– Nie będę się wygłupiał w „Tańcu z gwiazdami”

40-letni ADAM ASANOV to jedna z najbardziej charakterystycznych postaci polskiej muzyki popularnej. Znany głównie jako wokalista zespołu Piersi. Mało kto wie, że przed laty był wodzirejem podczas meczów siatkarzy Resovii oraz stworzył projekt Los Sobowtoros, wcielając się w rolę Demisa Roussosa i Luciano Pavarottiego.
40-letni ADAM ASANOV to jedna z najbardziej charakterystycznych postaci polskiej muzyki popularnej. Znany głównie jako wokalista zespołu Piersi. Mało kto wie, że przed laty był wodzirejem podczas meczów siatkarzy Resovii oraz stworzył projekt Los Sobowtoros, wcielając się w rolę Demisa Roussosa i Luciano Pavarottiego.

Superwywiad Z ADAMEM ASANOVEM, wokalistą zespołu PIERSI.

– Adam, pamiętasz naszego nauczyciela geografii w liceum?
– Pana Lizaka? Trudno go zapomnieć…

– Nie przepadał za Tobą, bo wagarowałeś. Ja pamiętam taką scenę: proszę usiąść w tym miejscu – powiedział do mnie nauczyciel, wskazując na ławkę – tu siedzi też niejaki Asanov. Ujrzy go pan, jeśli będzie miał szczęście. No i trzeba przyznać, że zjawiłeś się dość późno.
– Naukę w liceum, jak i wycieczki poza mury szkolne w godzinach lekcyjnych, wspominam bardzo dobrze (śmiech). Co tu kryć – prawdziwe życie poznawaliśmy na wagarach. Szkoła nie była w stanie zaciekawić, jedynie wtłaczała do głów przeróżne teorie. Od tamtej pory niewiele się zmieniło. Ubolewam, że system edukacji jest tak kulawy. Przecież wiedzę można byłoby zdobywać w bardziej atrakcyjny, często niekonwencjonalny sposób.

– Był początek lat 90., a ty przyjeżdżałeś do szkoły samochodem. Niektórzy nauczyciele dostawali białej gorączki.
– Bo jeździli wartburgami, a ja dużym fiatem (śmiech). Zarobiłem na niego, pracując przez całe wakacje w hurtowni lodów i mrożonek. Tylko że to był rzęch nieprawdopodobny. Pojechałem po auto do Przeworska i już po pierwszym kilometrze w drodze powrotnej wiedziałem, że silnik jest do generalnego remontu. Miałem 17 lat i byłem naiwny jak dziecko, więc sprzedający zwyczajnie mnie okantował.

– Dobry byłeś w kosza, nasz wuefista, trener Krzysztof Herbaciński, zabiegał o to, byś jeździł na zawody.
– Od czasów podstawówki uwielbiałem grać w koszykówkę! Wracałem ze szkoły i biegłem na trening prowadzony przez Waldemara Samoleja bądź na podwórko, by rzucać z chłopakami. Grałem w reprezentacji szkoły, otrzymałem nawet powołanie do kadry Polski kadetów. Pamiętam, jak bardzo byłem przejęty. Niestety, po wyjeździe mojego kolejnego trenera Jacka Kuliga do Kanady grupa się rozpadła, a w nowej drużynie już tak fajnie nie było. Zahaczyłem jeszcze o Ligę Amatorskiego Basketu, gdzie grałem z Maćkiem Nalepą i Andrzejem Zającem, rozgrywającym wielkiej Resovii z lat 70. Wtedy ciągnęło mnie już jednak do świata artystycznego. Życie rockandrollowca wydawało mi się bardziej atrakcyjne od życia sportowca, który musiał wylewać na zajęciach siódme poty. Do dziś chętnie oglądam jednak w telewizji mecze koszykówki, NBA nie przestaje mnie fascynować.

– W 1992 roku na ekrany weszły „Wściekłe psy”, a ty chciałeś być drugim Quentinem Tarantino.
– Byłem i wciąż jestem zachwycony jego nietuzinkowym, nowatorskim spojrzeniem. W kinie europejskim znalazłem tylko jeden odpowiednik Tarantino – u belgijskich twórców głośnego, brutalnego „Człowiek pogryzł psa”. Wtedy marzyłem, żeby kręcić filmy i pojechać do Hollywood. Po latach spełniłem swoje marzenia. Odwiedziłem wielkie amerykańskie wytwórnie, zobaczyłem z bliska ten cały przemysł filmowy.

– Wytrzasnąłeś skądś kamerę i kręciliśmy różne sceny na Lisiej Górze w Rzeszowie i lotnisku w Jasionce. Akurat wylądował samolot z Astrachania. Nie wiem, co było bardziej egzotyczne: dziewczyna na pasie startowym, której kazałeś udawać trupa czy przybysze z Tatarstanu.
– Aktorka oskarowo padła na ziemię, śmiertelnie rażona zatrutym długopisem. Wykorzystałem wtedy całą swoją wiedzę na temat efektów specjalnych, bo dziewczyna pod kurtką nosiła gorset ze styropianu. To była najlepsza scena! Dziś się z tego śmiejemy, lecz wówczas traktowałem to zajęcie bardzo serio. Chciałem nawet pójść do szkoły filmowej i zdawać na reżyserię.

