KOSZYKÓWKA. I LIGA MĘŻCZYZN. Nadkomplet widzów oglądał sobotnie derby Podkarpacia w Łańcucie.
Gdy na 2 sekundy przed końcową syreną Dariusz Oczkowicz przymierzył za trzy punkty, w ekipie Sokoła powróciły koszmary z jesiennych derbów, które krośnianie wygrali w nieprawdopodobnych wręcz okolicznościach właśnie po rzucie Oczkowicza. Tym razem szczęście było jednak po stronie drużyny Dariusza Kaszowskiego, która nadal pozostaje niepokonana we własnej hali.
– Chcieliśmy wygrać ten mecz i po ostatnich dwóch porażkach wrócić na właściwe tory. Punktowo to był chyba mój najlepszy mecz. Nie miałem również chyba po raz pierwszy w tym sezonie żadnej straty, co mnie cieszy najbardziej. Co przesądziło o naszym zwycięstwie? Bezpańskie piłki, deska i szybko łapane przewinienie przez gości. Przy tak równych zespołach właśnie takie szczegóły mają znaczenie – analizował sobotni mecz rozgrywający Sokoła, Marcin Pławucki.
Obawy gospodarzy
Gospodarze przystępowali do podkarpacki derbów ze sporymi obawami. Nie mógł zagrać Bartosz Czerwonka, mającego złamany nos Karola Szpyrkę dopadła choroba, Maciej Klima narzekał na uraz pleców, a dyspozycja Dawida Bręka, który w tym sezonie nie zagrał jeszcze ani minuty była sporą niewiadomą. Początek meczu wydawał się potwierdzać fakt, że gospodarze już od pierwszych sekund będą mieć pod górkę. Po niespełna 4 minutach goście prowadzili bowiem 9:3. Miejscowi po raz pierwszy wyszli na prowadzenie na 100 sekund przed końcem pierwszej kwarty (15:14), a na kolejne musieli czekać aż do końca pierwszej połowy. Wówczas przy stanie 31:33 akcją 2+1 popisał się Rafał Kulikowski i na przerwę to gospodarze schodzili prowadząc różnicą jednego punktu (34:33).
Derbowa rzeczywistość
W drugiej połowie walka rozgorzała na dobre. Jak to bywa w derbach nie brakowało zaciętych pojedynków i zwrotów akcji, ale także chaosu oraz niecelnych podań i rzutów. Ten ostatni element lepiej potrafili zrekompensować gospodarze, którzy zdecydowanie górowali nad rywalem w walce pod tablicami. Dzięki temu mogli skutecznie ponawiać akcję. M.in. z tego też powodu w 26 min. prowadzili już 47:38. Gdy na 69 sekund przed końcową syreną przewaga Sokoła wzrosła do 10 „oczek” (63:53), mało kto spodziewał się nerwowej końcówki. Jednak krośnieński zespół nie byłby sobą, gdyby tak łatwo odpuścił. Po dwóch celnych osobistych Michała Barana, na 25 sekund przed końcową syreną przewaga Sokoła stopniała do zaledwie 3 punktów (67:64). W odpowiedzi dwa celne osobiste spudłował Pławecki. Do końca spotkania zostało 7 sekund i piłkę mieli przyjezdni, którzy tylko „trójką” mogli doprowadzić do remisu. Na ich nieszczęście, a ku ogromnej radości łańcucian, próba Oczkowicza była nieudana. Piłka tylko zatańczyła na obręczy i wypadła z kosza. Na dobitkę było już za późno.
SOKÓŁ Łańcut 67
MIASTO SZKŁA Krosno 64
(15:20, 19:13, 16:12, 17:19)
SOKÓŁ: Pławucki 13 (1×3), Fortuna 2, Kulikowski 11, Rduch 14 (1×3), Klima 6 oraz Szpyrka 5 (1×3), Balawender 0, Wrona 5, Pisarczyk 11 (3×3)
MIASTO SZKŁA: Baran 10, Oczkowicz 7, Parzych 13 (3×3), Misiewicz 7, Salamonik 3 (1×3) oraz Pieloch 9 (1×3), Musijowski 5 (1×3), Małgorzaciak 0, Wyka 10 (2×3).
Sędziowali: J. Kiełbiński, B. Kucharski, G. Szeremeta. Widzów 1 tys.
Marcin Jeżowski
[print_gllr id=138093]


