataku na prezydenta Gdańska doszło w niedzielę około godz. 20 podczas „Światełka do nieba” Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Na scenę, na której przebywał m.in. Paweł Adamowicz wdarł się 27-letni gdańszczanin. Przez nikogo niepowstrzymywany mężczyzna dobiegł do prezydenta i kilkukrotnie ugodził go nożem w klatkę piersiową. Po ataku jeszcze przez kilkadziesiąt sekund biegał po scenie z uniesionymi do góry rękami, w których dzierżył nóż. Nie próbował uciekać. Dopiero po chwili został obezwładniony i zatrzymany.

Paweł Adamowicz był reanimowany jeszcze na scenie, a następnie został przetransportowany do gdańskiego szpitala, gdzie przeszedł kilkugodzinną skomplikowaną operację. Wskutek masywnego, wielonarządowego urazu (narządów klatki piersiowej – serca, naczyń krwionośnych, przepony oraz narządów jamy brzusznej – jelit, wątroby) prezydent stracił mnóstwo krwi. Krótko po godzinie 2.25 doktor Tomasz Stefaniak poinformował, że prezydent żyje, ale jego stan jest poważny. – Operacja trwała pięć godzin, przetoczyliśmy 41 jednostek krwi. Urazy były bardzo ciężkie – podkreślał Stefaniak.

W poniedziałek do południa lekarze opiekujący się prezydentem Gdańska mówili, że decydujące są najbliższe godziny. Paweł Adamowicz był nieprzytomny, oddychał za niego respirator. Pomimo wysiłków zespołu lekarskiego zmarł po godz. 14.

Rządził Gdańskiem przez 20 lat

Paweł Adamowicz urodził się 2 listopada 1965 roku w Gdańsku. Był jednym z najdłużej urzędujących prezydentów miast w Polsce. Przez ponad 20 lat rządził Gdańskiem – po raz pierwszy prezydentem został 26 października 1998 roku. Niedawno po raz 6 triumfował w wyborach. – Niech żyje Gdańsk, perła w koronie Rzeczypospolitej – cieszył się tuż po ogłoszeniu wyników sondażowych po ostatnich wyborach samorządowych. W II turze wyborów uzyskał 64,80 procent głosów. – Będę wszystko robił z moimi współpracownikami, aby przez te pięć lat pokazać wam, że jestem prezydentem wszystkich, bez wyjątku, gdańszczan. Gdańsk dzisiaj po raz drugi dokonał wyboru, Gdańsk dzisiaj po raz drugi opowiedział się za Gdańskiem wolności, równości, solidarności, Gdańskiem otwartym. – mówił, bo przez lata polityki to właśnie wolność, równość, solidarność i otwartość były jego hasłami przewodnimi.

Śledztwo w prokuraturze

Policja i prokuratura zaraz po zdarzeniu podjęły czynności w sprawie ataku na prezydenta Gdańska. – Dzisiaj Prokuratora Okręgowa w Gdańsku wszczęła śledztwo w sprawie usiłowania zabójstwa Prezydenta Miasta Gdańska Pawła Adamowicza w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie i spowodowania obrażeń ciała realnie zagrażających jego życiu i zdrowiu – powiadomił w poniedziałek na stronie internetowej Prokuratury Krajowej Krzysztof Sierak, zastępca Prokuratora Generalnego. „Prokuratorzy nadzorowali oględziny miejsca zdarzenia oraz zabezpieczonego narzędzia, tj. noża wojskowego marki Kandar o długości ostrza 14,5 cm, którym posłużył się napastnik. Nadzorowali również przesłuchania ponad 20 świadków zdarzenia” – czytamy na stronie prokuratury. Sprawcy tragedii – Stefanowi W. prokurator ogłosił w poniedziałek zarzut usiłowania zabójstwa w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie. „Zgromadzony w sprawie materiał dowody wskazuje, że zachodzą wątpliwości co do poczytalności Stefana W. dlatego też zostanie on przebadany przez biegłych psychiatrów celu oceny jego poczytalności w chwili zdarzenia”. W śledztwie prowadzonym przez Prokuraturę Okręgową w Gdańsku zbadany zostanie również wątek dotyczący kwestii prawidłowości zorganizowania  XXVII Finału WOŚP w Gdańsku.

– Może nas trochę zastanawiać brak reakcji ze strony służb ochrony – przyznał na antenie TVN24 Krzysztof Liedel, ekspert do spraw bezpieczeństwa. Dodał, że „to będzie jeden z podstawowych elementów śledztwa i czynności wyjaśniających”. Nawiązał w ten sposób do sytuacji, w której napastnik przez około 40 sekund chodził po scenie, przejął także mikrofon, wykrzykując do zgromadzonych.

– Pod względem formalnym i praktycznym, w naszej ocenie, wszystko zostało dochowane – powiedział w poniedziałek podczas briefingu prasowego Łukasz Isenko, pełnomocnik firmy ochroniarskiej Tajfun, która zabezpieczała niedzielny finał WOŚP w Gdańsku. Według niego na miejscu było 50 agentów ochrony. – To więcej niż wymagają przepisy. Na pytanie, jak napastnik dostał się na scenę Isenko nie chciał odpowiedzieć. – Była to ochrona imprezy masowej, a nie osobista – mówił odnosząc się do pytań o czas reakcji służb. – Ma to zupełnie inną specyfikę. Jest ukierunkowana na zapewnienie bezpieczeństwa w tłumie. To tam było potencjalnie największe zagrożenie. Niestety, przyszło ono z zupełnie innej strony.

6 Responses to "Morderca czekał na „Światełko do nieba”"

Leave a Reply

Your email address will not be published.