
ŻUŻEL. 2.LŻ. Rozmowa z MARCINEM JANIKIEM, wiceprezesem Speedway Stali Rzeszów S.A.
Gdyby nie Marcin Janik, nie byłoby nowego właściciela Stali Rzeszów, a zarazem jej sponsora, Ireneusza Nawrockiego. Z kolei gdyby nie on, nad Wisłokiem w przyszłym sezonie prawdopodobnie w ogóle nie byłoby żużla. – Prezes Nawrocki zadzwonił do mnie w połowie czerwca br. Powiedział, że się decyduje i że możemy zacząć całą procedurę przejęcia przez niego spółki – mówi MARCIN JANIK, wiceprezes Speedway Stali Rzeszów S.A.
– W jaki sposób w ogóle udało się zainteresować Ireneusza Nawrockiego rzeszowskim żużlem?
– Historia jest długa, bo pierwszy – nazwijmy to pośredni kontakt – z prezesem Nawrockim nawiązałem wówczas, gdy jeszcze nie pracowałem w Stali. To był lipiec 2015 r. Pracowałem wtedy w firmie, będącej sponsorem gali sztuk walki, której z kolei właścicielem jest Ireneusz Nawrocki. Pomysł był taki, żeby tę galę zorganizować w Rzeszowie. Z różnych względów to się jednak nie udało.
– Co było dalej?
– Do pierwszego spotkania twarzą w twarz doszło w połowie maja 2016 r. Prezes przyjechał do Rzeszowa w swoich sprawach i zaczęliśmy rozmawiać. Przy okazji poruszyłem oczywiście temat żużla i zapytałem czy jest zainteresowany sponsorowaniem rzeszowskiego speedwaya?
– Wiedział w ogóle co to żużel? Interesował się nim wcześniej?
– Tak, oczywiście. Był kibicem żużla i orientował się nieźle w tej dyscyplinie.
– Długo trzeba było go namawiać, żeby zainwestował w rzeszowski speedway?
– Już przy pierwszej rozmowie, poruszyliśmy temat kupna Stali Rzeszów. Wiadomo, że była to raczej kurtuazyjna rozmowa, która jednak okazała się zaczątkiem do dalszej współpracy. Przez rok wymienialiśmy się sms-ami, mailami, na zasadzie „Co tam słychać?”, życzenia noworoczne itp.
– Kiedy zatem Ireneusz Nawrocki zdecydował, że „wchodzi” w Stal Rzeszów?
– To było akurat przed pamiętnym meczem w Gdańsku, na który zresztą przyjechał. No i się zaczęło…
– Zdawałeś sobie wówczas sprawę, że Ireneusz Nawrocki może być ostatnią deską ratunku dla Stali Rzeszów? Gdyby nie jego pieniądze, mogłaby ona zniknąć z żużlowej mapy Polski…
– Nie ma co ukrywać, że było to możliwe. Aczkolwiek ciężko teraz gdybać i powiedzieć, jakby się potoczyły sprawy. Wówczas przyjęliśmy ten wariant i robiliśmy od czerwca wszystko, aby sfinalizować całe przedsięwzięcie.
– Nowego właściciela Stali nie zniechęcił nawet spadek do II ligi i późniejsze – jak to sam nazwał – trupy, wypadające z szafy – czyli rosnące zadłużenie spółki…
– Bez dwóch zdań prezesowi Nawrockiemu należy się wielki szacunek. Te wszystkie historie, w tym baraże i ten nieszczęsny spadek do II ligi, o których nie chcę teraz nawet myśleć, mogły zniechęcić. Podejrzewam, że w takim wypadku nikt nie miałby prawa mieć pretensji. Mógł z czystym sumieniem wycofać się, ale tego nie zrobił, bo widzi tu potencjał. Widzi wartość, bowiem przejmując spółkę, przejmuje całość czyli historię, struktury, drużynę, a przede wszystkim kibiców blisko 200-tysięcznego miasta, które się świetnie rozwija.
