Nie chcą dłużej milczeć

Proces Józefa G. toczy się za zamkniętymi drzwiami. Materiał dowodowy staje się coraz obszerniejszy i wszystko wskazuje na to, że będą się w jego sprawie toczyły jeszcze osobne postępowania. Fot. Bogdan Myśliwiec

Sprawa byłego proboszcza Józefa G. zatacza więc coraz szersze kręgi, a na jaw wychodzą szokujące szczegóły.
Przybywa także dowodów na to, że pokrzywdzonych przez kapłana może być więcej. Część materiałów tarnobrzeska
prokuratura odłączyła już do osobnego postępowania.

3 marca Sąd Rejonowy w Tarnobrzegu miał w planach przesłuchanie m.in. dwóch hierarchów związanych w przeszłości i obecnie z Kurią Diecezjalną w Sandomierzu. Mieli być oni zapewne przepytani w związku ze sprawą przekazywania do kurii informacji o molestowaniu przez pokrzywdzonego przez księdza chłopca, gdy był on jeszcze ministrantem i najpewniej w kwestii powodów przeniesienia księdza Józefa G. z tarnobrzeskiej parafii Miłosierdzia Bożego do parafii w Ostrowcu Świętokrzyskim. Do takiego przeniesienia doszło po tym, jak wyszło na jaw, że chłopiec zgłosił, iż został skrzywdzony. Proces jest jednak niejawny, więc szczegóły zeznań nie wychodzą poza salę sądową. Mający uczestniczyć w procesie w charakterze świadków hierarchowie kościelni w środę do tarnobrzeskiego sądu jednak nie dotarli.

Był parasol ochronny

Z naszą redakcją skontaktowały się natomiast osoby, które śledzą proces ze względu na bliskie kontakty z pokrzywdzonym, ale mające także związek w przeszłości z kręgami kościelnymi. Udało nam się skontaktować także z samym pokrzywdzonym. W opinii naszych rozmówców, nad księdzem Józefem G. był rozłożony parasol ochronny, stąd jego sprawa trafiła do prokuratury dopiero w 2019 r. Fakt ten potwierdza i opisał także na swoim blogu ks. Tadeusz Isakowicz – Zaleski, który informuje wprost: „Ministrant o molestowaniu przez proboszcza w Tarnobrzegu informował księży biskupów sandomierskich już w 2006 roku. Jednak nic nie zrobiono, przenosząc jedynie krzywdziciela na probostwo w Ostrowcu Świętokrzyskim”.
Nasi rozmówcy po latach milczenia chcą opowiedzieć także swoje historie związane z tutejszym seminarium i sandomierską kurią. Ukazują mechanizmy, które funkcjonowały w diecezji. Pokrzywdzony w procesie księdza po szkole średniej wstąpił do tutejszego WSD.
– Znałem ks. Józefa G. Był częstym gościem w seminarium. Wiem, że na pokrzywdzonego w sprawie księdza G. były robione naciski, aby wycofał oskarżenia. I były to naciski odgórne. Skończyły się tym, że musiał on opuścić seminarium. Co ważne, w oficjalnych dokumentach nie ma podanych żadnych konkretnych powodów opuszczenia uczelni przez tarnobrzeżanina. To się stało po pierwszym roku – mówi nasz rozmówca.
Brak formułowania powodów usunięcia z uczelni doświadczył także inny były kleryk, który został usunięty z tego samego seminarium na piątym roku studiów. Mężczyzna skontaktował się z nami, gdyż do dziś nie może pogodzić się z decyzją, która, w jego opinii, złamała mu życie. Blisko 40-letni mężczyzna, nie mogąc znaleźć w Polsce pracy z niepełnym wykształceniem, które odebrał w sandomierskiej uczelni, został zmuszony do wyjazdu za granicę. Nie założył rodziny. Wciąż czuje powołanie do stanu kapłańskiego. Obecnie przebywa w Londynie.

