Od pewnego czasu zacząłem zwracać uwagę w Rzeszowie na nocne wycieczki „zorganizowanych grup młodzieżowych”. Zwykle do owych wycieczek dochodzi w piątki i soboty.
Zbliża się północ i słychać pierwsze dzikie wrzaski. Patrzę przez okno. Idzie grupa zwykle od trzech do pięciu osób, na oko mają około 20 lat. Grupa zwykle nie idzie w linii prostej i w każdej z nich znajduje się jakiś gieroj, którego kilku kompanów uspokaja. Naglę szybki cios z pięści np. w drzwi od pobliskiej klatki schodowej i gęba już się cieszy – pełny sukces, bo pękł jakiś element. Kilka metrów dalej gieroj wyprowadza cios nogą co najmniej jak Steven Seagal. Cios dosięga lusterka samochodu. Zniszczone lusterko leci kilka metrów w powietrzu, po czym roztrzaskuje się o chodnik. Kolejny sukces. Jeszcze uderzenie z pięści w okno kolejnego samochodu i już będzie co opowiadać kolegom na drugi dzień, gdy gieroj wytrzeźwieje. Do swoich opowieści z pewnością doda, ile wyrwał panienek na dyskotece, ile wypił wódki i piw oraz swoje problemy z wymiotami. To jednak nie koniec, bo z mętnym wzrokiem, ledwo stojąc na nogach trzeba zatrzymać jadący samochód i krzyknąć do kierowcy: „No chodź kur…”. Oczywiście koledzy odciągają, ale są dumni, że mają w grupie takiego kozaka.
Kolejna scenka z Rzeszowa. Pięciu chłopców bez koszulek (temperatura około 2 stopni Celsjusza na plusie) okłada nogami… latarnię. Co im zawiniła? Nie wiadomo.
Ja natomiast proponuję tym wszystkim nocnym gierojom zapisać się na treningi np. MMA, boks, muay thai czy kick-boxing. Tyle, że jest pewien kłopot, bo trzeba być mężczyzną, a nie gówniarzem. Zapomniałem jeszcze, że tam trzeba wylać hektolitry potu, należy być systematycznym i być charakternym. Na ringu zostaje się sam na sam z przeciwnikiem, a nie atakuje go z pięcioma kolegami. I co najważniejsze – drzwi czy lusterko od samochodu nie oddadzą, a wytrenowany przeciwnik może oddać i to tak, że się zapamięta taką lekcję na całe życie.
Grzegorz Anton



4 Responses to "Nie ma to jak sobie kopnąć w latarnię lub samochód"