
PODKARPACIE. Pod względem liczby cesarskich cięć Polska przoduje w Europie, a nasz region przoduje w Polsce. Ministerstwo Zdrowia chce to zmienić.
Średnia liczba „cesarek” w Polsce przekroczyła już 37 proc., przy czym największy odsetek kobiet rodzących w ten sposób jest na Podkarpaciu (45,6 proc.). Winnymi tego stanu rzeczy są i lekarze, i same pacjentki. Do końca grudnia mają zostać wypracowane w ministerstwie metody mające zahamować ten trend. Czy się uda?
– Trzeba opracować m.in. mapę cięć cesarskich w kraju, na nowo opisać wskazania i przeciwwskazania do ich wykonania. Na tej podstawie powstanie szczegółowy raport, który odpowie na pytanie, co należy zrobić, aby ograniczyć liczbę wykonywanych cesarek – mówi prof. Stanisław Radowicki, konsultant krajowy w dziedzinie położnictwa i ginekologii.
Skąd taka popularność cesarskich cięć? Według położników, wzrost liczby „cesarek” to zjawisko światowe, konsumpcyjne nastawienie, chęć decydowania o sposobie leczenia, strach przed bólem, wygoda. – Który ginekolog odmówi zrobienia „cesarki”, gdy na pozór młoda, zdrowa kobieta przyniesie zaświadczenie od okulisty, że wysiłek przy porodzie może jej grozić ślepotą? – mówi dr n. med. Bogdan Ostrowski, ordynator oddziału ginekologii i położnictwa w Szpitalu Miejskim w Rzeszowie.
Lekarze boją się kar…
O ile wysoki odsetek „cesarek” może mniej dziwić w szpitalach w Rzeszowie, bo są to placówki o trzecim stopniu referencyjności, gdzie trafiają pacjentki z patologiami, z ciążami zagrożonymi albo mnogimi, to nic nie przemawia za podobnie wysokim odsetkiem porodów operacyjnych w szpitalach powiatowych, gdzie rodzą kobiety niezagrożone powikłaniami. Częściowo tłumaczą to dane Naczelnego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej, z których wynika, iż najwięcej spraw toczących się na przestrzeni ostatnich lat dotyczy głównie zbyt późno wykonanego cięcia cesarskiego, niewykonania cięcia cesarskiego, złej opieki nad kobietą ciężarną i rodzącą, nieprecyzyjnych opisów badań USG i uszkodzenia okołoporodowego noworodków. Częściej też zapadają wyroki za zbyt późne lub w ogóle niewykonane cięcia.
Uwaga na powikłania… po „cesarkach”
Cesarka to jednak ingerencja chirurgiczna o średnim stopniu trudności, która, jak każda operacja, niesie ze sobą ryzyko. Może dojść do powikłań w wyniku znieczulenia, w postaci stanów zapalnych, uszkodzenia tkanek i krwotoków. Przykładem jest młoda kobieta, której w maju 2013 r. w rzeszowskim szpitalu podczas porodu przecięto pęcherz moczowy, moczowód, pochwę, szyjkę macicy… Kobietom po cesarskim cięciu trudniej też przychodzi karmienie piersią. Zdarzają się też komplikacje przy następnych ciążach i porodach. Cesarka dla dziecka to przede wszystkim większe ryzyko chorób układu oddechowego.
Anna Moraniec



10 Responses to "Nie będzie „cesarek” na życzenie?"