
Po miesiącach lockdownu kolejne branże powoli wracają do życia i pracy. Otwarte są już kawiarniane i restauracyjne ogródki, znów można iść do teatru czy kina, a nawet do cyrku i na mecz. Ale o koncertach muzycznych na żywo na razie, nomen omen, głucho. A z tych koncertów właśnie głównie żyją nasi muzyczni idole. Z jakiejś przyczyny rządzący uważają, że koncerty na żywo nie mogą jeszcze „wrócić” ze względu na pandemię. Nie trzyma się to nijak kupy, więc branża muzyczna rozpoczęła wielki protest przeciwko temu wykluczeniu, czy nawet – jak mówią niektórzy – wyklęciu.
Nikt z rządzących nie kwapi się podać choć jednego racjonalnego powodu, dla którego koronawirus miałby nam zagrażać na koncercie bardziej niż w teatrze, kinie, czy na meczu. Nie kwapi się, bo zwyczajnie taki powód nie istnieje. – Zrobię teraz coś, co robię chyba po raz pierwszy w życiu, spróbuję wziąć ten rzad w obronę. Na chwilę! Otóż podczas koncertów rockowych zwykle jest wiele emocji. Ludzie są blisko siebie, tańczą, „pogują”, śpiewają sobie wzajemnie w twarz. Jeśli przyjąć, że taka bliskość dużej liczby ludzi jest zagrożeniem epidemicznym w obecnym czasie, to tu rozumiałbym ten rząd. Tyle, że rządzący zabronili wszelkich koncertów. Także tych w filharmonii, gdzie jak w kinie, czy teatrze można zachować dystans. Nie można zatem logicznie wytłumaczyć sytuacją pandemii tego, że muzycy są nadal wykluczeni z możliwości koncertowania – zauważa Zbigniew Hołdys, żywa legenda polskiej sceny muzycznej. – Jestem świeżo po premierze mojej nowej płyty pt. „Lumpeks” , która ukazała się w miniony piątek i na wakacje mieliśmy zaplanowany cały szereg koncertów na różnych festiwalach. Oczywiście miały się one odbyć z zachowaniem reżimu sanitarnego, na otwartej przestrzeni. Teraz okazuje się, że nic z tego nie będzie, bo nie ma żadnych przesłanek ku temu, by rząd miał zamiar sam zmienić decyzję dotyczącą naszej branży. Dlatego od niedzieli w social mediach i w przestrzeni publicznej toczymy batalię na ten temat i mam nadzieję, że rządzący pójdą po rozum do głowy i wreszcie pozwolą nam normalnie pracować!- mówi z kolei Arek Kłusowski, utalentowany wokalista pochodzący z Rzeszowa.
Wsparcie dla branży muzycznej to kpina
Rządzący jednak na razie w temacie branży muzycznej milczą, chyba, że chcą się „pochwalić” jak wspomagają artystów w czasie pandemii. – Rządzący wprowadzają w błąd społeczeństwo, twierdząc, że wspierają naszą branżę. Tymczasem to jest po prostu kpina – zauważa wprost A. Kłusowski. – Poza dwiema dotacjami, które można było uzyskać, a nie każdy też mógł z nich skorzystać, nie mamy żadnego wsparcia. Ostatnie miesiące to dla nas niepewne życie za zaoszczędzone pieniądze. Nie ma żadnego funduszu, który co miesiąc gwarantowałby nam jakąś kwotę pieniędzy po prostu „na przeżycie”. Nie robimy tego, na czym normalnie w tej branży się zarabia, czyli nie gramy koncertów – podkreśla artysta. – A nie chodzi tylko o nas samych, Koncerty to także praca i płaca ludzi, których nie widać na scenie, ale bez których nie byłoby występu. Chodzi o dźwiękowców, operatorów światła, całą techniczną obsługę. Oni są bez pracy! Ogromne dotacje, które okazały się koniec końców aferą, dostały tylko firmy, a przecież największy odsetek artystów to freelancerzy, którzy pracują na umowach-zlecenie lub umowach o dzieło i nie mając swoich działalności gospodarczych i nie „zmieścili się” w tarczach antykryzysowych – dodaje wokalista. – Ogromna liczba muzyków żyje praktycznie od koncertu, do koncertu, nie mając stałego zatrudnienia – przypomina Z. Hołdys. – Duża część muzyków prowadzi swą działalność w oparciu o umowy o dzieło, co sprawia, że nie są kwalifikowani do żadnej branży. Lekarz pracuje w konkretnym szpitalu, nauczyciel w konkretnej szkole, dziennikarz w konkretnej redakcji, górnik w konkretnej kopalni. Wszyscy ci ludzie są na etatach, z automatu podlegają pewnej ochronie, choćby związków zawodowych, które w kryzysowej sytuacji wywalczą dla nich parę groszy. W Polsce nie ma takiej ochrony dla artystów. Nie ma ich związku zawodowego, który mógłby wystąpić do rządu z żądaniem, by wypłacić im jakieś „postojowe”. Takie pojęcie dla muzyków nie istnieje- kontynuuje Hołdys. – Tymczasem w tej chwili muzycy zostali skazani na totalne bezrobocie – mówi wprost przykrą prawdę.
