Swego czasu dość popularna była wśród młodzieży koszulka z napisem „szkoła óczy”. Miała ona wyrażać przekonanie tejże, że wiedza przekazywana w szkole niekoniecznie rozwija intelekt młodych ludzi. Można się z tym zgadzać, albo nie, ale na pewno warto przyjrzeć się, jak nas „óczy” telewizja.
Szczególnie owo „naóczanie” widać w reklamach. Ostatnio niemal na każdym kanale można natknąć się na reklamę popularnego odplamiacza, w której swojsko wyglądająca pani opowiada, jak to latem spędza z rodziną czas na „dworzu”. Prawdopodobnie w reklamie chodzi o to, żeby oglądający ją widzieli w reklamowej pani domu siebie, a ów błąd nie jest rzadki w potocznej mowie sporej części naszego społeczeństwa. Niestety, choć pewnie efekt został osiągnięty i reklama została zapamiętana, używanie nieprawidłowej formy „na dworzu” zamiast „na dworze” utrwala się widzom, a w tych, którzy nie mają pewności która z nich jest prawidłowa, wyrabia wręcz przekonanie, że „na dworzu” można powiedzieć, bo …przecież w telewizji tak mówią!
W poprawność języka polskiego godzą też niemiłosiernie reklamy banków. Tu dowiadujemy się, że można zarobić na lokacie 4,5 albo i 4,7 „procenta”! Tymczasem wyrazu „procent” poza sytuacją, gdy mowa o 1 procencie nie odmienia się. Można zatem zarobić na lokacie 4,5 procent! Lek czy suplement diety może mieć konsystencję kisielu, a nie „kiślu”, jak nas przekonuje inna reklama.
Nie tylko w reklamach jednak popełniane są ciężkie „grzechy” przeciw poprawności naszego języka. W jednym z programów traktujących o pracy wymiaru sprawiedliwości bardzo sympatyczny i merytoryczny skądinąd prokurator z upodobaniem używa zbitki słów „w każdym bądź razie”, co jest wręcz rażącym błędem językowym. Mówi się, pisze: „w każdym razie”, a „bądź” jest tu chyba zapożyczone z „bądź co bądź”. Nierzadkie w wypowiedziach całkiem poważnych ludzi „po najmniejszej linii oporu” wzbudza pokusę zapytania tychże, o jaką to tajemniczą „linię oporową” chodzi.
Warto też zwrócić uwagę, że w naszym języku, podobnie jak np. w angielskim występują policzalne i niepoliczalne. Nawet słabo znający język angielski śmieją się do rozpuku, gdy ktoś pomyli „how many” z „how much”. Tymczasem sami mówią „ilość ludzi, podpisów, policjantów” itd.
Wręcz kolą w oczy plakaty i ogłoszenia, szczególnie instytucji kulturalnych, które zapraszają na imprezę, podając jej datę: np. „15 sierpień” zamiast „15 sierpnia”.
Wszyscy popełniamy błędy, a pomyłka jak to mówią, nie zdarza się umarłemu. Nie chodzi zatem o „urywanie głowy” tym, którzy się pomylą, a o najzwyczajniejsze w świecie unikanie mówienia i pisania źle. W końcu „Polacy nie gęsi i swój język mają”, więc niechże go nie kaleczą tak strasznie w dodatku w środkach masowego przekazu.
Monika Kamińska



One Response to "Niech reklamy mowy ojczystej nas nie „óczą”"