Myślałem, że więcej rodziny nie zobaczę

Fot. Pixabay (zdjęcie ilustracyjne)

Wstrząsający dziennik 39-latka ze Stalowej Woli, który od 6 do 23 marca walczył z koronawirusem. Mężczyzna przyznaje, że nie pali, alkohol pił sporadycznie. Nie chorował. Pracował przy komputerze i ma trochę nadwagi. Wirus tak go zaatakował, że były momenty, gdy myślał, że więcej rodziny nie zobaczy. Przeczytajcie jego historię i dbajcie o siebie!

– COVID to nie jest „hehe, cięższa grypa”, „choroba ze śmieszną śmiertelnością” czy „przeziębienie”. COVID to loteria. Taka loteria, w której człowiek rozumny nie powinien chcieć brać udziału, ponieważ w tej loterii nie ma nagród. W najlepszym wypadku wyciągniesz los pusty, ale jak będziesz miał mniej szczęścia to będziesz walczył w szpitalu o oddech srając pod siebie (to nie przenośnia) – zaczyna swoją opowieść opublikowaną na mikroblogu 39-latek ze Stalowej Woli.

Zaczęło się 5 marca

– Piątek, 5 marca. Rano krew w moczu, biorę furaginę, wieczorem stan podgorączkowy. 6 marca (sobota) – 38 stopni, krew w moczu, sporadyczny kaszel, biorę furaginę i pyralginę. 7 marca (niedziela) – 38.0 do 39.2. Biorę pyralginę. Kaszel częstszy. Lekki ból głowy i pleców. Brak apetytu. 8 marca (poniedziałek) – rano temperatura w normie, ale umawiam się do lekarza POZ, kaszel lekki, mocz bardzo ciemny. Po 10.30 samopoczucie się pogarsza. Lekarz kieruje na test. Wieczorem temperatura 38.5. 9 marca (wtorek) – noc w zasadzie nieprzespana. Rano test COVID-19. Temperatura do 38 stopni, kaszel uporczywy, przychodzący falami, duszący i ciągnący na wymioty. 10 marca (środa) – po północy wynik testu – pozytywny. Nadal duszące napady kaszlu, ale gdy ich nie ma czuję się w miarę normalnie, temperatura 37 – 38 stopni. 11 marca (czwartek) – noc lepsza niż wcześniej, ale bardzo męcząca 12 – 14 marca stopniowe pogorszenie stanu – relacjonuje chory na koronawirusa.

Leki nic nie zmieniają

Mężczyzna przyznaje, że kontaktował się z lekarzem przez teleporadę.
– Dostaję leki, które nic nie zmieniają, a stan jak się pogarszał tak się pogarsza – nie kryje mężczyzna i prosi, by na wszelki wypadek spakowano go do szpitala.
– Kaszlę coraz bardziej, a saturacja spada do około 90. Telefon na 112 z pytaniem, czy to ten moment że potrzebuję pomocy? Dyspozytor twierdzi że mam sobie dzwonić na nocną świąteczną opiekę medyczną. Tak też czynię. Dostaję kolejne leki, a stan jak się pogarszał tak się pogarsza. Kilka godzin później coraz bardziej się duszę, saturacja spada poniżej 85, drugi telefon na 112. „Szukamy karetki bo ani jednej wolnej nie ma, proszę uzbroić się w cierpliwość”. Po około 30 minutach przyjeżdża zespół ratownictwa medycznego z Tarnobrzega. Podają tlen, saturacja wraca do normalnych wartości, kaszel ustaje – wspomina mężczyzna.

