Fakt, że prawie 85 tys. zł brutto może trafić do kieszeni włodarza tylko za to, że nie udało mu się po raz kolejny objąć władzy w mieście czy gminie, musi wzbudzać emocje. Z jednej strony oczywiste jest, że ubiegać się o fotel prezydenta/burmistrza/wójta może każdy i każdy może starać się zostać samorządowcem. Z całą pewnością jest to rola trudna i odpowiedzialna, ale zawsze przy okazji pieniędzy nasuwa się konieczność porównania zarobków zwykłych mieszkańców miast i gmin do pensji, odpraw i ekwiwalentów osób rządzących jednostkami samorządowymi.
Wynagrodzenia rządzących bywają gigantyczne jak na polskie, a zwłaszcza podkarpackie realia. W większych miastach urzędujący włodarze zarabiają około 13 tys. zł miesięcznie. Najniższa krajowa pensja – bo taką właśnie dostaje większa część społeczeństwa – jest osiem razy mniejsza. Na odprawy zwykły Kowalski może liczyć tylko w nielicznych przypadkach, a o ekwiwalentach za niewykorzystany urlop zwykle może w ogóle zapomnieć: pracodawca woli wysłać pracownika na urlop, niż powiększać rachunek kosztów prowadzenia działalności.
85 tys. zł za „przegranie” wyborów to pokaźna kwota, na którą Kowalski przy stawce 1 tys. 600 zł miesięcznie musiałby pracować i odkładać w całości dokładnie przez cztery i pół roku. Nic dziwnego, że odprawy i ekwiwalenty tak bardzo emocjonują społeczeństwo, tym bardziej że pieniądze na nie pochodząc z podatków nakładanych na mieszkańców. Od dawna słychać głosy, że niepotrzebnie obciążają budżety miast, że konieczne są zmiany i nowelizacja ustawy o pracownikach samorządowych. Problem w tym, że na razie nie widać, aby ktokolwiek zamierzał się tym zająć. No bo po co?
Redaktor Ewelina Nawrot



4 Responses to "Na 85 tysięcy zł Kowalski musi pracować cztery i pół roku"