
– Jest Pani feministką?
– Jeśli feminizm rozumiemy, jako przekonanie, że kobiety powinny mieć równe prawa w każdej sferze życia, to tak – jestem feministką. Powiem więcej, nie wiem, jak jakakolwiek kobieta mogłaby nią nie być!
– Stereotypowo feministki to kobiety, którym nie wiadomo, o co chodzi i które z założenia są przeciwko mężczyznom albo Kościołowi.
– Po pierwsze – dokładnie wiadomo, o co chodzi feministkom. O równość praw. Po drugie – feministki nie są przeciwko Kościołowi, ani komukolwiek innemu. Siostra zakonna Małgorzata Chmielewska, przełożona wspólnoty „Chleb Życia” wielokrotnie publicznie wspierała prawa kobiet, brała udział w Kongresie Kobiet. To smutne, że w XXI wieku, w sercu Europy kobiety muszą wychodzić na ulicę, żeby o te prawa się upominać.
– Przesłanka embriopatologiczna była powodem wykonania około 98 proc. legalnych aborcji w Polsce w 2019 r. Decyzją Trybunału kobiety zostały więc praktycznie pozbawione tego prawa. Myśli Pani, że rządzący spodziewali się, że mimo pandemii kobiety się wściekną i będą masowo protestować, czy może wybrali ten czas, żeby tego uniknąć?
– Przytoczmy fakty: w Polsce w 2019 roku, w niemal 38-milionowym kraju, wykonano w sumie 1110 aborcji, zdecydowaną większość tzn. 1074 zabiegi, przeprowadzono po tym, jak badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazały na bardzo duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Nie jest zatem tak, że kobiety w Polsce masowo korzystały z prawa do aborcji embriopatologicznej. Sama jestem matką trójki dzieci i potrafię sobie wyobrazić, przed jak dramatyczną decyzją stają kobiety, które wiedzą, że urodzą dziecko, które niemal natychmiast po porodzie umrze w cierpieniach. Odebranie im prawa wyboru przez organ pełniący funkcję Trybunału Konstytucyjnego uważam za okrucieństwo. Życie jest najwyższą wartością, ale nie można zmuszać kobiet do heroizmu. Znam i podziwiam kobiety, które zdecydowały się na ten heroiczny krok, ale nie każda kobieta ma tyle siły i nie każda kobieta może w takiej sytuacji liczyć na wsparcie. Zerwanie kompromisu aborcyjnego w szczytowym momencie pandemii jest skrajną nieodpowiedzialnością i cynizmem władzy, ale nie wiem, czy rząd rzeczywiście liczył, że nie będzie protestów w takiej chwili. Przeciwnie – sądzę, że ten moment wybrano celowo, aby odwrócić uwagę społeczeństwa od nieudolności rządu, który nie przygotował państwa, szczególnie zaś służby zdrowia, na drugą falę pandemii. W ostatnich tygodniach sondaże PiS drastycznie spadały, niemal wszystkie media pokazywały bulwersujące przypadki karetek krążących pomiędzy szpitalami z pacjentami w ciężkim stanie. Wielokrotnie przypominano nieodpowiedzialne słowa premiera Mateusza Morawieckiego o „pandemii w odwrocie”. Zerwanie kompromisu aborcyjnego i sprowokowanie kobiet do wyjścia na ulicę odciągnęło uwagę społeczeństwa od, co najmniej dziwnej, ustawy covidowej, od karygodnych zaniedbań rządu a jednocześnie jeszcze bardziej spolaryzowało społeczeństwo.
– Nie martwi się Pani, że za tydzień usłyszymy, że to kobiety są winne wzrostowi zakażeń. Rząd zrobił wszystko, aby temu zapobiec. Zamknięto szkoły, seniorów poproszono o pozostanie w domach, a głupie baby zamiast zostać z dziećmi i opiekować się rodzicami czy dziadkami narażają siebie i innych…
– Właściwie to oskarżenie już padło w wystąpieniu Jarosława Kaczyńskiego. Wystąpieniu – chcę to wyraźnie podkreślić – szokującym i nieodpowiedzialnym. Wicepremier, nadzorujący policję i służby specjalne, wzywa, de facto, do formowania prawicowych bojówek, dzieli Polaków na dobrych i złych, daje przyzwolenie na przemoc. Zamiast tonować emocje, eskaluje napięcie. Język tego wystąpienia jest przerażający w swojej apokaliptycznej wymowie. Tysiące Polaków choruje, steki Polaków umiera na Covid-19, albo z powodu braku możliwości leczenia innych chorób, epidemia niszczy polskie społeczeństwo i polską gospodarkę, a wicepremier Kaczyński największe zagrożenie widzi w protestujących kobietach? Straszy naród, że to wojna z Kościołem i obiecuje bezkarność tym, którzy będą go bronić? To jest szczyt politycznego cynizmu! Jestem zdecydowaną przeciwniczką ataków na budynki sakralne – chcę to wyraźnie podkreślić! Ale to nie protestujące kobiety zagrażają Kościołowi, a ukrywane przez lata przypadki pedofilii wśród księży i uwikłanie w politykę.
– Pierwszego dnia protestów w Rzeszowie wzięła Pani mikrofon i mówiła o prawach kobiet w Afganistanie oraz Iranie. Dlaczego?