Zabierają do szpitala

Ratownicy przybyli do pacjenta, stwierdzają że zabierają go do szpitala, ale nie wiedzą jeszcze gdzie. – Schodzę samodzielnie w masce tlenowej. Czekam w karetce na decyzję gdzie jadę. Ratownicy rozmawiają przez telefon z dyspozytorem – w podkarpackim nie ma miejsc. W Stalowej Woli brak miejsc. W Rzeszowie brak miejsc. Pada propozycja „Górno” (ośrodek opieki paliatywnej) – dzwonią do Górna – na moje szczęście okazało się że przyjmują tam tylko gdy pacjent ma już zdjęcie tomografii komputerowej i gdy zajętość płuc nie przekracza 40 proc. Ratownik dzwoni do swojego macierzystego szpitala w Tarnobrzegu, prosi o miejsce bo „trzeba ratować chłopaka”. Ostatecznie decyzja – jadę do szpitala w Tarnobrzegu. W karetce na siedząco na tlenie. Już w Tarnobrzegu zaczęło mi się słabo robić, ratownik kazał się położyć i zwiększył ilość tlenu. W karetce na podjeździe spędziłem kilkadziesiąt minut. Przyszedł lekarz. Wypytywał o leki, stan, pierwsze objawy. Jeszcze trochę oczekiwania. Ratownicy mówią że wiozą mnie na tomografię. Karetka przejeżdża w inną część szpitala. wyjeżdżam na noszach z butlą i torbą pomiędzy nogami. Sala z TK. „Proszę się przenieść” – ledwo dałem radę. „Proszę nie oddychać”, „można oddychać”, „proszę nie oddychać”, „można oddychać”, „proszę nie oddychać”, „można oddychać”. Pytam „jak tam?” – odpowiedź radiologa(?)…

„Nie jest dobrze”

– Migruję ponownie na nosze, korytarz, zakręt, korytarz, zdezelowana winda z PRL, korytarz, drzwi, ląduję na sali „udarowej” (napis na drzwiach). Dostaję łóżko. Krzywe, zdezelowane, zamiast poduszki dostaję koc pod głowę bo poduszek brak. Chciałbym postawić sobie gdzieś butelkę wody – szafek brak. Może później. Podłączają mnie pod kardiomonitor, dają pulsoksymetr na palec, przełączają na tlen szpitalny. Dostaję 14 litrów i to ponoć maks. tego co jest obecnie możliwe ze ściany. Tlenu mało. Kaszlę. Mam duszności. Pielęgniarka stara się uspokoić mój oddech. Zakładają mi wenflon, a potem przychodzi lekarz i zakłada wkłucie tętnicze. Dostaję pierwsze leki przeciw dusznościom, kroplówki, stan się stabilizuje. Rozglądam się gdzie trafiłem – obok mnie leży chłopak mniej więcej w moim wieku – pomocna dusza. Chcę sikać, dostaję kaczkę. Pomocna dusza udziela instruktarzu użytkowania. Na przeciwko mnie człowiek około 65 lat w „dziwnej” masce – opowiada ze szczegółami 39–latek. – Okazuje się że jest na wspomaganym oddechu. Saturacja mu skacze – to 60, to 80. Obok kobieta w podobnym wieku. Też się dusi. Podpinają ją pod mechaniczne wspomaganie oddychania. Kobieta protestuje, ale ostatecznie się zgadza. Ja swojego kardiomonitora na którym jest też wyświetlana saturacja nie widzę – przynajmniej nie gdy jest włączone światło. 15 marca (poniedziałek) – leki i kroplówki jedna za drugą. Tlenu maksymalnie tyle co ze ściany. Napady kaszlu się zdarzają, ale sytuacja stabilna.

16 marca – kryzys

– Noc fatalna. Duszę się i kaszląc nie mogę złapać oddechu. Pielęgniarka w środku nocy wzywa lekarza, dostaję kolejne strzykawki leków, kolejne kroplówki. Tlenu tak bardzo brakuje że spontanicznie ze mnie zaczyna wylatywać kał. Tylko część ląduje w basenie. Myślę że nie dam rady, że więcej rodziny nie zobaczę. Podpinają mi aparat o którym mówią „high flow”. Po podłączeniu jest lepiej, bo dostaję znacznie więcej tlenu niż dotychczas, ale po chwilowej poprawie sytuacja znowu się pogarsza. Znowu nie mogę oddychać i się duszę. By uspokoić kaszel dostaję kolejne leki w tym zdaje się morfinę. Lekarz zmienia ustawienia „high flow” – jeszcze więcej tlenu. Wieczorem na salę wwożą nieprzytomną kobietę z innej sali – będą intubować. Masa wydarzeń, personelu, nerwowa sytuacja, po intubacji wywożą na OIOM – tej intubacji wolałbym nie widzieć, ale moja sytuacja się stabilizuje.

