
SUPERWYWIAD z Kamilem Koperą, historykiem, specjalistą ds. badań i dokumentacji w Muzeum Polaków Ratujących Żydów w Markowej oraz autorem książki „Losy Żydów z Markowej”
-Dlaczego do tej pory nikt nie opisał losów żydowskich sąsiadów słynnej rodziny Ulmów?
– Materiały do odtworzenia tej historii były zbyt skromne. Teraz się udało odkryć więcej, bo jak wiemy, ostatnia dekada to rozkwit mediów społecznościowych. Coraz większa rzesza ludzi – także starszego pokolenia – zakłada różnego rodzaju konta i profile, m.in. w ten sposób udało mi się dotrzeć do potomków osób, które mieszkały w Markowej oraz były z nią związane, a dziś mieszkają w Argentynie, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych czy Izraelu. Pojawiły się też pewne tropy, które wyznaczyły nowe miejsca poszukiwań w archiwach. Musiałem szerzej prowadzić poszukiwania i połączyć więcej faktów.
-Wiele mówi się o rodzinie Ulmów, ale osoby, które z nimi zginęły pozostały w cieniu. Podobnie inne ofiary Zagłady. Ta książka jest przywróceniem ich pamięci?
– Dokładnie tak. Chciałem przypomnieć środowisku lokalnemu, a także osobom, które odwiedzają Markową, nazwiska, które zatarł czas i ludzka pamięć. Wśród mieszkańców okolicy zachowały się pseudonimy, ale nazwiska czy imiona już nie. Stąd moje poszukiwania. Chciałem dowiedzieć się: kim byli ci ludzie, czym się zajmowali, jakie były ich losy. To był jeden z moich celów, który dawno sobie założyłem i powoli realizowałem, a efektem jest ta malutka publikacja. Miejmy nadzieję, że będzie miała swój dalszy ciąg. Okres wojny i okupacji został tylko wspomniany, natomiast cały czas pojawiają się nowe materiały, a także docierają do mnie osoby, które uzupełniają luki w już posiadanych informacjach.
– Jak wygląda docieranie do informacji, gdy źródeł jest tak niewiele, a imiona i nazwiska osób, o których chce się pisać często identyczne?
– Nie udałoby się to bez pomocy XIX-wiecznych akt metrykalnych z Kańczugi. Wiele osób, które urodziły się w Markowej, wiązało później swoje losy z tą miejscowością. Idąc tropem nazwisk, starałem się dotrzeć do potomków. Bardzo często okazywało się, że są oni zainteresowani tą bardzo odległą historią. To czasami kolejne pokolenie ludzi, którzy wyemigrowali nawet pod koniec XIX w. Chociaż upłynęło kilkadziesiąt lat od ostatniego kontaktu ich rodzin z Polską, okazuje się, że wciąż żywa jest pamięć o tym miejscu, legendy rodzinne z nią związane i przede wszystkim wspomnienia o krewnych, z którymi kontakt urwał się w czasie wojny.
– Jak długo trwała praca tworzenia takiej „mapy kontaktów”?
– Zbieranie strzępków informacji na temat żydowskich markowian rozpocząłem praktycznie wraz ze swoim pojawieniem się w muzeum, w 2017 r. Dostrzegając pewne luki w opowieści o przeszłości Markowej, starałem się je zapełnić. Z poparciem ówczesnej pani dyrektor, dr Anny Stróż-Pawłowskiej, powoli docierałem do kolejnych „fragmentów puzzli historycznych”, które tworzą pewien obraz. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jest on niekompletny, niektóre elementy musiały zostać pominięte ze względu na wciąż fragmentaryczne dane.
– Pisze Pan, że w 1910 r. odnotowano 174 Żydów mieszkających wśród 4480 katolików. Jak wyglądało życie takiej społeczności?