– Kibiców „kupił” sobie już na samym początku, bowiem oprócz spłaty długów, zobowiązał się do zachowania barw i tradycyjnego herbu Stali…
– Starałem się wprowadzić prezesa w pewne tematy. Pomimo, iż był kibicem i wiedział o co chodzi, spędziliśmy długie wieczory na omawianiu sytuacji począwszy od tego, jak ważne jest szkolenie młodzieży i przywiązanie do klubu. Z tego będą same korzyści, może nie od razu, ale za rok, za dwa, bowiem wychowankowie, to zawsze wychowankowie. Mając ich w składzie, inaczej patrzą na drużynę kibice i nawet sponsorzy.
– Jaki wpływ na rozmowy z zawodnikami miał mocno nadszarpnięty w ostatnich latach wizerunek Stali, a przede wszystkim fatalna sytuacja finansowa?
– Co rok są ciężkie rozmowy. Każdy zawodnik, mimo tego, że chce mieć najlepszą ofertę dla siebie, chce też aby klub, w którym przyjdzie mu startować, miał ściśle sprecyzowaną wizję. Zawodnicy w ogromnej większości są ambitnymi ludźmi, którzy chcą coś osiągnąć. Nazwisko nowego prezesa i sponsora z pewnością pomagało w rozmowach, ale żużlowcy też bardzo ostrożnie podchodzili do tematu. Myślę, że przełomem było zobowiązanie się prezesa do spłaty zadłużenia z poprzednich lat. To pozwoliło im nabrać zaufania do naszego klubu.
– W najbliższym czasie można się ponoć spodziewać rozwoju sportu motorowego w Rzeszowie…
– Są szerokie plany, dotyczące m.in. kartingu i driftu. Powstanie też mini tor żużlowy, który będziemy budować w na terenie i w porozumieniu z firmą Greinplast. Pomoże nam też Hubert Bańbor. Chcemy to fajnie propagować i w ten sposób popularyzować sport motorowy w Rzeszowie.
– Tych zabiegów marketingowych w ostatnich lata nie było za wiele i tego żużla mało było widać w Rzeszowie…
– Wyjście do kibiców to podstawa. W tym nieocenioną rolę odgrywa pani dyrektor Aurelia Wach. Do tej pory brakowało na to czasu i pieniędzy. Robiliśmy, co mogliśmy, ale zawsze to było za mało. Teraz mamy nadzieję, że będzie to wyglądało zupełnie inaczej. Chcemy, aby wjeżdżając do Rzeszowa, było wiadomo, że wjeżdża się do miasta żużlowego.
– Z perspektywy czasu nie lepsza byłaby dla Stali roczna karencja i rozpoczęcie wszystkiego od nowa, niż generowanie potężnego długu?
– Można było po 2015 r. i utrzymaniu się w PGE Ekstralidze – tak jak to zrobiły niektóre inne kluby – zamknąć interes. Każdy by sobie jakoś ten rok – że się tak wyrażę – przebimbał ale wówczas zostawilibyśmy na lodzie zawodników z pieniędzmi, których by nie odzyskali. Straciliby zatem ogromne sumy. Długi były zresztą nie tylko wobec zawodników, ale także wobec lokalnych firm, podwykonawców, bo tego jest mnóstwo. W takim wypadku zostawilibyśmy ludzi, którzy pracowali na rzecz klubu, poświęcali swój czas, jak również kibiców. Ci przecież mieli ekstraligowy żużel, a tu nagle zostaliby z niczym. Nie sztuką było zatem zamknąć wszystko. Powiem więcej, to byłoby prawdziwe skurwy… Tak się po prostu nie robi. Ciągnięcie tego wszystkiego, może i z punktu ekonomicznego nie było dobre, ale z drugiej, takiej ludzkiej strony, nie dało się inaczej. Wydaje mi się zatem, że to była słuszna koncepcja i teraz z czystym sumieniem możemy patrzeć w lustro.