To strach i kara za ocenę rzeczywistości
Dlaczego akurat muzycy popadli u rządzących w taką niełaskę? Część artystów ma przekonanie, że to przez ich postawę wobec władzy, ale i charyzmę.
– Mam podejrzenie, a znam tych ludzi, że oni obawiają się manifestacji na tych koncertach. Nagle ze sceny może paść antyrządowe hasło, które podchwycą tłumy i naród zacznie się jednoczyć. A wypowiedzi artystów są coraz śmielsze, co mnie bardzo cieszy, bo ileż można tkwić po cichu w upodleniu, w marazmie politycznym i pandemicznym. Więc to, że Piasek otworzył usta i zabrał głos także w kwestiach politycznych, to, że Krzysiek Zalewski się wypowiedział, to budujące i pokazujące, że artyści mają dość! Nawet Piotrek Cugowski, który wcześniej pozostawał neutralny i nie był krytykiem tej władzy, raczej może i nawet lekko sympatyzował z nią, nagle powiedział, że jeśli to się nie skończy, to trzeba będzie wyjść na ulice. Te glosy buntu i sprzeciwu pojawiają się coraz częściej i są coraz bardziej intensywne i zaczyna to być stężone jak 99 proc. płyn do picia, albo dezynfekcji, a to znaczy, że władza musi to brać pod uwagę – stwierdza Zbigniew Hołdys.
– To wygląda na ukaranie nas za to, że muzycy bardzo odważnie wypowiadają się krytycznie na temat władzy. To taki „prztyczek w nos” dla nas za to, że mamy odwagę komentować to, co nam się nie podoba. W najbliższą sobotę gram koncert on line w rzeszowskiej „Estradzie”. Bardzo się cieszę z tego, ale to nie to samo, co koncert na żywo, który jest zupełnie innego rodzaju przeżyciem tak dla artysty, jak i dla fanów. Rządzący zdają się tego nie rozumieć. Trudno mi to skomentować, więc tu „postawię” trzy kropki – dodaje Arek Kłusowski.
Na weselu można grać – teoretycznie
Teoretycznie wolno grać dla publiczności na żywo zespołom tzw. weselnym, ale i tu okazuje się, że tylko teoretycznie właśnie. – Praktycznie nic nie wiemy – przyznaje Ewelina, wokalistka zespołu UNITED z Przemyśla. – Nie wiemy na przykład, czy skład zespołu będzie wliczał się w limitowaną liczbę uczestników wesela, czy też nie. Nie wiemy, czy wymagane będzie, by członkowie zespołu byli zaszczepieni – wylicza. – Takie pytania wciąż pojawiają się na branżowych grupach w Internecie i wciąż pozostają bez odpowiedzi – przyznaje. Do tego weselna branża muzyczna mocno dostanie „po kieszeni” z uwagi na limit liczby gości. – Wiele młodych par, z konieczności ograniczając liczbę gości, rezygnuje z zespołu weselnego – wyjaśnia Ewelina. – A to oznacza brak zarobków dla nas – zauważa.
Widać, że nasza władza muzyków nie „kocha”. No, może z wyjątkiem Zenka Martyniuka, ale i on koncertować nie może. Muzykom na wielkiej „miłości” władzy nie zależy, chcą tylko, żeby dała im normalnie pracować i zarabiać i nie traktowała „szczególnie” na tle innych branż. Dlatego protestują przeciwko wykluczaniu ich. Niektórzy mówią nawet, że zostali przez władzę wyklęci. No i trzeba przyznać, że coś w tym jest…
Monika Kamińska


