
– Badanie wyglądało tak, że pani doktor trzy razy przyłożyła synkowi stetoskop do piersi i patyczkiem sprawdziła gardełko – relacjonuje Maja Marusiak z Łańcuta, mama 17-miesięcznego Maksia, która w czasie wyjazdu urlopowego szukała pomocy dla chorego synka w puckim szpitalu. Dziecko dostało katar i pojawiły się problemy z oddychaniem. – Synek niepokojąco charczał, a jego klatka piersiowa drgała, gdy oddychał – dodaje kobieta, opisując, że na zakończenie wizyty – Maksiu dostał zastrzyk, żeby łatwiej mu było oddychać i tyle… Następnego dnia rankiem zmarł. Prokuratura w Łańcucie wszczęła śledztwo ws. nieumyślnego spowodowania śmierci chłopca przez lekarkę, który wówczas się nim zajmowała.
To miał być wymarzony urlop, który rodzice Maksia – Maja Marusiak i Mariusz Panek z Łańcuta, planowali już od dawna. – Tygodniowy pobyt wykupiliśmy jeszcze w lutym, przed wybuchem pandemii – opowiadają. – Byliśmy już wcześniej w Jastrzębiej Górze i bardzo nam się podobało, dlatego w tym roku chcieliśmy zabrać tam naszego synka. Maksiu nie mógł się doczekać wyjazdu nad morze.
Pojechali 1 sierpnia. Wrócić mieli 8 – w sobotę. – Synek bardzo się cieszył, był taki szczęśliwy. Prawie codziennie byliśmy na plaży, odwiedziliśmy ZOO w Gdańsku. Nie było z nim żadnych problemów – przyznaje Mariusz Panek.
Maksiu ciężko oddychał
Te zaczęły się w czwartek, na dwa dni przed wyjazdem. – Synek dostał wodnisty katarek, ale początkowo nie niepokoiliśmy się tym zanadto, bo już wcześniej taki miewał szczególnie jak ząbkował. Mieliśmy ze sobą kropelki do nosa, myśleliśmy że przejdzie – opowiada pani Maja. W piątek po południu Maksiu poczuł się gorzej. – Był marudny, rozdrażniony. Miał stan podgorączkowy i zaczął ciężko oddychać – tak charczeć – przyznają rodzice chłopca. – Nie tyle niepokoił nas katarek, co właśnie ten oddech synka. A gdy przyłożyłam mu rękę do piersi, wyczułam, że drga przy oddechu. Nigdy wcześniej czegoś takiego u niego nie widziałam. Maksiu wcześniej raczej nie chorował. Antybiotyk dawałam mu może ze dwa razy w życiu – opowiada pani Maja.
Rodzice chłopca zdecydowali, że skrócą urlop i wyjadą do Łańcuta jeszcze tego samego dnia. – Na miejscu mieliśmy lekarza rodzinnego, który opiekował się Maksiem. Nie chcieliśmy czekać do soboty – przyznają. Przed podróżą chcieli jednak zasięgnąć opinii lekarza. – W Jastrzębiej Górze nie było szpitala, zacząłem szukać w internecie, gdzie najbliżej można się udać z chorym dzieckiem i czy w ogóle zostaniemy przyjęci przez koronawirusa – mówi pan Mariusz. Padło na szpital w Pucku. – Mieliśmy do niego kilkanaście kilometrów, do Gdańska około 60. Choć nie mogliśmy się tam dodzwonić, zdecydowaliśmy, że po prostu pojedziemy. Około godz. 20 byliśmy na miejscu – dodaje.
– Najpierw przeszliśmy procedurę covidowską, czyli wypełniliśmy ankiety i zmierzono nam temperaturę. Synek nie miał gorączki, ale powiedziałam, że dałam mu czopek ibuprofenu, który zalecał nam lekarz rodzinny gdy synek ząbkował i miał podwyższoną temperaturę – opowiada pani Maja. – Cały czas Maksiu miał duszność, ciężko oddychał.
Do gabinetu mógł wejść z dzieckiem tylko jeden z rodziców. Poszła pani Maja. – Pani doktor siedziała przy biurku, a w gabinecie nie było nawet kozetki, tylko krzesła – opisuje. – Powiedziałam, że bardzo martwi mnie oddech synka, że jesteśmy z Podkarpacia i chcemy wrócić do domu, tylko wcześniej chcieliśmy sprawdzić co z Maksiem i czy podróż będzie dla niego bezpieczna. Pani doktor kazała podnieść synkowi koszulkę, dosłownie 3 razy dotknęła go stetoskopem i powiedziała, że ona nic niepokojącego nie słyszy i że sprawdzi jeszcze gardełko. Włożyła synkowi patyczek do buzi i powiedziała, że nie stwierdza żadnej infekcji bakteryjnej ani wirusowej. Dodała, że katarek spływa synkowi na krtań, przez co ją podrażnia i w związku z tym jego oddech jest ciężki. Ani ja ani mąż ani też Maksiu nie chorowaliśmy nigdy na krtań, więc nie wiedzieliśmy jak może to wyglądać. Skoro lekarka powiedziała, że jest w porządku, to poczułam się spokojniejsza. Na koniec zapytała mnie jeszcze czy wyrażam zgodę na zastrzyk, który ułatwi synkowi oddychanie. Nie zapytała o wagę Maksia, o to czy jest uczulony. Gdy pytałam, czy ma jakieś zalecenia, to poradziła, żeby synek był w wilgotnym pomieszczeniu, żeby nie było za ciepło ani za zimno. Powiedziałam, że długa droga przed nami i czy Maksiowi na pewno będzie dobrze oddychać, to odrzekła, że pomoże mu zastrzyk.