– Trzyletni plan zakłada w tym czasie awans Stali Rzeszów do PGE Ekstraligi…
– Razem z prezesem Nawrockim byliśmy – jako jedyni przedstawiciele klubów – na gali u pana Witolda Skrzydlewskiego w Łodzi. Skład Orła robi wrażenie, bowiem uważam że z takim zestawieniem mogliby powalczyć w PGE Ekstralidze. I liga wcale nie jest zatem taka słaba, a śmiem twierdzić, że z roku na rok coraz mocniejsza. My z kolei już w 2019 r. chcielibyśmy w niej być i na pewno wówczas nie będziemy ziewać podczas okresu transferowego. Zakładamy sobie 3-letni plan, który ma dać Stali Rzeszów PGE Ekstraligę, aczkolwiek trzeba pamiętać o tym, jak specyficzną dyscypliną jest żużel.
– II liga w sezonie 2018 będzie dla Stali spacerkiem?
– Na pewno nie. Wystarczy popatrzeć na składy innych drużyn, chociażby Ostrowa czy Opola. Musimy się przygotować solidnie do sezonu i z tego doskonale zdają sobie sprawę nasi żużlowcy. Młodzieżowcy wraz z Nicklasem Porsingiem, który mieszka w Rzeszowie, trenują tu na miejscu. Tomek Jędrzejak przygotowuje się u siebie, Edward Mazur wraca za tydzień z zagranicy i też będzie się mocno przygotowywał do sezonu. Zagraniczni zawodnicy z kolei przygotowują się indywidualnie. Nick Morris jeździ np. na long tracku w Australii na 450-tkach, które wyglądają naprawdę kosmicznie.
– A jak czuje się obecnie Greg Hancock?
– Z ręką Grega jest wszystko w porządku. Teraz wygrzewa się w Kalifornii, gdzie zawsze spędza zimę i tam przygotowuje się do sezonu.
– Tak z ręką na sercu – Amerykanin w Stali Rzeszów to czyj pomysł?
– To był wspólny pomysł. Greg Hancock jest chyba marzeniem każdego klubu. To człowiek – instytucja, magnes zarówno pod względem sportowym, jak i marketingowym. Ciężko to w ogóle ubrać w słowa. Bardzo się cieszymy, że jest on w Rzeszowie i nie będzie tylko zawodnikiem, ale też i częścią szerszego projektu.
– Sezon 2018 chcielibyście zacząć na własnym torze…
– Życzylibyśmy sobie, aby inauguracja była w Lany Poniedziałek (2 kwietnia) na naszym torze. Zobaczymy, jak to będzie, bowiem ze względu na wprowadzenie „Slot systemu” (pierwszeństwo poszczególnych lig w konkretnym dniu – przyp. red.), który jednak nie dotyczy 2.LŻ, może być z tym różnie. My jednak mamy tak szeroką kadrę, że sobie z tym poradzimy. Co będzie z innymi, to już nie nasz problem. My mieliśmy w tym sezonie ogromne kłopoty kadrowe i często był problem, żeby zebrać skład ze względu na priorytet lig narodowych poszczególnych zawodników.
– Jeszcze przed inauguracją sezonu ligowego, ma się w Rzeszowie odbyć Memoriał im. Eugeniusza Nazimka…
– Dwa tygodnie przed inauguracją sezonu planujemy na naszym torze memoriał. Będzie w nim mogła praktycznie wystąpić cała nasza kadra i wówczas zobaczymy jak na tle doświadczonych zawodników typu Hancock czy Jędrzejak, spisują się ci młodsi. Nie wykluczamy także startu w Nazimku jakiejś gwiazdy z zewnątrz, żeby jeszcze bardziej uatrakcyjnić turniej.
Rozmawiał Marcin Jeżowski



2 Responses to "Nie sztuką było zamknąć wszystko"