– W 1939 r. było ich już ok. 100 – 120, co spowodowane było emigracją z kraju lub przeprowadzką do większych miejscowości. To tak naprawdę kilkanaście domów żydowskich, w których czasami mieszkają 3-4-pokoleniowe rodziny związane ze sobą pewnego rodzaju więzami pokrewieństwa. Społeczność ta zajmuje się bardzo drobnym handlem lub rolnictwem. To coś, o czym stereotypowo się nie myśli w kontekście społeczności żydowskiej II RP, dlatego starałem się pokazać, że Żydzi w Polsce to nie tylko duże ośrodki miejskie czy miasteczka, ale także małe społeczności, które mieszkały praktycznie w każdej polskiej wsi. W przedwojennej Polsce, praktycznie w każdej miejscowości do czasu Zagłady mieszkało kilka, kilkanaście rodzin żydowskich. Jako przewodnik często obserwuję, że ta pamięć się zaciera. Niektóre grupy w ogóle nie mają świadomości, że w ich wsi mogła mieszkać żydowska rodzina.
– A czy przed wojną dochodziło do zdarzeń o podłożu antysemickim?
– To, co się pojawia w relacjach żydowskich, to głównie niesławny zwyczaj wieszania kukły Judasza, który był praktykowany również w Markowej. Wiemy też, że w markowskiej szkole dochodziło do różnego rodzaju wybryków wymierzonych w dzieci żydowskie. Katoliccy markowanie określali je raczej jako psoty, natomiast przez Żydów było to traktowane jak pewnego rodzaju zagrożenie. W końcu byli małą społecznością żyjącą wśród przeważającej ludności katolickiej.
– Potem przyszli Niemcy…
– A wraz z nimi stopniowo pogarszająca się sytuacja ekonomiczna. Lata 1939 – 1940 to kolejne obostrzenia nakładane na ludność żydowską. Dzieci zostały wyrzucone ze szkoły. Doszło np. do sytuacji, kiedy żydowscy rolnicy zostali okradzeni ze swoich plonów, a później musieli je wykupić. Nie było natomiast czegoś takiego jak gettoizacja. Nie przewożono Żydów do getta w Łańcucie – takowe nie istniało. Ludność żydowska była prześladowana, stygmatyzowana, zdarzały się pojedyncze morderstwa, jednak do końca lipca 1942 r. mogła mieszkać we własnych domach. Inaczej niż w sąsiednim powiecie rzeszowskim. Tam w połowie maja zmuszono Żydów do przeniesienia się do mniejszych gett, które pod koniec czerwca zlikwidowano, a ich mieszkańców przewieziono do getta w Rzeszowie. W Markowej polityka była nieco inna, ale jednocześnie budowało to atmosferę grozy. Miejscowi Żydzi doskonale wiedzieli, co się dzieje z ich krewnymi w Rzeszowie i oczekiwali na swój los. Z powiatu rzeszowskiego przybywali też uciekinierzy. Jednym z nich był Mojżesz Reich, którego rodzina została zamordowana na północ od Rzeszowa. Uciekł do mieszkającej w Markowej babci. Kiedy ta zginęła, dziecko po raz kolejny musiało się ukrywać. Mojżesz uciekł w rejon Kańczugi i tam przetrwał okupację.
– Jak miejscowi Żydzi starali się uniknąć śmierci?
– Kiedy na początku sierpnia 1942 r. Niemcy rozpoczęli akcję wysiedleńczą, a raczej likwidacyjną, wielu Żydów po prostu uciekło z domów. W początkowym okresie próbowali przeżyć, koczując wokół miejscowości i przychodząc do swoich polskich znajomych czy przyjaciół, prosząc o żywność, albo możliwość przespania się w zabudowaniach gospodarczych. Niemcy cały czas przypominali o tym, że za ukrywanie Żydów grozi kara śmierci i ta informacja czasami była odstraszającą. Do tego Niemcy bardzo szybko zaczęli mordować Polaków w okolicy. Wydaje się, że pierwszą osobą, w bezpośredniej bliskości, która z tego powodu zginęła była Aniela Nizioł. Już w sierpniu 1942 r. w Łańcucie została zamordowana za ukrywanie rodziny Kalmana Volkenfelda, pochodzącego z Kańczugi.
