Czuwają nad naszym bezpieczeństwem. Ratują zdrowie, czasem walczą o życie. Często pracują w ogromnym stresie. Bo zawód policjanta nie jest zwyczajną pracą. To służba. Gdy zdejmują mundur, a razem z nim ciężar obowiązków, poświęcają się swoim zamiłowaniom, które nierzadko są drugim zawodem. Jak mówią funkcjonariusze, życie bez pasji byłoby nudne. W jaki sposób godzą zainteresowania z obowiązkami w policji? Asp. Teresa Pełdiak w policji pracuje od 13 lat. Od 10 lat udaje jej się godzić służbę z prowadzeniem hodowli psów rasowych – doga niemieckiego oraz buldoga francuskiego. Nie pamięta, kiedy czworonogi stały się jej pasją.
– Od dzieciństwa były obecne w moim życiu. W rodzinnym domu były Kuba i Kajtuś. Zawsze bardzo podobała mi się praca przewodników psów i kiedy wstąpiłam do policji, chciałam nim zostać, ale życie napisało inny scenariusz – opowiada funkcjonariuszka stalowowolskiej jednostki.
Gdy poznała swojego męża, okazało się, że on też kocha zwierzęta i ma sunię doga niemieckiego – Jagę. – To był nasz pierwszy pies z rodowodem. Zapisaliśmy się do Związku Kynologicznego w Polsce, zaczęliśmy jeździć na pierwsze pokazy. Tak wyglądały początki naszej hodowli – wspomina właścicielka.
Po Jadze dali dom półtorarocznej Tosi.
– Gdy patrzyło się w jej smutne oczy, ściskało w sercu. Była dogiem po przejściach. Poprzedni właściciel źle ją traktował. Stwierdził, że „nie jest psem rokującym wystawowo”. Suczka wymagała dużo pracy i miłości. Zależało mi na jej resocjalizacji. Chciałam, żeby zobaczyła inne psy, ludzi, którzy nie zrobią jej krzywdy. Dlatego, kiedy już się do nas przyzwyczaiła, pojechaliśmy na wystawę klubową doga niemieckiego i… ona ją wygrała – cieszy się opiekunka. Poprzedni właściciel był w szoku. – Zwierzęta nam niczego nie powiedzą. Trzeba je obserwować, okazywać im serce, a one odpłacą swoją wiernością i miłością – nie ma wątpliwości.
Dziś w domu państwa Pełdiaków mieszka 7 psów, 5 dogów niemieckich błękitnych: Iwo, Tiago, Shila, Nero oraz Mela, a także dwa buldogi francuskie – Fifi i Zoya. I jak mówi właścicielka, każdy ma zupełnie inny charakter.
– Wyglądem dogi mogą sprawiać wrażenie groźnych, ale tak naprawdę są bardzo delikatne, wrażliwe, nieporadne, potrzebujące bardzo dużej uwagi dotyczącej prawidłowego odżywiania i określonej ilości ruchu w okresie wzrostu. Buldożki to małe wariaty z wielkimi oczami i stojącymi uszami. Zawsze chętne do przytulania oraz zabawy, ale i rywalizacji. Od lat biorą udział w wystawach i pokazach. Na swoim koncie mają wiele tytułów, m.in. czempionaty: Polski, Litwy, Rumunii, tytuł Interchampion C.I.B, czyli Międzynarodowy Champion Piękności.
– Jeździmy na wystawy klubowe, ale też krajowe czy międzynarodowe, gdzie są wszystkie rasy, ale każdy pies oceniany jest w swojej. Pod uwagę bierze się wygląd, ruch, budowę zwierzęcia, charakter. Sędzia sprawdza też zęby i ogon, dlatego pies nie może być agresywny – zaznacza Teresa Pełdiak. Po wybraniu najlepszego reprezentanta z każdej rasy są bis-y – wybiera się najlepszego psa wystawy. – Razem z Melą byliśmy dwa razy na bis-ach. To bardzo duże osiągnięcie. W 2017 r. była najpiękniejszym dogiem błękitnym w rankingu Klubu Doga Niemieckiego w Polsce oraz zdobyła Grand Prix 2017. Z kolei 5-miesięczna Shila w czerwcu 2021 roku została najpiękniejszym szczenięciem XXXIV Klubowej Wystawy Doga Niemieckiego w Łodzi, a Tiago na tej samej wystawie został Młodzieżowym Zwycięzcą Klubu – wylicza dumna właścicielka.
