
MIELEC. Lokalne władze nie mogą dogadać się w sprawie uchronienia strefy, prywatnych posesji i pól uprawnych przed podtopieniami.
„Ksiądz pana wini, pan księdza. A nam zewsząd nędza” – tak, parafrazując Mikołaja Reja, w skrócie można opisać sprawę Babulówki. Na uregulowanie zlewni tego potoku od lat czekają mieszkańcy, bo w zasadzie co roku woda podtapia im działki w Trześni oraz pola uprawne w Tuszowie Narodowym i Padwi Narodowej. Brak uregulowania potoku dotyka też tereny Specjalnej Strefy Ekonomicznej w Mielcu.
Sprawa wydaje się być prosta. Ale nie dla urzędników, którzy nie mogą się dogadać w sprawie podziału kosztów przedsięwzięcia. Starostwo swoje, magistrat swoje i do kompletu – gminy wiejskie swoje. Prezydent Mielca, Daniel Kozdęba, przekonuje, że uregulowanie zlewni Babulówki nie może być realizowane na zasadzie jednostronnej, że „miasto wszystkiemu winne i to ono musi to realizować”. – To nie tak – zaznacza prezydent.
– Babulówka dotyczy znacznie szerszego obszaru. Powinniśmy więc najpierw określić kompleksowy materiał, który określiłby szereg inwestycji, które nie wierzę, żeby były realizowane tylko po stronie miasta. Dopiero mając taki plan, konkretnie wypełnialibyśmy te zobowiązania – tak, żeby miasto mogło się dalej rozwijać, z drugiej strony – żeby inne gminy nie miały obaw, co do zalewania wodą. Bardzo łatwo i dość demagogicznie jest powiedzieć, że wszystkiemu winne jest miasto, ale prawda jest w zupełnie innym miejscu – zaznacza.
W sprawie uregulowania Babulówki od pewnego czasu opozycja dość mocno naciska na starostę Zbigniewa Tymułę. Ten powtarza jak mantrę, że prowadzi rozmowy z władzami miasta i strefy. – Bardzo nam na tym zależy, bo my jako powiat wydajemy zezwolenia wodno-prawne i to my za to będziemy odpowiadać – podkreślał mielecki starosta.
Paweł Galek


