„Nie można wszystkiego zwalić na Karapytę”

- Moje zdrowie jest w bardzo poważnym stanie, dlatego unikam wszelkich kontaktów - mówi Mirosław Karapyta. Wyjątek zrobił dla Super Nowości. Fot. Wit Hadło
– Moje zdrowie jest w bardzo poważnym stanie, dlatego unikam wszelkich kontaktów – mówi Mirosław Karapyta. Wyjątek zrobił dla Super Nowości. Fot. Wit Hadło

Rozmawiamy z Mirosławem Karapytą, byłym marszałkiem województwa podkarpackiego.

Po odwołaniu z funkcji marszałka i przejęciu władzy na Podkarpaciu przez prawicę w maju br., Mirosław Karapyta w zasadzie zniknął z przestrzeni publicznej. Unikał kontaktu z mediami, nie pojawiał się na sesjach sejmiku (wciąż jest radnym), zaszywając się w swoim rodzinnym domu pod Lubaczowem. Nasz poniedziałkowy artykuł „Przez aferę Karapyty Podkarpacie może stracić miliony euro!” spowodował jednak, że były marszałek postanowił zabrać głos, czego efektem jest niniejszy wywiad.

– Jak to, co stało się w ostatnim półroczu w samorządzie Podkarpacia, wygląda z Pana punktu widzenia?
– Ja po prostu nie żyję w tej chwili tymi problemami, bo to bardzo mocno uderzyło we mnie osobiście i wydaje mi się z perspektywy czasu, że pewnych rzeczy można było uniknąć. To, co spowodował tzw. przewrót majowy (przejęcie władzy w województwie przez PiS – red.), powoduje nie zawsze dobre reakcje. Ja mam wiele takich odczuć, że niektóre rzeczy, które rozpoczęliśmy, nie są kontynuowane, gdzieś są pomijane lub jest zmiana pewnych kierunków. Słyszy się to w terenie, a ja to odbieram z perspektywy mieszkańca konkretnego okręgu, obwodu, a także jako radny, jeszcze może w tej chwili nie funkcjonujący, bo chciałbym odpocząć od tego. To spowodowało duży ubytek na moim zdrowiu. W sobotę miałem robioną koronarografię, więc z kardiologii wyszedłem raptem w poniedziałek. Moje zdrowie jest w bardzo poważnym stanie, dlatego unikam wszelkich kontaktów, a wyjątek zrobiłem dla Super Nowości (śmiech).

– Czyli po prostu odpoczywa Pan teraz od polityki…
– To znaczy nie odpoczywam, bo spędziłem około 70 dni w szpitalach podczas swojego chorobowego. Więc życzę wszystkim tym, którzy zazdroszczą mi chorobowego, żeby zwiedzili szpitale i przeszli te zabiegi, które ja przeszedłem. To wszystko spowodowało, że ja muszę się w tej chwili zająć rodziną i sobą. Patrzę na to też z tej innej perspektywy – że nie opłaca się czasami rozwijać skrzydeł i robić czegoś ponad to, żeby pilnować biurka.

– Ma Pan jakieś informacje bądź przeczucie skąd się wzięły te zarzuty? Bo są różne teorie, np. że to wewnętrzna rozgrywka w PSL czy taka, że to cios PO w rządowego koalicjanta.
– Ja od początku tej sprawy oddałem się do dyspozycji prokuratury. Nie mam zamiaru podejmować jakichś działań, które mają na celu mataczenie. Wierzę w prawo w naszym kraju i w prawidłowe działanie organów, które prowadzą to postępowanie. Co do tego nie mogę nic dodać.

– Ale nie wierzę, że nie pojawiają się w Pana głowie takie myśli „kto mi to zrobił”?
W mojej głowie pojawia się wiele myśli, ale to są swego rodzaju moje rekolekcje osobiste (śmiech).

– A jak to wszystko znosi Pana rodzina?
– Rodzina to przeżyła, ale wspierała mnie od początku i nadal wspiera, podobnie jak przyjaciele. To jest bardzo cenne, ale zabrakło mi takiego wsparcia od kolegów partyjnych.

– Pojawiały się też informacje, że te problemy przeniosły się na Pana życie rodzinne.
– Tak. Pisali, że moja żona wyjechała do Kanady. I wyjechała, bo jedno moje dziecko musiało wyjechać do Kanady, a drugie nie może znaleźć pracy na Podkarpaciu. Takie są skutki, bo gdzie przychodzi to słyszy: „aha, to zaraz się pojawią panowie i zapytają, kto ci załatwił tę pracę?”. Ale odbiło się także na dalszej rodzinie. Córka mojego kuzyna zrezygnowała ze studiów na Politechnice, bo była szkalowana. Jak się czyta, że afera Karapyty spowoduje brak środków europejskich, to szlag człowieka trafia.

