Nie mogąc podnieść własnego dziecka, dla innych przenosi góry

Wsparcie Małgosi Wójcikowskiej można okazać na pośrednictwem wpłat na konto PEKAO 33 1240 2786 1111 0010 5670 9561 z dopiskiem „darowizna dla Małgorzaty Wójcikowskiej”. Fot. Bogdan Myśliwiec
Wsparcie Małgosi Wójcikowskiej można okazać na pośrednictwem wpłat na konto PEKAO 33 1240 2786 1111 0010 5670 9561 z dopiskiem „darowizna dla Małgorzaty Wójcikowskiej”. Fot. Bogdan Myśliwiec

Pomóżmy niezwykłej mamie, która marzy o tym, by pograć w piłkę ze swoim synkiem.

Gdy dotknęła ją choroba sprawiająca przewlekły, przenikliwy ból, myślała, że nic gorszego już jej nie spotka. Niestety, los odebrał jej wtedy tego, na którym zawsze mogła polegać. Dziś jej życie to suma cierpienia fizycznego i bólu samotności. Toczy z nimi walkę każdego dnia i spychając własne potrzeby na drugi plan, zabiega o lepsze jutro dla innych.

Małgosia to siłaczka. Siłaczka, która nie jest w stanie dźwigać choćby noworodka. Siła tarnobrzeżanki tkwi jednak nie w jej mięśniach, czy stawach, ale sercu, które choć dwa lata temu rozsypało się na setki kawałków, porusza innych do działania na rzecz innych, którzy tak jak ona mają w życiu pod górkę.

Dziwny ból
Historia Małgosi mogłaby się zacząć od sielskiego obrazka, na którym ona, jej mąż i dziecko bawią się razem na skąpanej w słońcu plaży okalającej Jezioro Tarnobrzeskie. Do dziś ma ona w swojej pamięci chwile takiego niezwykle zwykłego szczęścia, których wielu z nas na co dzień nie docenia. Aby jednak, poznać tarnobrzeżankę lepiej, musimy się cofnąć 12 lat wstecz. Wtedy to blondynka o zielonych oczach zaczęła odczuwać dziwny, nieprzyjemny ból w pachwinach.

– Nie miałam pojęcia, skąd bierze się ten ból. Po pierwszych badaniach okazało się jednak, że wiąże się on ze zmianami zwyrodnieniowymi, które zachodzą w moich stawach biodrowych. Pachwiny nie bolały mnie same z siebie, ale ból pod stawów po prostu do nich promieniował. Z dnia na dzień miałam problemy z tym, aby normalnie chodzić. Potrafiłam iść po chodniku i nagle upaść – wspomina Małgosia Wójcikowska z Tarnobrzega. – Zaczęło się od biodra prawego, a potem to samo stało się z biodrem lewym. Nie pamiętam dokładnie co powiedział mi wtedy lekarz, był to jednak dla mnie szok. Trudno było mi zrozumieć, jak u osoby w takim wieku, mogą dziać się takie rzeczy ze stawami.

Choroba Małgosi postępowała z tygodnia na tydzień.

Najgorsze są noce
– Ból był coraz silniejszy, a wykonywanie codziennych czynności coraz trudniejsze. Jestem osobą z wysokim progiem wytrzymałości na ból, więc jakoś to wytrzymałam, ale były dni, że nie chciało mi się żyć… Niby przyzwyczaiłam się do codziennego bólu, ale kto kiedykolwiek zmagał się z przewlekłym bólem wie, że nie da się z nim po prostu iść przez życie krok w krok każdego dnia. Najgorsze są zresztą noce.

Małgosi ból towarzyszy siedem dni w tygodniu. 24 godziny na dobę. 365 dni w roku. Potworny ból sprawia jej schodzenie i wchodzenie po schodach, robienie porządków, siadanie, wstawanie. Z trudem opiekuje się rozbrykanym 8-letnim synkiem Maksem.

– Nie mogłam i nadal nie mogę sobie pozwolić nawet na spacer, a tym bardziej na wygłupy, bieganie, grę w piłkę. Mój synek nie był przeze mnie noszony po urodzeniu. Mogłam trzymać go na rękach tylko gdy siedziałam, albo leżałam. Gdy stałam było to niemożliwe, nawet zaraz po urodzeniu, gdy był bardzo malutki – wspomina Małgosia.  – Nie byłam w stanie wejść do wanny i dłużej niż chwilę posiedzieć na krześle.

