
II LIGA. Rozmowa z Tomaszem Wietechą, byłym już bramkarzem Stali Stalowa Wola.
Dziewięciu – tylu piłkarzy odeszło tego lata ze Stali Stalowa Wola. W grupie tej znalazł się wychowanek i niezwykle zasłużony dla klubu bramkarz Tomasz Wietecha. Za pracę podziękowano też trenerowi Ryszardowi Kuźmie.
– Czym podpadł pan nowemu trenerowi Rafałowi Wójcikowi?
– To nie ja miałem problem, ale trener, który rozpoczął jakieś „wycieczki” pod moim adresem. Nie mogłem sobie pozwolić na te insynuacje, opowieści wyssane z palca…
– Może pan jaśniej?
– Właśnie, że nie mogę. Nie chcę palić za sobą mostów.
– W jakich okolicznościach dowiedział się pan, że w Stali już nie zagra?
– Zadzwonił prezes Mariusz Szymański. Usłyszałem, że zarząd klubu i trener Wójcik uznali, iż mój czas się skończył. W bramce ma się pojawić ktoś młodszy.
– Jest pan zły, rozgoryczony? Ma pan żal?
– Nie chodzi o rozstanie, bo można mieć różną koncepcję budowy zespołu, ale sposób, w jaki zostałem o tym poinformowany. Ale nie, nie odczuwam żalu. Poradzę sobie, a z gry nie zrezygnuję, wbrew sugestiom trenera Wójcika. Nie czuję się na tyle wypalony ani słaby. On widocznie miał znacznie mniej talentu, skoro tak szybko rzucił piłkę i zajął się pracą szkoleniową.
– Gdzie pan teraz zakotwiczy?
– W klubie, z którym prowadzę negocjacje, będę nie tylko zawodnikiem, ale i trenerem bramkarzy. Zajmę się też młodzieżą, myślę, iż skorzystają na moim doświadczeniu. Nie będzie to druga liga, bo decyzja działaczy spadła na mnie znienacka i ciężko w kilka dni „złapać” angaż w mocnym klubie. Tym bardziej, że większość ma już skompletowaną kadrę. Ktoś powie, że nie umiem się pogodzić z upływającym czasem i wciąż chcę zarabiać kasę. OK., pieniądze są ważne, lecz najistotniejsze, że gra w piłkę ciągle sprawia mi wielką frajdę.
– A może drzwi w „Stalówce” nie zostały definitywnie zamknięte? Sześć lat temu wyrzucał pana z klubu dyrektor Dariusz Schlage, bo śmiał mu się pan przeciwstawić, walcząc m.in. o pieniądze dla kolegów. Przeczekał pan zły okres w Stali Rzeszów, po czym wrócił. Może trzeba zastosować taki manewr po raz drugi?
– Nie wiem, w Stali stawiają teraz na młodych. Otrzymałem propozycję: możesz zostać, ale za grę się nie łap. Tylko się uśmiechnąłem, bo przecież to młodzi powinni gonić mnie, starego, a nie na odwrót. Kiedyś tak to wyglądało i to było właściwe.
– Ikona – tak o panu mówią kibice Stali.
– Wie pan, że nie lubię takich określeń. Choć faktycznie, trochę tych meczów w zielono-czarnych barwach się uzbierało. Trafiłem na nienajlepszy okres. Nie było sukcesów, raczej pojedyncze zwycięstwa, głównie w Pucharze Polski. Nie dane mi było występować wyżej jak na zapleczu ekstraklasy, ale trochę radości kibicom chyba dostarczyłem. Teraz ludzie wysyłają mi SMS-y, piszą do mnie na Facebooku, dziękują za lata gry. To bardzo miłe uczucie, gdy cię doceniają.
– Stal może mieć kłopoty w nowym sezonie. Sama młodzież nie udźwignie ciężaru. Poza tym presja jest ogromna, bo w ratuszu zażądano wyniku na miarę pieniędzy, które przekazywane są do klubu.
– Nowy projekt może wypalić albo i nie. Mieliśmy bardzo słabą rundę wiosenną, lecz jesień świetną, a przecież sezon składa się z dwóch rund. Zostało dwóch piłkarzy grających regularnie w tamtej drużynie: Krystian Wrona i Przemek Stelmach. Pytania o przyszłość Stali musi pan kierować jednak do działaczy.
– Porozmawiajmy o poważniejszym futbolu. Pan jest specjalistą od bronienia karnych, a Polska podczas mistrzostw Europy dwukrotnie brała udział w konkursach „11”. Łukasz Fabiański obwiniał się po ćwierćfinale z Portugalią, że nie odbił żadnej piłki. Jak to wyglądało z pana perspektywy?
– Podejrzewam, że zareagowałbym podobnie. Też miałbym do siebie pretensje, iż nie pomogłem zespołowi. Ale z karnymi jest tak, że tych najważniejszych bardzo często się nie broni. Gdybym rok temu wyczuł gracza Błękitnych Stargard Szczeciński, zapewne bylibyśmy teraz w innym miejscu… Wracając do „Fabiana” – nikt nie może mieć do niego pretensji.
– Artur Boruc za Fabiańskiego na karne?
– Odpada! Taka decyzja zniszczyłaby bramkarza, który łapał przez całe spotkanie.
– Najlepszy dla pana bramkarz Euro i dlaczego jest nim Gianluigi Buffon?
– Buffon był najlepszy i nie twierdzę tak dlatego, że to mój idol i rówieśnik (śmiech). Choć gdyby trafił na trenera Rafała Wójcika, mógłby usłyszeć, iż pora kończyć karierę… Ale na poważnie: Włoch, Manuel Neuer i Fabiański – to moja trójka największych fachowców na Euro. Portugalczyk Rui Patricio znajduje się półkę niżej, choć trzeba przyznać, że w finale spisał się rewelacyjnie.
– Buffon to też wielka klasa. Luz, uśmiech, przyjazne nastawienie do rywali. Widział pan zapewne w Internecie zdjęcia, jak kopie piłkę z chłopakami z miejscowości, w której spędza wakacje. Kumpel z podwórka, nie żadna gwiazda.
– Dokładnie. A te jego zachowania na boisku, gdy jednym objęciem ramienia, gestem, gasi zapędy bojowo nastawionych przeciwników. Wielki człowiek! Chciałbym taki być, tymczasem często krew się gotuje (śmiech).
– Będzie miał pan teraz więcej czasu, to może wróci pan do gry na gitarze? Może nawet reaktywujecie z kolegami zespół „Nowotwór”?
– Co to, to nie (śmiech). Zresztą, sięgnąłem po inny instrument – perkusję. Kupiłem i trzaskam. Na razie najłatwiejsze rytmy, kołysanki, ale staram się wejść w mocniejsze uderzenia: System of a down, Slipknot i moja ukochana, nieśmiertelna Metallica!
Rozmawiał: Tomasz Szeliga


