
Magdalena B. przerywa milczenie. Bohaterka głośnej afery finansowej specjalnie dla Super Nowości ujawnia motywy swojego przestępczego działania.
Magdalena B. niechlubną sławę zdobyła, gdy wyszła na jaw jej nielegalna działalność. Okazało się, że ceniona przez zwierzchników agentka ubezpieczeniowa, oszukała ponad 90 osób. W ubiegłym tygodniu Sąd Okręgowy w Przemyślu skazał 27-latkę na 8 lat więzienia za to, że prowadząc działalność gospodarczą w postaci pośrednictwa ubezpieczeniowo-finansowego umyślnie wprowadziła w błąd swoich klientów poprzez oferowanie nieistniejących produktów finansowych w postaci lokat inwestycyjnych o wysokim stopniu zwrotu oraz wypłacaniu rzekomych zysków. Według sądu, miała w ten sposób oszukać ludzi na kwotę ponad 6 mln zł. Magdalena B. zgodziła się nam opowiedzieć o całym procederze.
– Podczas procesu stroniła pani od mediów. Co skłoniło panią do udzielenia tego wywiadu?
– Myślałam o tym od jakiegoś czasu. Podczas rozprawy akurat były rzeczy ważniejsze. Teraz chciałabym rozwiać niektóre wątpliwości, pokazać, że sprawa ma wymiar ludzki, że oskarżony też jest człowiekiem. Chciałabym także, a może przede wszystkim, przeprosić osoby, które zostały pokrzywdzone. Chcę od razu zaznaczyć, że nie zamierzam się w tym wywiadzie w żaden sposób wybielać.
– Skąd pomysł na wprowadzenie tego systemu, który zaprowadził panią na ławę oskarżonych, jakie motywy panią kierowały?
– Chciałam być osobą, która realizuje plany sprzedażowe, być spostrzegana jako ta, która pozyskuje klientów i taki sposób na ich pozyskanie znalazłam. Zły sposób. Miałam 22 czy 23 lata. Ta praca nie jest łatwa, wymaga ona wiele od osoby wykonującej ten zawód. Bynajmniej, zaznaczam, nie jest to wina firmy. Nie pracowałam pod przymusem, mogłam zrezygnować. Wiele osób pracuje, a nie każdy zrobił to, co ja. Nie podołałam temu systemowi, nie wycofałam się w odpowiednim czasie, a mogłam to zrobić. Postawiłam na chore ambicje. Coś w końcu zaczęło mi wychodzić. Zaczęłam być dostrzegana, i chwalona za to, co zrobiłam. Żałuję tego, bo przeze mnie ucierpieli niewinni ludzie.
– Na czym polegał ten system?
– Polegałam na wpłatach klientów, to jest oficjalne i o tym wiedzą wszyscy. Klienci dokonywali wpłat, zawierali legalne umowy, m.in. ubezpieczeniowe. Założeniem tego systemu były wpłaty, które miały przynosić zysk. Jak to wyglądało od środka, dokładnie będę chciała powiedzieć po uprawomocnieniu wyroku. Większość klientów to były osoby polecane przez innych klientów. Przychodzili następni klienci i kolejni. W pewnym momencie straciłam nad tym kontrolę.
– Kiedy ją pani straciła i dlaczego nie przerwała tego pani w tamtym momencie?
– Bardzo szybko, już na samym początku. Zabrzmi to dość paradoksalnie, ale po prostu, zwyczajnie bałam się. Mimo, że wiesz, że jest to droga donikąd, tylko sobie dokładasz. Ogarniający strach blokuje cię. To on mnie powstrzymywał przed powiedzeniem prawdy przełożonym.
– Czy oferowane przez panią zyski były realne?
– Te, które proponowałam, były znacznie wyższe od mieszczących się w granicy rozsądku.
– Prowadziła pani jakąś ewidencję, próbowała zapisywać kwoty, wypłaty?
– Nie, w pewnym momencie zaczął panować ogromny chaos. Być może, gdzieś na początku próbowałam jakieś zapiski prowadzić, jednak ogólnie nie była prowadzona żadna dokumentacja. Myślę, że jakby była, wiele by to zmieniło w całej sprawie.
– Mówiła pani, że klienci byli spłacani pieniędzmi nowych?
– Tak, ale w dużej mierze były to wirtualne pieniądze. O tym też trzeba powiedzieć.
– Na czym polegała ich wirtualność?
– Klient otrzymywał ode mnie informację na piśmie o tym, że posiada środki na rachunku, których w rzeczywistości nie było.
– Czyli ten podstawowy wkład był zwracany klientom?
– Z reguły tak, ale z tym było różnie. Bywało, że klient otrzymał daną kwotę, później miał jakiś zysku, co było wpisywane i z tego zysku tworzyła się kolejna kwota i tak to się kręciło.
– Czy wszystkim oddała pani te wkłady początkowe? A co z zyskami, klienci je otrzymywali?
– W większości przypadków myślę, że tak. Jeśli chodzi o zyski, z tym było różnie.
– Czy zwiększenie sprzedaży ubezpieczeń legalnych, które zawierali klienci chcący zainwestować w ramach piramidy finansowej, wpłynęło na zwiększenie pani wynagrodzenia?