Wiele osób trwało w różnego rodzaju ziemiankach, miejscach odosobnionych. Niemcy organizowali poszukiwania dzięki informatorom mogli skutecznie przeczesywać pola, łąki i lasy. Niekiedy spływały do nich wiadomości, że ta czy inna osoba przychodzi po żywność – umożliwiało to organizację zasadzek. Trudno jednak wskazać pełną skalę tego, co się działo. Społeczność żydowska stopniowo „topniała”. W pewnym momencie wokół w samej wsi i wokół niej ukrywało się ok. 50 osób. W grudniu 1942 r. ponad 20 złapano – również z udziałem miejscowych Polaków. Zostali zamknięci w tzw. areszcie w centrum wsi, a następnie zamordowani przez niemiecką żandarmerię na miejscu zwanym Okop, które znajduje się kilkaset metrów od zabudowań. Wszyscy wiedzieli, co się dzieje, słysząc strzały tamtego kierunku. Zdawali sobie sprawę, że właśnie giną ich znajomi, sąsiedzi, koledzy ze szkoły. Wiedzieli to również ukrywający się w Markowej Żydzi – wiemy, że było ich ponad 30 i większość, dzięki pomocy Polaków – przetrwała.
– Niektórzy, jak Ita Goldam, przyjęli chrzest. Czy dzięki temu kobieta przeżyła?
– To na pewno pomogło jej wtopić się w społeczeństwo. Proszę jednak pamiętać, że Niemcy prześladowali też osoby, które zmieniły wyznanie. Ita przeszła piekło. Prawdopodobnie uciekła z jednej z egzekucji. Nigdy nie opowiadała rodzinie swojej historii. Dopiero po śmierci kobiety jej syn zorientował się, że nazwisko jej ojca na akcie zgonu jest inne niż to, które od niej słyszał. Przyjeżdżając z tym dokumentem do Muzeum w Markowej docierał do historii swojej matki.
– Opowiada Pan też o niezwykłej postaci Chaima Josefa Rypsa, który działał we francuskim ruchu oporu. Jak tam trafił?
– Odkryłem jego historię w czasie intensywnych poszukiwań członków jednej z rodzin markowskich Żydów. Z przekazów wynika, że urodzony w Markowej w 1916 r. Chaim Josef (zmienił imię na Stanisław) Ryps walczył w kampanii wrześniowej i jak wielu żołnierzy znalazł się na Zachodzie. Szlak, w jaki sposób tam dotarł jest dla mnie zupełnie nieznany. Ryps we Francji działał jako przewodnik dla zestrzelonych angielskich lotników, w tym dla Johna Motta. Po wyprowadzeniu go z terenu Francji, Ryps wpadł w ręce Niemców. W opinii wielu osób załamał się on w śledztwie, w efekcie cała siatka ruchu oporu w rejonie Nantes została zaatakowana przez Niemców. Skontaktowałem się z lokalnymi historykami, ludźmi, z którymi był związany. Rodzina Motta bardzo negatywnie ocenia Rypsa, w publikacjach został osadzony jako czarny charakter, natomiast tego, na ile jest to prawdziwe, raczej nie da się zweryfikować. Warto za to zaznaczyć, że niesamowicie zaskoczone było stowarzyszenie, które opiekuje się miejscem egzekucji (Ryps za swoją działalność we francuskim ruchu oporu został stracony), że po tylu latach udało się odkryć więcej informacji na temat jednego z zamordowanych tam ludzi, więc jest to niesamowita i dość przypadkowo odkryta historia.
– A czego dowiedział się Pan o Goldmanach – rodzinie, która stała się impulsem do napisania książki?