Ból, który towarzyszy cierpiącym na zwyrodnienie stawów w Przychodni Leczenia Bólu, z której korzysta tarnobrzeżanka uważany jest za jeden z największych, których doświadczają pacjenci.

DSC_3226

Dzień, w którym pękło serce
Mówi się, że radość dzielona z bliską osobą jest podwójną radością cierpienie zaś połową cierpienia. Małgosi ból niósł z nią przez ostatnie lata jej mąż. Tragicznego września 2015 roku, Krzysztof doznał jednak udaru mózgu i zmarł.

– To był zupełnie normalny dzień, który na zawsze odmienił życie moje i naszego syna. Krzysztof zmarł nagle, wyszedł z domu i nigdy już do niego nie wrócił.

– Nie wiem jak udało mi się przetrwać ten okres. Było bardzo ciężko. Zwłaszcza ze względu na dziecko. Świat, który budowaliśmy z Krzysiem dla siebie i dla Maksa po prostu w jednej chwili runął. Rozpadł się na kawałki. Czułam się tak, jakbym znalazła się w jakiejś otchłani, pustce. Okropne uczucie, tym bardziej, że zostałam z kredytami, długami. Do dziś ich zresztą nie ogarnęłam – nie kryje Małgosia. – Razem z synkiem układamy nasz świat na nowo. Ja uczę się żyć bez męża. Maks uczy się żyć bez taty. Jest mu trudno, jest mu źle. Nie może zrozumieć dlaczego go zabrakło, nie chce odwiedzać jego grobu. Chce, żeby wrócił, by znów się z nim bawił, poszedł na spacer, by było tak jak kiedyś.

Motorem napędowym życia tarnobrzeżanki stał się syn.

– Nawet kiedy jest ci bardzo źle, przy dziecku i dla dziecka trzeba się uśmiechać, mówić i wierzyć, że będzie dobrze, że damy sobie radę. Choć serce krwawi. Choć do życia wkrada się strach – mówi tarnobrzeżanka.

Podzielić się cząstką swojego dobra
Małgosia nie poddaje się beznadziei. Walczy o lepsze jutro dla siebie i synka. Z pomocą ludzi dobrej woli przeszła bardzo kosztowną operację jednego biodra. Teraz czeka na drugą, która znów wiąże się z ogromnymi jak na jej możliwości wydatkami. Z pomocą przyjaciół prowadzi zbiórkę na ten cel, a sama w chwilach, gdy ból daje jej chwilę wytchnienia, organizuje pomoc dla innych, którym też nie jest w życiu lekko. Nie afiszuje się z tą pomocą, działa po cichu, organizuje zbiórki, dostarcza pomoc i cieszy się, gdy ktoś się dzięki niej uśmiechnie.

– Choć sama potrzebuję i korzystam z pomocy innych, wiem, że nie jestem jedyna, która cierpi i której bywa w życiu źle. Odkąd pamiętam pomagałam innym tak jak umiałam i wiem, że nawet cząstka dobra, którą się dzielimy, może przynieść ulgę. Wiem z własnego doświadczenia, ile znaczy pomocna dłoń i wiem, że naprawdę warto pomagać. Dopóki znajdę w sobie siłę, będę pomagać innym i będę do tego zachęcać innych.

Jak można pomóc Małgosi?

– Jestem po pierwszej operacji wstawienia endoprotezy stawu biodrowego, przede mną jest druga. Niestety, związana jest ona z ogromnymi wydatkami, na które składa się koszt operacji, rehabilitacja, leki i wizyty u lekarza – nie kryje Małgosia Wójcikowska, która chodź dźwigać jej nie wolno, niesie od lat ciężar bolesnej choroby, a od dwóch lat także trud i odpowiedzialność samotnego wychowywania 8-letniego synka.

Małgorzata Rokoszewska

3 Responses to "Nie mogąc podnieść własnego dziecka, dla innych przenosi góry"

Leave a Reply

Your email address will not be published.