
Od czasu zniesienia limitów na rezonans magnetyczny i tomografię komputerową (2019 rok), liczba wykonywanych świadczeń systematycznie rośnie. Z danych centrali NFZ wynika, że w kwietniu 2018 r. placówki medyczne w Polsce wykonały 78 tys. badań RM, zaś w kwietniu 2019 r. było już ich 102 tys. W styczniu 2020 r. tych badań zostało przeprowadzonych 120 tys. W kwietniu 2020 r. spadło do 53 tys., ale trzeba pamiętać, że to okres wybuchu pandemii koronawirusa i przeprowadzanie wielu świadczeń zostało wtedy wstrzymane. W marcu 2021 r. badań RM wykonano już 144 tys. Średnio miesięcznie wykonuje się ich ok. 120 tys. Podobne wzrosty widać w badaniach TK. Ich liczba w ostatnich miesiącach również oscyluje w granicach 120 tys. Gołym okiem widać więc, że statystycznie liczba wykonywanych badań szybuje w górę. Dostępność dla pacjenta na pewno się poprawiła, ale czas uzyskania wyniku badań nie skrócił się ani o dzień. Nadal na wynik trzeba czekać kilka tygodni, a czasem miesięcy. Dlaczego? Bo brakuje radiologów do ich opisywania. W Polsce jest ich nieco ponad 4 tys., na Podkarpaciu niespełna 100, przy 35 pracowniach rezonansu magnetycznego i 44 tomografii komputerowej. Często badanie do opisu jest wysłane na drugi kraniec Polski i trzeba czekać, aż wróci do jednostki zlecającej, a w końcu do pacjenta. Dlaczego tak mało jest radiologów? W ubiegłym roku w naborze jesiennym na rezydenturę z radiologii było tylko 55 miejsc w skali kraju(!), a ponad 200 na pediatrię (specjalistów z tego ostatniego zakresu też zresztą brakuje). Żeby szkolić, trzeba mieć odpowiednie zaplecze i odpowiednią liczbę radiologów. Najlepiej szkolić w dużym uniwersyteckim/klinicznym szpitalu. A właśnie stamtąd uciekają radiolodzy i idą do prywatnych ośrodków, które po zlikwidowaniu limitów na diagnostykę obrazową zainwestowały w sprzęt i zaczęły szukać specjalistów radiologii, często podkupując ich właśnie z publicznych jednostek, proponując im znacznie wyższe zarobki. Mogły sobie na to pozwolić, bo fundusz płaci za badania całkiem nieźle. 1 tys. zł za rezonans serca i 500 – 700 zł za pozostałe rezonanse. I koło się samo zamyka. Bez większej liczby lekarzy na rynku czas oczekiwania przez pacjenta na wyniki badań nie skróci się. I to jeszcze długo. Wykształcenie lekarza specjalisty to proces trwający ok. 10 lat. Uważam więc, że pierwszeństwo do przeprowadzania badań bez limitu powinny mieć jednak jednostki publiczne, gdzie przebywają i leczą się pacjenci z najtrudniejszymi przypadkami, gdzie takie rozwiązanie mogłoby także przełożyć się na poprawę sytuacji ekonomicznej danej jednostki.
Redaktor Anna Moraniec



4 Responses to "Nie ma limitów, a czekać trzeba"