Pani Maja przeszła z synkiem do gabinetu zabiegowego, gdzie zrobiono chłopcu zastrzyk i powiedziano, że możemy już iść. – Wyszliśmy stamtąd z ulgą, że z synkiem nie dzieje się nic złego – przyznają rodzice chłopca.
Około godz. 21. wyszli ze szpitala i ruszyli w drogę. W trakcie podróży do Łańcuta Maksiu cały czas był świadomy. – To spał, to się budził, troszkę jadł, pił, ale cały czas ciężko oddychał. Jedyne co, to przestał mu spływać katarek – opowiada pan Mariusz.
Do domu przyjechali o godz. 5.30. – Położyliśmy się z synkiem do łóżka, ale nie spaliśmy tylko czuwaliśmy przy nim. Bałam się, bo cały czas charczał oddychając – wspomina pani Maja. – Po godz. 9. z synkiem został Mariusz, a ja poszłam do samochodu wypakować bagaże. Nie wiedziałam, że moje dziecko umiera…
Wracając z samochodu usłyszała na schodach jak pan Mariusz woła „Maksiu, Maksiu!”. – Siedziałem na skraju łóżka, synek cały czas ciężko oddychał, a w pewnym momencie w pokoju zrobiło się cicho – wspomina nie kryjąc emocji pan Mariusz. – Wziąłem synka na ręce, zbiegłem z nim na dół, Maja zaczęła reanimować synka, a ja dzwoniłem pod 112.
Najpierw przyjechała karetka z Łańcuta, potem z Rzeszowa. – Reanimacja synka trwała godzinę, w tym czasie miał 5 razy podawaną adrenalinę, ale nie reagował, nawet nie drgnął. A z każdą minutą nasza nadzieja nikła – opowiadają zrozpaczeni rodzice.
Chłopiec zmarł. – Byliśmy w szoku, pani doktor mówiła, że miał zwykły katar. Jak można umrzeć na katar?! – dodają.
Wszczęto śledztwo
Sprawą zajęła się łańcucka prokuratura. W mailu od Marka Jękota, Prokuratora Rejonowego w Łańcucie czytamy: „W dniu 8 sierpnia prokurator dyżurny z Prokuratury Rejonowej w Łańcucie powiadomiony został o zgonie półtorarocznego dziecka w Łańcucie. W celu wyjaśnienia okoliczności zgonu prokurator przeprowadził oględziny miejsca ujawnienia zwłok, ponadto zwrócił się do właściwej placówki medycznej z żądaniem wydania dokumentacji dot. udzielenia pomocy dziecku. W dniu 8 sierpnia przesłuchano w charakterze świadków rodziców zmarłego dziecka. Pokrzywdzeni w zeznaniach podnieśli, że zgon ich dziecka nastąpił najprawdopodobniej na skutek nieprawidłowo udzielonej pomocy medycznej przez lekarza pełniącego dyżur w Poradni w Szpitalu Puckim Sp. z o.o. Postanowieniem z dnia 12 sierpnia prokuratura wszczęła śledztwo ws. narażenia małoletniego na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia przez lekarza pełniącego dyżur w Poradni Nocnej i Świątecznej Opieki Zdrowotnej i nieumyślnego spowodowania śmierci pokrzywdzonego. W dniu 12 sierpnia przeprowadzona została sekcja zwłok”.
– Lekarz stwierdził ostrą rozedmę płuc i obrzęk mózgu, więc synek był niedotleniony, ale co to spowodowało nie wiemy. Zlecono dodatkowe badania, czekamy – mówią rodzice chłopca.
Jak przekazał nam prokurator Jękot, „Prokuratura Rejonowa w Łańcucie wystąpiła o przekazanie postępowania zgodnie z właściwością miejscową do Prokuratury Regionalnej w Gdańsku”.
– Nasze dziecko zabiła rutyna, ignorancja i bylejakość – mówią pani Maja i Mariusz. – Maksiowi nie zrobiono żadnych badań, nie zostawiono go na oddziale. Dla tej lekarki byliśmy pewnie kolejnymi przewrażliwionymi rodzicami, którzy przyjeżdżają z dzieckiem które ma katar. Może gdyby prawidłowo się nim zaopiekowano, żyłby nadal… Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby winni śmierci naszego synka ponieśli tego konsekwencje – zapowiadają rodzice Maksia.
Katarzyna Szczyrek



13 Responses to "Naszego synka zabiła ignorancja!"