– No właśnie. Ma Pan pretensje o tytuł naszego poniedziałkowego artykułu. Twierdzi Pan, że tego, co się stało na Podkarpaciu w ciągu ostatnich 6-7 miesięcy nie można nazywać aferą. To jakie określenie jest Pana zdaniem prawidłowe? Przecież postępowanie lubelskiej Prokuratury Apelacyjnej w sprawie to nie wszystko. Na Podkarpacie zjechały największe ogólnopolskie media i nabrało to wszystko kształtów afery korupcyjnej.
– A może medialnie w tym wszystkim ja jestem najciekawszą osobę. Bo co powie inna osoba, która jest zwykłym przedsiębiorcą? To dotyczy wysokiego urzędnika, więc może to stwarza jakby czy pompuje ten balon. A z waszego artykułu wynika, że powstała jakaś afera Karapyty, która powoduje, że nagle Podkarpacie się zawali, bo nie będzie środków europejskich, bo coś się tam stało. Mówię o przeciętnym czytelniku, który nie zna procedur certyfikacji, płatności audytu itd. Sprawa, która dotyczy zablokowanej certyfikacji, ma ciąg przez moją przerwaną kadencje, a kontynuowana jest przez marszałka Ortyla i jego zarząd. I jeżeli mówimy o ciągłości władzy i interesie województwa, to uderzyło mnie to, że w tej sprawie do pana Patricka Amblarda (dyrektor wydziału ds. Polski w Komisji Europejskiej – red.) jedzie delegacja, która opiera się przede wszystkim o europosła Porębę, marszałka Ortyla i przewodniczącego Buczaka. Jeżeli mamy w samorządzie schodzić z tzw. walki politycznej, to pomijając moją osobę, która może budzić kontrowersje, ja nie rozumiem dlaczego nie pojawił się w tej delegacji marszałek Zygmunt Cholewiński, który odpowiadał za środki europejskie, a jest radnym wojewódzkim. Wydaje mi się, że w takich sprawach powinniśmy stawać ponad podziałami. Ja przynajmniej coś takiego praktykowałem – są sprawy województwa, wszelkie inwestycje, które przy zmianie władzy powinny mieć charakter sztafety. I tutaj element polityczny powinien być wyeliminowany. A jeżeli dzisiaj europoseł Poręba staje w obronie tych środków, to z chronologii wydarzeń, które miały miejsce wynika, że to on donosił do komisarza Amblarda, że jest zaniepokojony takimi zjawiskami, nie znając sprawy, bo nie kontaktował się ze mną.

– Ale te niepokoje w Brukseli nie wzięły się od posła Poręby, tylko z publikacji prasowych, co zresztą przyznała nawet sama komisja…
– Nie. Pojawiło się pismo, które było skierowane przez posła Porębę, że jest zaniepokojony. Była jego interwencja. Ja nie wiem jak to było chronologicznie, czy to było równolegle, w każdym razie miało miejsce takie pismo, w którym poseł Poręba jest zaniepokojony i nie rozmawiając z nami powiadomił komisję. Jeżeli ja miałbym interweniować w jakiejś sprawie na rzecz województwa, to zapytałbym się marszałka, o co chodzi w tej sprawie. Dla nas zagadkowe było postanowienie prokuratury, w którym ogólnie było napisane o środkach europejskich. W korespondencji między nami a KE, Pan Amblard pisał, iż jeżeli prokuratura poda, jakich projektów dotyczy to postępowanie, wyłączą te projekty i nic nie stoi na przeszkodzie, by cała procedura certyfikacji poszła dalej. Natomiast inną rzeczą jest to, że był audyt Urzędu Kontroli Skarbowej (zakończony kilka dni temu – red.), ale dotyczył on całkowicie innych projektów. Dlatego ja bym tego nie łączył z aferą Karapyty, bo jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Dla mnie jest zaskakujące, że się rozmawia w takim stylu, bo przyjmuje to oblicze gry politycznej, w której na Karapytę można w tym momencie zwalić wszystko, a ja sobie na to nie pozwolę.

Rozmawiał: Arkadiusz Rogowski

18 Responses to "„Nie można wszystkiego zwalić na Karapytę”"

Leave a Reply

Your email address will not be published.