17 marca – ledwo żyję

Mężczyzna opisuje, że kolejnego dnia nadal kaszle.
– Nadal czuję, że nie mogę oddychać ale sytuacja się już dalej nie pogarsza, nadal boję się że więcej rodziny nie zobaczę – nie kryje chory. – Nie jestem w stanie jeść, pielęgniarka stara się bym zjadł cokolwiek. Przywożą nowego człowieka – 55 lat, wygląda dobrze, saturacja 70, ale zachowuje się jakby nie odczuwał aż takiego niedoboru jednak szybko się jego stan pogarsza, ląduje na wspomaganiu oddychania. Ja też dostaję kroplówki i leki. 18 marca (czwartek) – Czuję poprawę, lekarz zmniejsza ilość tlenu przez „high flow”, ale adaptuję się dosyć szybko. Nadal dostaję masę kroplówek i leków. Wynoszą mnie z sali z kardiomonitorami na inną, „zwykłą”, salę. Wieczorem słyszę że jeden z pacjentów z mojej poprzedniej sali się zatrzymał, ale ostatecznie ruszył. 19 marca (piątek) – podczas porannego obchodu lekarz dowiaduje się że przyszła rodzina pacjenta z mojej poprzedniej sali który się zatrzymał, ruszył, ale potem zmarł. Mnie jest lepiej. Znowu zmniejszenie ilości tlenu podawanego przez „high flow”, a później przejście z „high flow” znowu na tlen ze ściany podawany tym razem cienkimi wąsami. Oddycha się ciężko, ale lekarz mówi że muszę się adaptować do niedoborów tlenu. Leków jakby mniej, ale kroplówek nadal cała masa w ciągu dnia. 20 marca (sobota) – jest mi znacznie lepiej.

Odłączyli mnie od tlenu

– Mam oddychać powietrzem atmosferycznym. Ciężko. Saturacja na poziomie 85, ale daję radę. Pierwszy raz od przyjazdu wysikałem się na stojąco – nadal do kaczki, ale już nie leżąc. W nocy proszę pielęgniarkę o asekurację bym mógł spróbować dojść do toalety – udaje się. Po powrocie padam, leżę, dyszę jak pies a pulsoksymetr pokazuje 75. Do toalety było ze 20 metrów. 21 marca (niedziela) – dalsza poprawa. Saturacja w spoczynku 89-91. Pionizuję się. Jestem w stanie pomóc innym, ciężej chorym pacjentom na sali. Podczas porannego obchodu lekarz-żartowniś stwierdza że wyglądam już na tyle dobrze, że na narodowy mogliby mnie przenieść. Nie zmienia to faktu że dostaję po 5 kroplówek dziennie przeplatanych innymi lekami. 22 marca (poniedziałek) – Zastanawiają się czy mnie wypisać, ale do wieczora nic się nie dzieje więc zostaję.

Wypisany

Mężczyzna zostaje wypisany 23 marca. – Szpital organizuje transport medyczny. Gdy wchodzę do karetki uginają się pode mną nogi i tracę równowagę. Ratownik pomaga. Siadam i mnie wiozą do domu. Podjeżdżamy. Mam wejść na trzecie piętro bez windy. Ratownik niesie mi rzeczy. Parter – ok, idziemy dalej, pierwsze piętro, ee, nie jest źle. Dam radę – wspomina 39-latek. – Pomiędzy pierwszym a drugim piętrem zadyszka. Nie jestem w stanie iść dalej. Odpoczynek. Po chwili ruszam dalej. Jeden ciąg schodów i znowu odpoczynek. Po chwili staram się ruszyć dalej. Znowu półpiętro i kolejny postój, kaszel, brak tlenu, robi się ciemno przed oczami – chyba nie dam rady. Po chwili odpoczynku znowu widzę normalnie. Już tylko 8 stopni do domu. Pokonuję dystans, przechodzę trzy kroki padam na łóżko w sypialni nie mogąc złapać tchu. Ratownik zostawia rzeczy, żegna się i wychodzi.
mrok

 

6 Responses to "Myślałem, że więcej rodziny nie zobaczę"

Leave a Reply

Your email address will not be published.