– Jeśli chodzi o samego Saula oraz jego synów, zawsze pojawiało się pytanie, kim byli i jakie mieli związki z Markową. Zajmujący się wcześniej sprawą Ulmów ustalili, że Goldman to nazwisko, które należy łączyć z zamordowanymi Ulmami. Po raz kolejny przejrzałem akta śledztw prowadzonych w sprawie Józefa Kokota oraz morderstwa. W jednym była mowa o mężczyznach z rodziny Goldmanów z Łańcuta, a w drugim pojawiła się informacja, że byli określani nie tylko jako „Szalowie”, ale też jako „Mechelowie”. Założyłem, że ma to związek z tym, że ojcem Saula „Szalla” był Mechel, a osoby zeznające w sprawie mogły usłyszeć od swoich ojców takie określenie na tę rodzinę. Z tym założeniem prowadziłem poszukiwania. Dotarłem do znajdujących się w Łańcucie dokumentów zawierających nazwiska i adresy wszystkich Żydów mieszkających w mieście w latach 1939 – 40. Wynika z nich, że przy ul. Mościckiego w Łańcucie zameldowana była Golda Goldman oraz jej czterech synów. Jednym z nich był Mechel. W ogóle mnie to nie zaskoczyło, bo zwyczaj nadawania wnukowi imienia dziadka był powszechny.
– Dokąd zawiodło Pana to odkrycie?
– Szperając w archiwach Żydowskiego Instytutu Historycznego odkryłem, że zachowała się karta, którą Mechel Goldman wypełnił jako osoba mająca uprawnienia do służby medycznej – jako technik dentystyczny. Ze względów rasowych Niemcy nie pytali tam o imiona rodziców, ale dziadków. Miałem więc pełny zestaw ich imion. Ku mojemu zaskoczeniu i radości, w karcie jako dziadek Mechela figurował jego imiennik. Jego babką była Ruchla – informacja ta pozwoliła mi podjąć kolejne poszukiwania. Okazało się, że Mechel Goldman i Ruchla Rosengarten mieszkali w Hadlach Kańczuckich. Z kolei w księdze metrykalnej Tyczyna znalazł się zapis dotyczący urodzin ich syna, który miał na imię Saul. Wpis ten zawierał również informacje, że Mechel pochodził z Markowej. To wszystko złożyło się w pełną całość. Za pomocą akt metrykalnych prześledziłem też to, co działo się w Markowej na początku wieku. Pojawił się tam zarówno Mechel Goldman, jak i Chana Rosengarten (siostra Ruchli), którzy tu mieszkali – zachowały się wpisy dotyczące ich obecności przy nadawaniu imion nowonarodzonych żydowskich markowian. W Rzeszowie natomiast pojawiają się akta, które mówią, że Mechel był kupcem w Markowej, a także dotyczące ślubu jego syna. Wszystkie te informacje uprawdopodabniały moją wersję, tego kim byli synowie Saula i jakie były ich związki z Markową.
– A która z informacji, na którą natknął się Pan podczas pracy była największym odkryciem?
– Myślę, że historia Chaima Josefa Rypsa oraz francuskie informacje na temat jego działalności były dla mnie największym zaskoczeniem. Ponadto oczywiście zakończone sukcesem śledztwo dotyczące tożsamości synów Saula i jego samego. Dużym rozczarowaniem okazało się natomiast to, że nie udało mi się odkryć żadnych powiązań rodzinnych pomiędzy Saulem Goldmanem oraz jego rodziną a rodziną Chaima Hersza Goldmana, czyli ojca Lei i Goldy – dwóch kobiet, które wraz z Saulem i jego synami ukrywały się wraz z dzieckiem jednej z nich u rodziny Ulmów i zostały z nimi zamordowane. Pomimo identycznego nazwiska, nie ma też oczywistego powiązania pomiędzy rodziną Idy Goldman – córki Jakuba, a tymi dwiema rodzinami. To, w jaki sposób i czy w ogóle ci ludzie byli spokrewnieni, czy też łączyło ich tylko nazwisko jest wielką zagadką. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda się to ustalić.
Rozmawiała Wioletta Kruk



8 Responses to "Nazwiska, które zatarł czas i ludzka pamięć"