Tego nie mogę wymazać ze świadomości

– Mimo upływu czasu, to te sprawy nadal są w moim sercu. Ich się nie da wymazać ze świadomości ludzkiej. Musiałem wyjechać, bo moje życie zostało złamane. Jedną decyzją. Nie mam już nic do stracenia, bo to, co było dla mnie najważniejsze, to już straciłem. Kiedy ja studiowałem, to trzeba było się podporządkować pod pewną linię. Kto to zrobił, to niezależnie od tego, czy był faktycznie dobry, przeszedł przez studia i został później księdzem… Kto nie pasował do układu, był usuwany – twierdzi nasz rozmówca o inicjałach P.M. – Gdy zostałem usunięty z uczelni i przyjechałem odebrać indeks usłyszałem, że „nie nadaję się na księdza”. Poprosiłem o powody usunięcia z uczelni na piśmie, ale do dziś ich nie dostałem. Zapytałem wtedy, czy ksiądz jest Bogiem, żeby wiedzieć, że ja się nie nadaję? To usłyszałem, że „Bogiem nie jestem, ale to nie Bóg decyduje o święceniach, tylko rektor”. A ja byłem po prostu niewygodny, nie chciałem się godzić na pewne propozycje. Mnie to nie interesowało. Zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że były układy, były niemoralne propozycje między klerykami, bo sam takie otrzymywałem. Tylko ja o nich informowałem przełożonych. I może to był mój błąd. Na moim roku był także protegowany księdza Józefa G. Sam G. był w tamtym czasie częstym gościem w seminarium.

Wielu straciło wiarę i zaufanie

W 2015 r. z kręgu sandomierskiego seminarium wyszedł list otwarty kleryków. Został rozesłany do innych diecezji, parafii, a nawet do lokalnego samorządu. W kręgach kościelnych odbił się szerokim echem. Klerycy żalili się tymi słowami: „przez kilka ostatnich lat byliśmy świadkami bardzo przykrych i upokarzających sytuacji, które były bardzo gorszące i wierzącym ludziom nie zmieściłyby się po prostu w głowie. Wielu naszych braci straciło wiarę, nadzieję oraz zaufanie do Kościoła”. Autorzy listu wskazywali, że „niszczone były autentyczne powołania i promowani byli klerycy, których moralne zachowania pozostawiały wiele do życzenia”.

Pieniądze i wyjazdy w zamian za milczenie

Pokrzywdzony w procesie księdza, z którym udało nam się skontaktować, zna list kleryków i potwierdza zawarte w nim stwierdzenia. Jego zdaniem, sieć układów personalnych w sandomierskim kościele jest kluczowa w sprawie unikania przez lata odpowiedzialności przez Józefa G. Mężczyzna odnosi się także do zawiadomienia o molestowaniu, którego miał się dopuścić przed laty, a które to w zbieżnym z procesem księdza Józefa G. czasie trafiło do tarnobrzeskiej prokuratury.
– Odbieram to zawiadomienie jako próbę podważenia mojej wiarygodności i odwrócenia uwagi publicznej od osoby, która w tym procesie siedzi na ławie oskarżonych. Takich prób przeżyłem już w związku ze sprawą księdza G. wiele. Były one kierowane wobec mnie i moich bliskich, i można powiedzieć, że się po części na nie uodporniłem. Dlatego tego zgłoszenia także się nie boję
– mówi mężczyzna.
Pokrzywdzony potwierdza także, że oskarżony przekazywał mu w zamian za milczenie pieniądze, a nawet sponsorował zagraniczne wyjazdy. – Otrzymywałem od księdza G. pieniądze – przyznaje mężczyzna. – Te przekazy i przelewy nasiliły się w okresie, gdy docierały do niego informacje, że dokumenty w jego sprawie mogą trafić do prokuratury. Były także oferty wyjazdów zagranicznych, z których przyznaję się, że skorzystałem, bo uważałem, że będą one jakąś formą zadośćuczynienia za wyrządzone mi zło. Przez lata zwątpiłem w odpowiedzialność kościelną i karną w tej sprawie. Tak mogę tłumaczyć to, że tych propozycji nie odrzucałem.

mrok

7 Responses to "Nie chcą dłużej milczeć"

Leave a Reply

Your email address will not be published.