Co, jeśli czworonogi nie palą się do tego, by prezentować się innym? – Zdarza się, że mają gorszy dzień i nie chcą wyjść na ring. Wtedy po prostu nie wychodzimy. Nigdy nie zmuszam ich do czegoś, na co nie mają ochoty. To ma być dla nich przyjemność – przekonuje. Treningi też. Właścicielka nie używa słowa „tresować”. – Psy mają swój charakter, potrafią się na mnie obrazić, „strzelić focha”, zwłaszcza po kąpaniu – śmieje się. – Są członkami mojej rodziny. Wszystkie mieszkają z nami w domu. Mają swoje posłania, miejsce do kąpieli. Podporządkowaliśmy im swoje życie. Już o godz. 5 Shila nas budzi, szturchając łapą. Możemy tylko zrobić sobie kawę i wychodzimy z psiakami. Potem jest chwila odpoczynku, dostają śniadanie i dopiero wtedy sami możemy zjeść – relacjonuje policjantka. Gdy wraca ze służby, za każdym razem witają ją, jakby długo jej nie widziały. – Żeby nie wiem jak ciężka była służba, ich radość wszystko wynagradza! – podkreśla.
Jednoczesna praca w policji i opieka nad kilkoma wymagającymi domownikami nie jest łatwa. – Najtrudniej było, gdy pracowałam w wydziale ruchu drogowego. Jeździłam na kursy i w domu byłam tylko w weekendy. Teraz też bywa ciężko. Mój dzień jest wypełniony od świtu po noc. Ale jestem bardzo szczęśliwa – podkreśla Teresa Pełdiak. – Zwierzęta są częścią mojego życia. Uczą mnie wielu rzeczy, a przede wszystkim bezwarunkowej miłości. Bo psy kochają za nic.

Gdy zdejmuje mundur, zakłada kimono
Dla wielu mundurowych miłością jest sport. Mł. asp. Grzegorz Uzar z Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Powiatowej Policji w Mielcu po zdjęciu munduru, zakłada kimono. 30 lat temu poszedł na pierwsze zajęcia karate prowadzone w Tarnobrzegu. I tak, z krótkimi przerwami, do dziś jest związany z tym sportem. Skąd pasja? – Od dawna fascynowały mnie sporty walki. Jak większość chłopaków w latach 80. i 90. wychowałem się na filmach z Bruce’em Lee czy innych produkcjach o sztukach walki. Poza tym zawsze miałem rogatą duszę i lubiłem się bić – żartuje. – Uwielbiałem rywalizację. A treningi oraz zawody stwarzały takie możliwości – dodaje.
Jednocześnie podkreśla, że ten sport nie służy szerzeniu brutalności i agresji. – Kierujemy się przysięgą dojo, która mówi o wierności ideałom, poszanowaniu starszych, powstrzymywaniu się od gwałtowności czy niestosowaniu sztuki karate poza dojo – wylicza nasz rozmówca. – Karate uczy szacunku do drugiego człowieka. Bardzo rzadko albo i w ogóle zdarzają się sytuacje, jak w innych dyscyplinach, kiedy zawodnicy są wobec siebie agresywni. Wychodzą na matę, pozdrawiają się, a na koniec walki – niezależnie od tego, co działo się wcześniej – podają sobie ręce.
Sam, jeszcze jako zawodnik, zdobył brązowy medal na mistrzostwach Polski w kata (red. formy składającej się z serii skoordynowanych i harmonijnych ruchów, wykonywanych z zachowaniem ustalonej kolejności oraz rytmu) i brązowy medal na mistrzostwach Europy.
To jednak praca szkoleniowa przyniosła największą satysfakcję. Od 2003 r. Grzegorz Uzar jest trenerem oraz prezesem Tarnobrzeskiego Klubu Karate. Prowadzi zajęcia w sekcjach w Tarnobrzegu oraz Padwi Narodowej. Posiada 3 dan w karate, uprawnienia instruktora kick-boxingu, karate, samoobrony oraz piłki nożnej.
Jak mówi, trafia na bardzo utalentowanych młodych ludzi, którzy mają na swoim koncie wiele sukcesów na arenie ogólnopolskiej i międzynarodowej. Podopieczni Grzegorza Uzara zdobyli medale na mistrzostwach Polski, Pucharze Polski oraz Pucharze Europy. Byli również powoływani do kadry Polski.