– Trudno o lepszy przykład odwracalności pewnych procesów społecznych. Jeszcze w latach 60 zarówno Afganki, jak i Iranki miały zdecydowanie więcej praw, niż obecnie. To jest ważna lekcja dla kobiet na całym świecie – raz uzyskanych praw należy bronić, nie są nam dane raz na zawsze.
– Przed 3 laty w Teheranie odbył się protest, w którym sprzeciwiały się obowiązkowemu noszeniu hidżabu. Prokurator generalny Iranu nazwał go „dziecinnym” i „napiętym emocjonalnie” oraz uznał, że mógł być „inspirowany z zewnątrz”. Widzi Pani podobieństwo?
– Wczorajsza sugestia Jarosława Kaczyńskiego, że protestujące kobiety są „przygotowane, być może nawet wyszkolone” jest albo wyrazem głębokiej paranoi, albo celowym snuciem teorii spiskowych, które mają przekonać Polaków, że jakiś niesprecyzowany wróg chce zniszczyć Polskę. Na temat paranoi się nie wypowiem, nie jestem psychiatrą. Natomiast jako politolożka mogę tylko ostrzec – taka retoryka prowadzi nie tylko do zaostrzenia konfliktu, ale także daje przyzwolenie na stosowanie przemocy wobec protestujących kobiet. Polacy nie mogą dać się wciągnąć w tę narrację wojny domowej!
– Zarówno Iran, jak i Afganistan są krajami, w których prawo religijne jest ściśle powiązane z państwowym. Zmierzamy w tym samym kierunku?
Nie sądzę, aby w tym wszystkim chodziło o religię. W jakiejś mierze Kościół został w ten konflikt niepotrzebnie uwikłany – zarówno przez niektórych hierarchów, dolewających oliwy do ognia, jak i przez niektórych protestujących, na szczęście stanowiących margines. Myślę, że PiS wywołując w tym właśnie momencie tak potężny konflikt społeczny miał przede wszystkim cele polityczne – odwrócenie uwagi od nieudolności rządu, konsolidację prawicy, w której w ostatnich miesiącach wzmocniły się ruchy odśrodkowe, pogłębienie społecznego podziału w myśl cynicznej zasady, że łatwiej zarządza się przez konflikt, niż przez porozumienie. To smutne, ale Kościół i religia stały się tylko narzędziami w rękach polityków.
– Jak niebezpieczny jest fundamentalizm?
– Tak, jak każdy inny radykalizm. Nie koncentrowałabym się na radykalizmie religijnym, ale radykalizmie w ogóle. W ostatnich latach obserwujemy niespotykaną dotąd radykalizację poglądów w różnych obszarach – każdy z tych radykalizmów jest tak samo niebezpieczny. Świat nie jest czarno-biały, tymczasem zamknięci w cyfrowych bańkach zaczynamy postrzegać rzeczywistość właśnie w ten sposób. To ogromnie niebezpieczne zjawisko.
– Powiedziała Pani, że wolność nie jest nam dana na zawsze, ale w końcu mamy prawo głosu, parytety wyborcze, kobiety robią karierę naukową. Pani przecież jest rektorką! O co mamy więc walczyć?
– Jest jeszcze mnóstwo do zrobienia. Ostatnie wydarzenia a szczególnie obraźliwe wypowiedzi niektórych prawicowych polityków i publicystów pokazały, że w Polsce prawa kobiet postrzega się bardzo powierzchownie. Naprawdę, nie chodzi o całowanie w rękę, ale szacunek, partnerskie traktowanie, równość. Szczególnie teraz – w trudnych czasach to kobiety są pierwszymi, które ponoszą konsekwencje biedy, bezrobocia i napięć społecznych.
– Ryszard Kapuściński w reportażu o Iranie – „Szachinszach”, pisał: „Wszystkie książki o wszystkich rewolucjach zaczynają się od rozdziału, który mówi o zgniliźnie władzy upadającej albo o nędzy i cierpieniach ludu. A przecież powinny one zaczynać się od rozdziału z dziedziny psychologii – o tym jak udręczony, zalękniony człowiek nagle przełamuje strach, przestaje się bać. Powinien być opisany cały ten niezwykły proces, który czasem dokonuje się w jednej chwili, jak wstrząs, jak oczyszczenie. Człowiek pozbywa się strachu, czuje się wolny. Bez tego nie byłoby rewolucji”. Czy mamy właśnie jej początek?
– W sensie politycznym – nie. Do kolejnych wyborów pozostały trzy lata. To dużo czasu i społeczna energia wyzwolona przez protesty prawdopodobnie ulegnie rozproszeniu, nie ma bowiem politycznej siły, która mogłaby ją przejąć. Opozycja jest do tego nieprzygotowana i zbyt nieudolna. W kolejnych wyborach mogą się pojawić świeże twarze, nowe ugrupowania i może w końcu uda się wyrwać z klinczu PO-PiS. Ale musimy cierpliwie poczekać.
Natomiast w sensie psychologicznym – tak. To jest nowy początek. W protestach bierze udział pokolenie urodzone w czasach wolnej Polski, które wolność uważało za oczywistą i daną raz na zawsze. To pokolenie właśnie się przebudziło i upomniało o swoje prawa.
Rozmawiała Wioletta Kruk



13 Responses to "Nie dajmy się wciągnąć w narrację wojny domowej"