
To już pół wieku od momentu, gdy na ekrany wszedł film Jerzego Hoffmana – „Pan „Wołodyjowski”! Wiele scen do kultowej produkcji kręcono w Bieszczadach. To w Chmielu zapłonął Raszków, nad Lutowiskami stanęła chreptiowska stanica, tam też przed okrutnym Azją uciekała ukochana Małego Rycerza. Mieszkańcy Podkarpacia mieli niepowtarzalną okazję, by w Rzeszowie spotkać się z odtwórczynią Baśki – MAGDALENĄ ZAWADZKĄ. Mająca na koncie ponad 160 ról aktorka i autorka czterech książek gościła 18 listopada w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej. Znalazła też czas dla Super Nowości.
– Kiedy Pani oglądała „Pana Wołodyjowskiego”?
– Dosyć dawno temu w telewizji, ale w ciągu lat które minęły, widziałam go wielokrotnie podczas festiwali, na jakie byłam zapraszana jako gość honorowy. Najczęściej jednak mówią mi o nim inni ludzie, którzy oglądali ten obraz w kinie czy telewizji, i chwalą. Cieszę się razem z nimi, bo z obrazem tym wiążą się same miłe wrażenia i wspomnienia.
– Czytając autobiograficzne książki wydaje się, że ma Pani wiele wspólnego z sienkiewiczowską Baśką….
– Nigdy nie myślałam, w jakim stopniu jestem podobna do osoby, którą gram. Wcielałam się w najróżniejsze postacie. Trudno byłoby utożsamiać się ze zbrodniarkami, kobietami psychicznie niezrównoważonymi czy z bohaterkami zwariowanych komedii, w których grałam. Oczywiście nie ma możliwości, żeby uciec od siebie, swojego fizycznego czy psychicznego wizerunku. W każdej roli jest moje ja, ukryte za postacią, którą gram. Koncentruję się raczej na tym, co mam zagrać, a nie ile mnie będzie w danej scenicznej kreacji.
– Mimo ponad 160 innych ról raczej nie uwolni się Pani od Hajduczka…
– Raczej nie, i już się do tego nawet przyzwyczaiłam. Kiedyś bardzo mnie to denerwowało, złościło. Miewałam dosyć, bo byłam zajęta inną pracą, a moje życie popłynęło w innym kierunku… Nie przywiązałam się do tej bohaterki. Minęły lata i nie mam z nią już nic wspólnego. Jednak rola ta mocno zapadła w serca tylu osobom, tylu widzom, że trzeba pogodzić się z tym i cieszyć, że się ją zagrało. To jest szczęście, a nie nieszczęście.
– Obraz Jerzego Hoffmana w dużej części powstawał w Bieszczadach. Jak je Pani wspomina?
– Dzięki temu filmowi przyjechałam do serca Bieszczadów, do miejscowości Czarna, gdzie zamieszkałam u państwa, którzy przyjęli mnie na kwaterę. Urzekło mnie piękno tego zakątka. Nigdy nie zapomnę tej cudownej zimy, jaka była wtedy w Bieszczadach. Bez turystów, bez hałasu, bez najazdu ludzi. Tylko w tej cudownej ciszy, spokoju… Te roziskrzone noce: księżyc, śnieg skrzypiący pod stopami – to wszystko są niezapomniane chwile. Byłam tu również latem. Leżałam sobie na łąkach, opalałam się. Jedyne, czego się bałam, to… aby żmija nie wpełzła na mój koc. Nie bałam się innych zwierząt, nie bałam się ludzi. Wszyscy byli mili, serdeczni, kochani. Bardzo miło to wspominam.
– Czy później odwiedziła Pani jeszcze Bieszczady?
– Już tu nie wracałam. Jeździłam w Tatry, bo to były góry, które kochał mój mąż. Tam, wśród górali zakopiańskich, bukowińskich czuliśmy się wspaniale – jak w rodzinie.
– Zwiedziła Pani najdalsze zakątki świata. Czy jest jednak miejsce szczególnie przez Panią ukochane?
– Dla mnie są to dwa kraje na dalekiej północy: Alaska i Islandia. To wspaniałe i tajemnicze krainy, które mnie od dziecka fascynowały, a do których nie ma łatwego dostępu. Opisałam je w moich książkach.
– Podczas licznych podróży stawali na Pani drodze także bohaterowie „Pana Wołodyjowskiego”. Na przykład Azja oprowadzał Panią po Paryżu, z Nowowiejskim spotkała się Pani w Australii… Czy relacje z odtwórcami tych ról można nazwać przyjaźnią?
– Przyjaźń to duże słowo. Takie miłe, serdeczne kolegowanie się, wieloletnia znajomość także wiele znaczy, bardzo wiele. Z Danielem poznaliśmy się jako nastolatkowie, więc znamy się całe życie.
– Czyli w środowisku aktorskim możliwe są tak mocne więzi?
– Jak najbardziej! Dlaczego ma nie być przyjaźni w środowisku aktorskim, skoro istnieją w innych społecznościach? Wszędzie są sympatie i antypatie. Wszędzie są ci sami ludzie, tylko wykonują inne zawody.
– Podczas spotkania w Chęcinach z okazji 50. rocznicy premiery „Pana Wołodyjowskiego”, wzruszyła Panią scena oświadczyn Małego Rycerza. Jan Nowicki wspomniał, że Tadeusz Łomnicki był w Pani zakochany także poza planem…
– To był mój dużo starszy kolega, a ja byłam szczęśliwa, że z tak wielkim aktorem, miłym, serdecznym dla mnie człowiekiem, gram tak ważną dla siebie rolę. To było dla mnie najważniejsze. Reszta to są tylko spostrzeżenia, wyobrażenia i plotki, więc nie wdaję się w rozmowy na ten temat.
– Pani serce zdobył inny aktor związany z „Panem Wołodyjowskim”. Niewielu widzów pewnie wie, że to Gustaw Holoubek użyczył głosu w przemowie pogrzebowej…
– Znaliśmy się wtedy tylko przelotnie, z kilku kontaktów zawodowych, ale nie mieliśmy ze sobą jeszcze żadnych związków uczuciowych.
– Swoje życie z tym wspaniałym aktorem opisała Pani w książce „Gustaw i ja”. To jedna z czterech Pani publikacji…
– W książkach napisałam o tym, najlepiej jak potrafiłam bez tak powszechnego obecnie ekshibicjonizmu. Zawsze zaznaczam, nie znoszę tego sposobu wyrażania siebie.
– Będą kolejne książki?
– Książki to za dużo powiedziane. Nie mam nawet pomysłu na następną, o którą tak serdecznie prosi mnie Wydawnictwo Marginesy. Nie umiem tworzyć fabuł, mogę napisać tylko książkę wspomnieniową. Opisać to, co przeżyłam czy widziałam…
– Jakie wyzwania przed Panią?
– Jeśli chodzi o wyzwania zawodowe, to w styczniu rozpoczynam próby w Teatrze Ateneum do spektaklu opartego na sztuce „Kwartet” Ronalda Harwooda. To 4 – osobowa sztuka, świetna literatura i świetne role. Bardzo się cieszę na to wyzwanie. Mam również propozycję dotyczącą filmu a obecnie gościnnie gram w kilku warszawskich teatrach: Teatr Polski „Deprawator”, Teatr Polonia – „Pan Jowialski”, Teatr 6. piętro – „Piękna Lucynda” i dwa spektakle wyjazdowe grane w teatrach całej Polski: „Lilka, cud miłości” i „Śmiertelna pułapka”. Serdecznie na nie zapraszam.
Rozmawiała: Aneta Jamroży