Przekonuje, że sporty walki są jedną z najlepszych metod kształtowania poszczególnych zdolności motorycznych, takich jak siła, wytrzymałość, szybkość oraz gibkość. Intensywne treningi poprawiają sprawność fizyczną, a z drugiej strony pomagają pozbyć się negatywnych emocji i zwiększają pewność siebie. Może dlatego, że to indywidualny sport. – Inaczej niż w przypadku gier zespołowych, nie można wymienić najsłabszego ogniwa. Wychodzi się na matę i jest się zdanym na siebie. Zwłaszcza, że nie zawsze słyszy się wskazówki z narożnika – zauważa Grzegorz Uzar.
Obecnie policjant trenuje również dzieci swoich byłych zawodników.
– Dajemy możliwość startu każdemu
– niezależnie od tego, czy jest mały, wysoki, szczupły, czy grubszy. Mamy różne kategorie wagowe i wiekowe. Każdy się odnajdzie. Ktoś, kto nie sprawdzi się w piłce nożnej, czy lekkiej atletyce, u nas dostanie szansę – zapewnia.
– To niebywała satysfakcja, kiedy we wrześniu przyjmuję nowych zawodników, a po kilku miesiącach obserwuję ich niesamowite postępy i sukcesy – wyznaje trener.
Doskonale łączy funkcje trenera i prezesa klubu z pracą zawodową policjanta. Jako funkcjonariusz organizuje szkolenia dla najmłodszych, na których stara się kształtować właściwe postawy. We współpracy z policją, Ochotniczą Strażą Pożarną, stacją Pogotowia Ratunkowego z Mielca, przedstawicielami WORD, WOPR w Tarnobrzegu prowadzi szkolenia z zakresu przepisów ruchu drogowego, bezpiecznego korzystania z kąpielisk, czy udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej.
A czy pasja do karate pomaga w codziennej służbie? – Na pewno dzięki niej łatwiej mi podejmować interwencje. Ale trzeba podkreślić, że obraz policjanta z brzuszkiem, który nic nie robi, tylko siedzi za biurkiem i pali, odszedł do lamusa. Dziś większość policjantów trenuje.

Od amatorstwa do zawodowej drużyny
Wie coś o tym sierż. szt. Krzysztof Parma z Komendy Powiatowej Policji w Stalowej Woli. Ukończył studia prawnicze i za namową kolegi wstąpił do policji. Obecnie służy w wydziale dochodzeniowo-śledczym. Od 18 lat trenuje kolarstwo szosowe. – Jest sensem mojego życia. To ciężka praca i wiele poświęceń, ale też odskocznia od stresującej służby. Poza tym lubię się ścigać i mam z tego ogromną satysfakcję – przyznaje mundurowy.
Na początku jeździł amatorsko. – Stworzyłem grupę i na jej podstawach powstał zawodowy zespół Voster ATS Team, w którym obecnie się ścigam – opowiada. Kolarze nie pracują zawodowo. Krzysztof jest ewenementem. – Grupa powstała 5 lat temu, kiedy już byłem w policji i nie chciałem rezygnować – mówi funkcjonariusz z 10-letnim stażem. – Wiadomo, że nie mogę dorównać kolegom, bo mniej trenuję, ale staram się pomagać – dodaje. Jak mówi, kolarstwo nie jest sportem indywidualnym.- Mamy lidera, na którego pracuje cała drużyna. Każdy ma swoją rolę. Najważniejsze, żeby wygrał ktoś z ekipy – podkreśla. To trudne, gdy na starcie staje blisko 200 zawodników.
Sama rejestracja w Międzynarodowej Unii Kolarskiej jest bardzo skomplikowana i kosztowna. – Światowe kolarstwo szosowe dzieli się na trzy dywizje: drużyny World Tour – to 20 najbogatszych ekip, 28 drużyn drugiej dywizji oraz 168 drużyn – trzeciej, do której w Polsce należą trzy zespoły, w tym nasz – tłumaczy Krzysztof Parma.
Początki nie były łatwe. – Zespół był nowy, a nasz budżet wynosił tylko 600 tys. zł, z których trzeba było wypłacić pensje. Razem ze mną team liczy 11 zawodników. Na zawody może jechać 6 lub 7, ale często bierzemy udział w dwóch równocześnie. Np. ostatnio jedna grupa jechała na wyścig dookoła Mazowsza, a druga na Grand Prix Czech i Polski. Na obu musieliśmy mieć: fizjoterapeutów, dyrektora sportowego oraz mechaników. To mała firma – nie ma złudzeń Krzysztof Parma, który odpowiada za finanse. Jest menedżerem. Zajmuje się też wizerunkiem i pozyskiwaniem sponsorów. Za skład i taktykę podczas wyścigu odpowiada dyrektor sportowy.