– Kto, oprócz Tarantino, jest dla Ciebie ważny w kinie?
– Wychowałem się na Indianie Jonesie Stevena Spielberga i Gwiezdnych Wojnach George`a Lucasa. Od jakiegoś czasu piorunujące wrażenie robią na mnie filmy Clinta Eastwooda. Z polskich reżyserów najbardziej cenię Patryka Vegę i Wojciecha Smarzowskiego.

– Gdy zrozumiałeś, że nie podbijesz Hollywoodu, zwróciłeś się w stronę muzyki. Zostałeś wokalistą zespołu Haratacze.
– Chwila moment, przygoda z filmem nie została definitywnie zakończona. Jest szansa, że światło dzienne ujrzy projekt… Ups, wybacz, muszę się ugryźć w język, bo to tajemnica. Co do Harataczy – wiele ciekawych pomysłów nie zostało zrealizowanych, ponieważ każdy z członków zespołu wkraczał właśnie w dorosłe życie. Zakładaliśmy rodziny, zostawaliśmy ojcami, zaczynało brakować czasu. Jednak Haratacze nie znikają z rynku. Jeszcze o nas usłyszycie!

– Paweł Kukiz był jednym z Twoich idoli. Przez głowę Ci zapewne nie przeszło, że kiedyś zastąpisz go w zespole Piersi.
– Żyłem muzyką Piersi, nie byłem fanem, lecz wyznawcą. Jako jeden z pierwszych dowiedziałem się, że Paweł zamierza odejść z zespołu. Pamiętam rozmowę z nim w aucie, prosiłem, by został. Obawiałem się, że po jego odejściu Piersi się rozlecą. Nie dał się przekonać, mówił, że ma dość. Nie myślałem, że przejdzie na ciemną stronę mocy i tak bardzo zaangażuje się w politykę.

– Kukiz poszedł też do sądu i batalia o prawo do używania nazwy „Piersi” trwa w najlepsze…
– Zaraz po sukcesie „Bałkanicy” pozew trafił do sądu. Straszne uczucie – otrzymać pozew od swojego dawnego idola… Sąd pierwszej instancji przyznał nam rację, oddalił w stu procentach powództwo, lecz Paweł złożył apelację od tej decyzji. Do czasu zakończenia procesu nie możemy wydać płyty pod nazwą Piersi, ale koncertować nikt nam nie zabrania. Paradoksalnie z czegoś bardzo złego i według mnie nikomu niepotrzebnego, narodził się szlachetny pomysł: założyliśmy Fundację Piersi, która pomaga dzieciakom z niepełnosprawnościami. Chcemy im pokazać, że życie – pomimo, że bywa bardzo ciężkie – wciąż ma sens. Staramy się zaszczepić w nich bakcyla sportu bądź artystycznego. Temat jest nam bliski, bo syn „Dziadka” (Zbigniew Moździerski, basista i współzałożyciel zespołu – red.) jest parakajakarzem. Niebawem ukaże się dwupłytowy album zatytułowany „Asanov i Przyjaciele” (skoro nie może wyjść pod nazwą Piersi), a całkowity dochód z jego sprzedaży zostanie przeznaczony na organizację obozów rehabilitacyjno-sportowo-artystycznych dla podopiecznych naszej fundacji. Na płycie pojawią się gościnnie m.in. Haratacze, Piersi, Big Cyc, Kocani Orkestar, Bracia Casio, Anna Chwalebna, Jan Niezbendny czy Łowcy.B.

– „Bałkanica” zanotowała ponad 75 mln odsłon na YouTube! Ta piosenka okazała się momentem zwrotnym w Twojej karierze?
– Oj tak! Życie się wywróciło. Stałem się rozpoznawalny, posypały się kontrakty, zaczęliśmy lepiej zarabiać. Oczywiście nie na tyle, by z miejsca udać się na emeryturę. To nie Ameryka, gdzie po wyprodukowaniu takiego przeboju moglibyśmy odcinać kupony. Ale jest i druga strona medalu – za rzadko bywam w domu, cierpi na tym rodzina. Co do samej piosenki – tworzyłem ją z myślą o ojcu Bułgarze, chciałem, by miała bałkański pazur. Lubię myśleć, że wstawiennictwo taty pomogło w sukcesie „Bałkanicy”.

– Żadne polskie wesele nie obejdzie się bez słynnego zwrotu „Będzie zabawa, będzie się działo!”.
– Żeby być fair należy wspomnieć, iż zwrotu „będzie się działo” jako pierwszy użył Jurek Owsiak przy swojej Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Ale cóż, cieszę się, że ludzie w taki sposób reagują na tę nutę. Wesele to wyjątkowa impreza w życiu każdego człowieka, chwila szczęścia. Więc jeśli pytasz, czy to nie jest obciach, to odpowiadam: absolutnie nie! Wiele zespołów gra podobne piosenki, weźmy tylko „Makumbę” czy „Rudy się żeni” Big Cyca. To muzyka, którą ludzie po prostu lubią, a niekoniecznie usłyszymy ją w Programie I Polskiego Radia.

