Nie chodzi o to, żeby wziąć kasę i trochę sobie pograć

Radomianin Jacek Skrok jest trenerem Developresu od 17 grudnia 2015 roku. W pięciu meczach zdobył 1 punkt. Fot. PLPS
Radomianin Jacek Skrok jest trenerem Developresu od 17 grudnia 2015 roku. W pięciu meczach zdobył 1 punkt. Fot. PLPS

SIATKÓWKA KOBIET. ORLEN LIGA. Rozmowa z Jackiem Skrokiem, trenerem Developresu SkyRes Rzeszów.

Rzeszowskie siatkarki pozostają bez zwycięstwa w 2016 roku, ale w ich grze widać postęp. W ostatniej kolejce Developres przegrał w Łodzi 2-3, praktycznie zamykając Budowlanym drogę do walki o medal.

– Złość, rozczarowanie, a może duma – jakie uczucia towarzyszą panu po meczu z Budowlanymi?
– Wszystkiego jest po trochu. Bo choć małymi krokami zbliżamy się do tego, co chcemy grać, to wciąż nie umiemy postawić kropki nad i. Waleczność już jest, brakuje umiejętności, również sprytu, dzięki którym skończylibyśmy dwie, trzy piłki w kluczowych momentach. Dobrze byłoby, gdyby dziewczyny złapały odrobinę luzu.

– Co takiego wydarzyło się w końcówce piątego seta?
– Przegrywaliśmy 7-10, ale doszliśmy na 10-10 i wtedy Heike Beier walnęła w aut. Ktoś od nas poszedł na zagrywkę, tymczasem sędzia liniowy pokazał, że atak był po bloku. Dziewczyny zaczęły wrzeszczeć, sędzia główny stracił pewność siebie i zmienił wcześniejszą decyzję. Nie twierdzę, że przegraliśmy przez arbitrów, ale prawda jest taka, że moim zawodniczkom to wydarzenie podcięło skrzydła. Siatkówka, zwłaszcza w kobiecym wydaniu, jest wyjątkowo wredna. Jedna taka sporna sytuacja bądź jedna dobra zagrywka sprawia, że zespół zmienia oblicze. Powiem jeszcze o czymś, choć będzie, że się czepiam. Ale trochę złościło mnie, iż musieliśmy grać na małym placu budowy. Organizatorzy nie zdążyli z uprzątnięciem hali po lekkoatletycznym mityngu Pedros Cup.

– Takie mecze odbierają czy jednak budują pewność siebie?|
– Budują. Fakt, że postawiliśmy się Budowlanym, było nie było czołowej drużynie, oznacza kolejny krok naprzód. Czekamy już tylko na przełamanie, jakieś ważne zwycięstwo. Jestem zadowolony, bo dziewczyny widzą, że ciężka praca, jaką wykonują na treningach, zaczyna przynosić efekty. Lepiej układają się nam również wzajemne relacje.

– Co by jednak nie powiedzieć, takie porażki muszą być frustrujące. Sukces jest na wyciągnięcie ręki, ale na końcu i tak cieszą się rywalki…
– Nie ulega wątpliwości, że to problem mentalny. W trudnych momentach naszym zawodniczkom sztywnieje ręka i gdy prosi się o kiwkę albo plas, to ładujemy, ile fabryka dała. Dążymy do tego, żeby stać się zespołem bardziej wyrachowanym. Takim, który wykorzysta fakt, iż przeciwnik nas lekceważy, bo – nie ukrywajmy – tak się najczęściej dzieje.

– Rozumiem, że po spotkaniach w Muszynie i Łodzi drużyna już nie musi się obawiać, że wyląduje na dywaniku u prezesa?
– Po porażce z Legionovią szefowie klubu mieli prawo się wkurzyć. Jednak teraz chyba nikt nie myśli o stosowaniu drastycznych środków, bo jak mówiłem, determinacji zespołowi nie brakuje. Dziewczyny muszą zdawać sobie sprawę, że walczą o swoją przyszłość. Że są obserwowane, a potem będą rozliczane z wykonanej pracy. Mnie nie przeszkadza miecz, jaki wisi nad nami. Ba, on może mobilizować do większego wysiłku! Żaden trener nie weźmie do drużyny zawodniczki, która ciągle powtarza: nie da się. Mam nadzieję, iż dziewczyny to rozumieją. Bo w tej zabawie nie chodzi o to, żeby wziąć kasę, pograć sobie trochę i za chwilę wyjechać do innego klubu.

– Przyjęcie zagrywki – to w tym elemencie macie najwięcej do poprawy?
– Falujemy tym przyjęciem. Choć jest poprawa, w Łodzi w czwartym secie zbliżyliśmy się do pożądanych wartości, czyli 50-procentowej skuteczności. Przy tak dokładnym przyjęciu można już próbować kombinacyjnej gry na siatce. Problemem są natomiast własne błędy. Budowlanym oddaliśmy aż 27 punktów.

– Nareszcie błysnęła Joanna Kapturska. Zdobyła 27 punktów, kończąc co drugi atak. Przebudziła się na dobre?
– Taką Asię chciałoby się oglądać zawsze. Jeśli dołoży do tego kilka kluczowych piłek w końcówkach, to będzie idealnie. Potrzebuję wszystkich zawodniczek i chcę, żeby każda czuła się potrzebna. Proszę, żeby wybił pan to grubą czcionką. Powtarzam dziewczynom, że gdy je zmieniam, to nie dlatego, że ich nie lubię. Na ławkę wędruje się, aby nabrać dystansu, spojrzeć na mecz z innej perspektywy. Andrzej Niemczyk nazywał to odpowietrzaniem (śmiech).

– Przed wami mecz z Aluprofem. Pojawią się podteksty, bo to i trener Mariusz Wiktorowicz i klub, z którym 10 lat temu zdobył pan Puchar Polski…
– No i dobrze, że są emocje (śmiech). Może dziewczyny będą chciały pokazać trenerowi Wiktorowiczowi, że umieją grać w siatkę. Ale nie chciałbym pompować balonu, ponieważ nikomu nic nie musimy udowadniać.

– Wkrótce spotkania z KSZO i Pałacem. Dobrze byłoby zwyciężyć i uciec z ostatniego miejsca. Urzędowanie tam chluby nie przynosi.
– Rywale są w naszym zasięgu, jesteśmy gotowi na walkę, lecz nie chciałbym zrobić z tego mistrzostw świata.

– Wrócił pan do Orlen Ligi po kilkuletniej przerwie. Co pan powie o poziomie rozgrywek?
– Te rzeczy nie nadawałyby się do druku… Naprawdę musiałbym być niezłym dyplomatą, żeby skomentować to w sposób, który nikogo by nie uraził.

– A Rzeszów się panu podoba? Chyba jest ładniejszy od pana rodzinnego Radomia?
– Gdy byłem zawodnikiem, przez lata tłukliśmy się z Resovią w starej hali. Nocowaliśmy w hotelu, którego już nie ma, ostał się natomiast pomnik. Jestem zaskoczony, jak bardzo miasto się zmieniło. Jest nowoczesne, czyste i zielone. Słyszałem o bulwarach nad Wisłokiem, blisko stąd w Bieszczady, a ja, choć miałem problemy z kręgosłupem, wolę jeździć w góry niż nad morze. Leżenie na plaży mnie denerwuje.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

Leave a Reply

Your email address will not be published.