Czy kiedy do pokonania jest ponad 100 km, można myśleć o czymś innym, niż o rywalizacji? – W trakcie wyścigu są różne etapy, nie jedzie się cały czas szybko. Na przykład w Tybecie był podjazd na 3817 mn.p.m., który liczył 30 km. Wjeżdżało się tam prawie 2 godz. Można było całe życie przemyśleć! – żartuje Krzysztof Parma. – Ale generalnie koncentrujemy się na rowerze. Dlatego to lubię, bo zapomina się o codziennym życiu.
Ogromną motywacją są kibice. – W weekend jedziemy do Słowenii. Tam jest pofałdowana trasa i przechodzi przez centrum miasteczka Kranj. Do mety prowadzi kilometrowy podjazd, przy którym jest tłum ludzi. Nawet jeśli bolą nogi i człowiek ma dość, fani dają siłę. To dla nich jedziemy – stwierdza.
Drużyna Voster ATS Team ma spore osiągnięcia. – Kilka lat temu na blisko 170 ekip trzeciej dywizji udało nam się zająć 3. miejsce. W tym roku Maciej Paterski został Mistrzem Polski Elity. Wygraliśmy wyścigi w Banja-Luce w Bośni i Hercegowinie. Patryk Stosz był najlepszym góralem Tour de Pologne. Wygraliśmy też drużynowo i indywidualnie Wyścig Solidarności i Olimpijczyków – wylicza Krzysztof Parma, który sam jest dwukrotnym Mistrzem Polski Służb Mundurowych.
Panowie pedałują po całym świecie. – Byliśmy m.in. w Chinach, Kazachstanie, Europę zjeździliśmy całą. W tym roku byłem już w 16 krajach. Na początku sezonu jest fajnie, ale później męcząco. To życie na walizkach – przyznaje kolarz.
A czy pasja pomaga w policji? – Tak, bo umacnia mój charakter. Poza tym ludzie mnie znają i często, gdy trafiają do mnie na przesłuchania, mają inne podejście. Bo jestem nie tylko policjantem, ale też sportowcem – śmieje się.
Jest dumny z tego, co udało mu się osiągnąć. – Nigdy nie byłem w wielkim kolarskim świecie, nie miałem układów. Dziś nasz budżet wynosi 2,5 mln zł. Zdobywamy zaufanie sponsorów, ale chciałbym dalej rozwijać projekt, mieć jak najlepsze wyniki i zawodnika, który będzie jeździł w najlepszych ekipach świata – wyznaje Krzysztof Parma. – Nie lubię stać w miejscu, bo to tak, jakbym się cofał.


Mrówcza praca
Niektórzy pasję odkryli w pandemii. Tak było z nadkom. Anną Kowalik. Oficer prasowa Komendanta Powiatowego Policji w Nisku ze służbą związana jest już 21 lat. Zawsze ceniła sobie aktywność fizyczną, ale w czasie pandemii siłownie były zamknięte. Na szczęście… dla niej. – Kiedy tak siedziałam w domu, natrafiłam na program telewizyjny „Ekstremalne domy świata”. Akurat był odcinek o szwajcarskim artyście Bruno Weberze, który ma park rzeźb zdobionych mozaiką. Gdy to zobaczyłam, z miejsca się zakochałam! – opowiada. Nic dziwnego, jeśli ktoś tak jak ona kocha barwy. – W moim domu nie może być biało, szaro czy beżowo – podkreśla policjantka. Pierwszym przedmiotem, któremu nadała kolory dzięki mozaice była ceramiczna doniczka. – Kiedy się za nią zabierałam, martwiłam się: „Co, jeśli wyjdzie krzywo?”. Potem stwierdziłam: „najwyżej wezmę kolejną”. Zrobiłam coś, co przypominało kwiatka – śmieje się Anna Kowalik. I tak się zaczęło. Wykleiła: talerze, lustro, stołek, potem stary stolik. Zaczęła od „sprzątania” stodoły i garażu. Dziś w poszukiwaniu przyszłych dzieł sztuki odwiedza też pchli targ czy sklepy ze starociami. – Uwielbiam nadawać przedmiotom drugie życie. Znajomi mają zakaz pozbywania się niepotrzebnych, drewnianych rzeczy. Najpierw muszę je zobaczyć i wyrazić zgodę! – zauważa. Sama niczego nie wyrzuca. – Ostatnio wyciągnęłam ze stodoły trzy ubrudzone, 30-letnie metalowe beczki. Będą na deszczówkę. No bo dlaczego zbierać wodę do brzydkich plastików, jeśli mogę te wyczyścić, pomalować i pięknie przyozdobić? – pyta pasjonatka.
