
PIŁKA RĘCZNA. SUPERLIGA. Kapitan SPR Stali Mielec, RAFAŁ GLIŃSKI, o potędze Vive Kielce, nadszarpniętym zaufaniu i życiowym optymizmie.
Wtorkowy pojedynek „Czeczeńców” z mistrzem Polski nawet przez chwilę nie przypominał batalii, jaką tydzień wcześniej zespół Pawła Nocha stoczył w Płocku. Stal zremisowała z Orlen Wisłą, a nawet miała szansę na zwycięstwo. Mające wielkie europejskie ambicje Vive na taką wpadkę pozwolić sobie jednak nie mogło i w lotniczym mieście ani przez moment nie zapachniało niespodzianką.
– Chociaż racjonalizm jeszcze przed meczem podpowiadał zapewne, że „nie mamy szans”, mimo wszystko chyba mogło, a nawet powinno być zdecydowanie lepiej?
– Wiedzieliśmy, z kim gramy, ale to na pewno nie usprawiedliwia naszych błędów, przede wszystkim w kontratakach. Jeszcze przed przerwą było nieźle, ale później zaczęliśmy niemal podawać piłkę rywalowi, co prawie zawsze oznaczało bramkę. Raczej nie muszę nikogo przekonywać, że atak pozycyjny Vive też do najsłabszych nie należy. Jeżeli więc nie zagra się z nimi na 120 procent, to o wyrównanej walce można zapomnieć. Musimy jednak wyciągać wnioski i pracować nad tym co złe i poprawiać to, co dobre.
– Pojedynki z Vive to dla pana coś specjalnego? W końcu to w Kielcach spędził pan najbardziej owocny okres kariery.
– Nie czuję, mówiąc kolokwialnie, większej napinki. Cieszę się, że można sprawdzić się na tle tak wymagającego rywala, którego głównym celem jest szturm Europy. Ekstramobilizacja mogłaby chyba tylko źle wpłynąć.
– Długotrwałe zamieszanie związane z kondycją finansów Stali musiało mocno obniżyć poziom waszego zaufania do władz klubu?
– Oczywiście, że je straciliśmy, bo jeszcze do tej pory nie otrzymaliśmy godziwych pieniędzy. Może się łudzimy, może głupio wierzymy, ale ciągle tu jesteśmy. Nieustannie mamy nadzieję, że w najbliższych dniach w końcu dostaniemy naprawdę pozytywne informacje, dzięki czemu będziemy mogli normalnie żyć i funkcjonować. Ze swojej strony dajemy czytelny sygnał, że warto. Jesteśmy cierpliwi, ale jeśli nic się nie zmieni, powiemy na do widzenia „fajnie było” i się pożegnamy.
– No właśnie… Ostatnio usłyszałem taki komentarz: „Nie zdziwiłbym się, gdyby drużyna rozsypała się po sezonie”.
– Z zaufaniem, nie tylko w życiu pozasportowym jest tak, że łatwo je stracić, ale odbudować jest niezwykle ciężko. Praktycznie od lipca nie czujemy, że coś posuwa się do przodu. Z założenia jestem optymistą, ale obietnice i słowa muszą kończyć się namacalnymi dowodami i na to czekamy.
– Kiedy Rafał Gliński otworzy w swoim rodzinnym Wrocławiu salon tatuażu?
– (śmiech) Na razie nie przeszło mi to przez myśl. Jestem wychowankiem Śląska, ale staram się nie wybiegać szczególnie daleko w przyszłość. Chcę dać Stali na razie jak najwięcej od siebie, dlatego cieszy mnie tym bardziej kolejne powołanie do reprezentacji Polski. Nie zamierzam stać w miejscu, tylko ciągle nad sobą pracować.
Rozmawiał Tomasz Czarnota