– Zarabiałam jako agent dobrze, mając wzloty i upadki. Mowa tu o bardzo dużych kwotach. 10 tysięcy było to minimum. Oczywiście jako początkujący agent zarabiałam mniej, później jednak zmienił się system wynagrodzeń w firmie. Po wprowadzeniu systemu były to już spore kwoty.
– Poszkodowani zeznali, że wykręcając się od spotkań używała pani argumentu ciąży, także zagrożonej oraz raka mózgu. Ile jest w tym prawdy?
– Nie chcę tego nawet komentować. Wchodzi się w tym momencie z butami w moje życie prywatne, a moja prywatność, moi bliscy są świętością, której nie chcę naruszać w żaden sposób.
– Trudna była konfrontacja z pokrzywdzonymi?
– Z niektórymi tak. Pojawiła się któregoś dnia na sali rozpraw matka jednego z moich klientów, która również była moją klientką i jak zobaczyłam łzy w jej oczach, mówiąc kolokwialnie, pękło mi serce. To było straszne przeżycie dla mnie. Były to pojedyncze przypadki, ale było ciężko. Miałam ochotę paść na kolana i przeprosić.
– Sąd uzasadniając wyrok zaznaczył, że nie udało się ustalić, gdzie podziało się ponad 6 milionów złotych. Zapytam wprost: ma pani te zaginione miliony?
– Nie, nie mam i nie będę w żaden sposób ustosunkowywała się do wypowiedzi sądu. Jedno jest pewne, nastąpi taki moment, że szerzej odpowiem na to pytanie, opisując cały system, czego w tym momencie nie chcę robić.
– Chce pani powiedzieć, że tych pieniędzy nie ma?
– Tych milionów nie ma.
– Zgodnie z wyrokiem, który zapadł, ma pani spędzić 8 lat w wiezieniu. Czy obawia się pani więzienia, bo jakby nie było, różni się ono od aresztu?
– Nie mam żadnych obaw, jeżeli chodzi o zakład karny, choć zdaję sobie sprawę, że mam do odsiedzenia długie lata w więzieniu. Półtora roku spędziłam w tymczasowym areszcie, który stanowi pełną izolację, więc raczej zakład karny nie jest czymś gorszym od aresztu. Na początku było ciężko, bo doświadczenie to nie należy do najprzyjemniejszych. Albo sobie poradzisz, albo nie. Postanowiłam, że chcę sobie poradzić.
– Chodzi o ewentualne wyrzuty sumienia, czy coś w rodzaju jego rachunku?
– Zdecydowanie tak, o to chodzi. Przez 1,5 roku miałam czas, żeby wiele przemyśleć, spojrzeć na siebie jakby z boku.
– Jak to możliwe, że mając ponad 200 klientów, spotykając się często z nimi, również w domu, który dzieliła pani z Markiem P., udało się pani proceder ukryć przed nim, swoim partnerem i zwierzchnikiem?
– Jeśli chodzi o sam fakt ukrycia tego, mój menedżer, którym był Marek, nie miał powodów, żeby mnie w jakiś sposób szczególnie nadzorować, bo byłam dobrym agentem, nigdy nie było skarg na mój temat. Marek mi ufał, podobnie jak pozostałym współpracownikom. Byłam nie tylko jego partnerką, ale jednym z lepszych jego pracowników. Poza tym w trakcie prowadzenia tego procederu nie spotykałam się z klientami w naszym domu.
– Czy Marek P. miał coś wspólnego z przelewem pieniędzy od klientów na jego konto?
– Nie. Miałam wtedy trudności z kartą, o czym była mowa w sądzie. Bywało tak, że moja wypłata była przelewana na jego konto, bo mieszkaliśmy razem. Byliśmy partnerami, on tego nie sprawdzał. Bezgranicznie mi ufał. To jest moja wina. Środki te wybrane zostały przeze mnie. Marek nie miał o nich pojęcia.
– Sąd zasądził odszkodowanie dla pokrzywdzonych i 100 tysięcy złotych grzywny. Jak pani zamierza wywiązać się z tych zobowiązań?
– Nie myślałam jeszcze o tym, bo jest to świeża sprawa dla mnie.
– Jak proces karny wygląda od strony oskarżonego?
– Każdy z nas ma jakieś uczucia, emocje. W moim przypadku ścierały się we mnie dwie siły: niesamowitej złości i żalu. Złości na siebie, która budziła agresję, co można było zauważyć. Miałam żal, że odpowiedzialność za moje postępowanie spada na osoby, które nic nie zrobiły, a także, że na sali sądowej pojawiali się świadkowie, którzy ucierpieli.
– Malowanie ust na sali rozpraw, czy reakcja śmiechem na zeznania świadków były skutkiem stresu?
– Nawet nie pamiętam tych zachowań. Czytając o tym później w gazetach czułam się, jakbym patrzyła na obcą osobę.
– Czy ma pani informacje, żeby któryś z pani klientów stracił oszczędności życia?
– Tego nie wiem, nie wnikałam nigdy w budżet swoich klientów. Nigdy mi wprost tego nie powiedzieli.
– Chciałaby pani kiedyś wrócić do zawodu?
– Nie, chciałabym po odbyciu kary odciąć się całkowicie od tego rozdziału mojego życia.
Rozmawiała Ewa Faber



10 Responses to "Nie przywłaszczyłam sobie 6 mln złotych"