Ostatnio znalazła też wzór lustra, które w najbliższym czasie zamierzam zrobić. – Zebrałam już wszystkie elementy potrzebne do jego wykonania, oprócz 5 małych okrągłych punkcików. Znalazłam mozaikę w kształcie plastra miodu na siatce, która zawierała brakujące elementy, ale kosztowała 70 zł. Wpadłam na pomysł, by poszukać tańszej alternatywy. Poszłam do jednego z marketów i zobaczyłam zaślepki do wkrętów w kształcie poszukiwanych elementów. Kosztowały 10 zł. Pomyślałam: „Przecież takich rzeczy do wykorzystania jest mnóstwo!”. Potem znalazłam pinezki z kolorowymi łebkami, krzyżyki do płytek, wieszaczki, rureczki – wylicza policjantka. We wszystkim tym dostrzegła potencjał.
Nie ma profesjonalnego warsztatu – wystarcza stół na tarasie. Zaczynała od młotka i płytek, dziś myśli o zakupie profesjonalnej maszyny do cięcia płytek. – Potrafię je tłuc tak, żebym nie musiała ich później godzinami dopasowywać. Ale radzę sobie też z wyklejaniem 5-milimetrowych elementów – deklaruje Anna Kowalik. W ten sposób ozdobiła talerz. – Kładłam silikon, na to pęsetą malutkie elementy, które dociskałam delikatnie wykałaczkami. To mrówcza praca, ale człowiek się przy tym relaksuje – przekonuje. – Nauczyłam się cierpliwości i wiem, że wszystko trzeba robić powoli. Liczy się precyzja. Czym innym jest układanie wzoru z równiutkich kostek, a czym innym z płytek rozbitych w przeróżne kształty – zaznacza Anna Kowalik. Ale ta praca tak ją pochłania, że potrafi siedzieć przy lampce do późnej nocy. Jak mówi, najważniejszy jest efekt końcowy, kiedy położy się fugi wykończeniowe. – Zawsze wychodzi. Czasem mniej równo, ale tym się nie przejmuję. Za każdym razem cieszę się jak dziecko – wyznaje. Do tej pory odrestaurowała m.in.: szafę, gitarę, lustro, stołki, stoliki czy wieszak na klucze. Mozaika zdobi również ściany domu mundurowej. – Moim marzeniem jest piękna, kolorowa ławka przed domem. Obecnie robię remont łazienki i zamierzam okleić mozaiką stara wannę. Postawię ją na podwórku. Biorę pod uwagę, że można będzie nalać do niej wody i w upalny dzień się wykąpać – uśmiecha się nadkom. Anna Kowalik. – Jest tyle rzeczy, które można przerobić – stare taczki, drzwi od stodoły, ogrodzenie, a nawet stary, nieużywany samochód szpecący podwórko. Powoli zaczynam myśleć, żeby wejść z mozaiką na elewację – śmieje się funkcjonariuszka. Planów jest wiele, ale służba wymagająca. Na realizowanie pasji zostają więc wieczory oraz weekendy. Ale jej efekty mogą zdobić również komendę. – Zawiesiłam w pokoju przepiękne lustro i zegar. Oprócz tego mamy stolik. Kiedy ktoś do nas wchodzi i je zauważa, uśmiecha się. Potem pyta: „Skąd to pani ma?”. Niektórzy przychodząc do komendy, są zdenerwowani, ale dzięki tym przedmiotom atmosfera staje się bardziej przyjazna – nie ma wątpliwości policjantka. Nigdy nie przypuszczała, że będzie się spełniać artystycznie. – Moja mama malowała obrazy, ale ja nie odziedziczyłam po niej talentu. Nie mam wykształcenia w tym kierunku – przyznaje nadkom. Anna Kowalik. – Ta pasja sama przyszła i daje mi wiele radości.




Wioletta Kruk



2 Responses to "Nie tylko w mundurze"