– Jak reagujesz na zarzuty, że nowe Piersi to już tylko biesiada i jarmarczność?
– Trochę mnie to boli, a czasem wręcz wkurza, bo bardzo często wyroki wydają ludzie, którzy nie słuchali całej naszej płyty. Piersi nigdy nie były zespołem punkrockowym, chłopaki śpiewali o Zośce co trzepała dywan i Heli, której ciało onieśmielało. Pokochałem ich właśnie za tę różnorodność, mieszankę stylu. Posiadamy też utwory buntownicze, antysystemowe, tylko na razie nie możemy ich puścić. Najważniejsze, że branżowe pisma doceniły naszą pracę. Znający się na rzeczy dziennikarze napisali, iż fani nie powinni się obawiać, bo nowe Piersi są kontynuacją zespołu, któremu przewodził kiedyś Paweł Kukiz.

– A przejmujesz się, gdy ludzie wytykają ci twoje pochodzenie albo tuszę?
– No proszę cię… Kto wylewa te wszystkie pomyje? Życiowi frustraci. Nie warto zajmować się kimś, kto pisze w komentarzach, że jesteś do niczego boś gruby. Mówiąc wprost: mam w swoim wielkim zadku, co o mnie mówią i piszą. No, chyba, że jest to uzasadniona krytyka, z której mogę wyciągnąć wnioski.

– OK, Ty masz grubą skórę, ale rodzina?
– Po prostu nie czyta komentarzy w Internecie. Zresztą nie tragizujmy, bo jest też wiele ciepłych i pozytywnych słów, które dają niezłego kopa do dalszej pracy. Wyznaję jedną zasadę: nie pcham się na afisz. Nie lubię tych wszystkich after party, biforów i ścianek. Moja praca polega na tworzeniu piosenek, a nie na pokazach mody. Poza tym w świecie celebrytów nie ma się z kim napić. Ja należę do innej ligi (śmiech).

– To prawda, że odmówiłeś udziału w „Tańcu z gwiazdami?”
– Kusili, kusili i przyznam, że mieli dobre argumenty. Powiedziałem jednak, że nie będę się wygłupiał, skoro w życiu zatańczyłem jeden kawałek i to dawno temu, a tańczyć nie lubię. Ja nie dansior… Czasem zapraszają mnie do programów, lecz tam, gdzie się nie widzę, grzecznie dziękuję. To nie mój świat.

– Tożsamość zawsze była dla Ciebie ważna. Pamiętam jak spakowałeś rodzinę i wyruszyłeś do Bułgarii, szukając śladów swojego ojca.
– Tata zmarł, gdy miałem rok z okładem. Niebawem w Polsce wybuchł stan wojenny i kontakty z rodziną w Bułgarii się pourywały. Jadąc do Varny bardzo chciałem odnaleźć grobowiec ojca. Udało się, a teraz przy każdej okazji zamierzam jeździć w to miejsce, położyć kwiatki, zapalić świeczkę. A tak w ogóle to urodziłem się i wychowałem w Polsce. Czuję się w 100 procentach Polakiem, rzeszowianinem.

– Dopiero wróciłeś z Florydy. Wakacje się udały?
– Bosko było! Zobaczyliśmy słynne bagna Everglades, Miami, Key West. Przewodnikiem i gospodarzem był niejaki Roch Kołodziej. Rzeszowianin, który na początku lat 80. wyemigrował do USA, a później ożenił się z córką szamana ze szczepu Miccosukee. Roch to pozytywnie zakręcony facet i zapalony fan siatkówki. Swoją łódź nazwał „Resovia Rzeszów” i pomalował w biało-czerwone barwy. Każdemu udającemu się na Florydę polecam kontakt z Rochem, który organizuje niesamowite wycieczki i posiada imponującą wiedzę o tej części Ameryki. W Stanach najbardziej imponująca jest przyroda. Jak dotarłem do Wielkiego Kanionu Kolorado, to przez godzinę stałem jak wryty. Nie mogłem uwierzyć, że natura stworzyła takie cudo.

– Adam, jak zwykle masz milion pomysłów na minutę. Co teraz chodzi ci po głowie?
– Przede wszystkim musimy ukończyć płytę „fundacyjną”. Chcę też pomóc w wydaniu krążka „Dżaście”. O tej uzdolnionej dziewczynie wkrótce może być bardzo głośno. Czuję, że narobi ona sporo zamieszania na polskim rynku.

Rozmawiał TOMASZ SZELIGA

6 Responses to "– Nie będę się wygłupiał w „Tańcu z gwiazdami”"

Leave a Reply

Your email address will not be published.