Niedźwiedź nie zabił – to było morderstwo?!

Fot. Wit Hadło
Fot. Wit Hadło

Nagły zwrot w śledztwie. Wyniki sekcji zwłok zmarłego mieszkańca Olszanicy są co najmniej sensacyjne.

Takiego scenariusza nie spodziewał się absolutnie nikt. Okazuje się, że po sekcji zwłok biegli wstępnie orzekli, że zaginiony 61-latek z Olszanicy, który miał być zabity przez niedźwiedzia, mógł zostać… zamordowany! – Zaznaczam, że to wstępna ocena, którą uzyskaliśmy telefonicznie. Nie mamy jeszcze pełnych wyników sekcji zwłok, ale rany, o których powiedzieli nam biegli, wskazują na zabójstwo. Co tu dużo mówić, sami jesteśmy bardzo zdziwieni tym obrotem sprawy – mówi Maria Chrzanowska, szefowa leskiej Prokuratury Rejonowej.

Ta historia zaczęła się w ubiegłą sobotę. Wówczas 61-letni Stanisław P. postanowił wyjść do lasu po drewno. Długo nie wracał, dlatego jeden z członków rodziny postanowił zgłosić zaginięcie policjantom. W niedzielę do poszukiwań włączono ratowników GOPR-u.

Spotkanie z niedźwiedziem
Ratownicy podzieli się na grupy. Jedna z nich – dwuosobowa, w której znajdował się Hubert Marek, jechała dróżką wzdłuż potoku. – Zobaczyłem, że w krzakach coś się rusza. Wiedziałem, że to zwierzę, tyle że w pierwszej chwili pomyślałem, że to dzik. Zatrzymałem się i zatrąbiłem. Wtedy zobaczyłem, że w odległości około 10 metrów od nas na tylnych łapach stanął niedźwiedź. To były dosłownie ułamki sekund, więc zapamiętałem jedynie, że był potężny – opowiada. – Co tu dużo mówić, można by to dosadniej powiedzieć, ale ja powiem ładnie, że zaczęliśmy uciekać – wspomina z uśmiechem ratownik. Według wskaźnika GPS, które mają GOPR-owcy biegli z prędkością 21 km/h. Pokonali około 200 metrów, gdzie spotkali strażaków. Po kilkunastu minutach postanowili ruszyć razem, żeby odzyskać sprzęt.

– Przychodzimy na miejsce, a tam ten sam niedźwiedź. Znowu stanął na tylnych łapach i zaatakował naszego quada. Pojazd miał włączony silnik, a ten go chwycił i podrzucił do góry tak, że quad spadł na ziemię do góry kołami. Nie pozostało nam nic innego jak kolejny raz uciekać – mówi Hubert Marek.

Drugie podejście
Kolejny raz już odczekali kilkadziesiąt minut i postanowili odzyskać quada. Tym razem jednak nikt nie miał odwagi podejść do niego na nogach. GOPR-owcy razem ze strażakami pojechali na miejsce potężnym wozem tych ostatnich.

– Robiliśmy przy tym dużo hałasu, trąbiliśmy, mrugaliśmy światłami, ale niedźwiedź nadal był przy naszym sprzęcie. Zwierzę już jednak w końcu odeszło na 20 – 30 metrów od quada. Wyraźnie widać było, że kuleje na łapę i jest ranny – wspomina ratownik. – Szybko zeskoczyliśmy z kolegą i podbiegliśmy do sprzętu. Odwróciliśmy quada na koła, nadal miał włączony silnik, więc momentalnie stamtąd uciekliśmy. Niedźwiedź wówczas nas nie atakował – dodaje. Ratownicy po całej akcji doliczyli się kilkudziesięciu dziur po zębach niedźwiedzia, zarówno na kierownicy jak i kołach. Quad oraz sprzęt ratowników umazane były we krwi.

Znaleziono zwłoki zaginionego
W ten sam dzień policjanci prowadzący poszukiwania podjęli podobnie jak ratownicy decyzję o opuszczeniu terenu, gdzie grasował niedźwiedź. W poniedziałek funkcjonariusze z Leska i GOPR-owcy szukający zaginionego mężczyzny powrócili na miejsce. Tym razem funkcjonariusze uzbrojeni byli w strzelby gładkolufowe. Na miejsce ściągnięto także naukowców z Polskiej Akademii Nauk, którzy razem z lekarzem weterynarii mieli odszukać niedźwiedzia i dać znać służbom, które poszukiwały zaginionego, czy można bezpiecznie wejść na obszar, w którym doszło do ataku. Zamiast niedźwiedzia naukowcy znaleźli w pobliżu tego miejsca ciało 61-letniego Stanisława P. – zaginionego mieszkańca Olszanicy. Poszukiwania odwołano, a na miejsce wezwano prokuratora. Na ciele zaginionego było wiele śladów świadczących o tym, że mogły zaatakować go dzikie zwierzęta. Sprawa miała być prosta. Tyle że nastąpił nagły zwrot. Jak dowiedzieliśmy się w leskiej prokuraturze, sekcji zwłok nie wykonuje się w Lesku i Sanoku, a najbliżej w Przemyślu. Tamtejszy lekarz zasugerował jednak śledczym, że lepiej będzie dla sprawy, jeśli ciało zbadają biegli z krakowskiego Zakładu Medycyny Sądowej.

Sekcję wykonano w środę, a jej wstępne wyniki są szokujące i wywracają całe śledztwo do góry nogami. Co się okazało? – Usłyszeliśmy, że mężczyzna nie zginął od ran zadanych przez zwierzę. Miał rany cięte nóg i przedramienia. Co więcej – ciało miało wiele ran kłutych na twarzy i głowie. To rany zadane jakimiś narzędziami. Połamane były również kości czaszki. Owszem, na ciele były także ślady dzikich zwierząt, ale to nie one przyczyniły się do śmierci tego człowieka. Wymienione przeze mnie rany cięte i kłute mogą świadczyć o tym, że mamy do czynienia z zabójstwem. Sami jesteśmy bardzo zdziwieni takim obrotem sprawy – tłumaczy prokurator Chrzanowska. I od razu dodaje: – Widziałam te rany na zdjęciu i wydawało mi się, że są one szarpane, a nie cięte. Zresztą nie tylko mnie tak się wydawało.

– Krakowscy biegli uznawani są za jednych z najlepszych w Polsce – mówimy. -Tak, wiem, dlatego trudno podważać to, co ustalili. Jednak żeby mieć 100 proc. pewność będziemy powoływać także innych biegłych – mówi prokurator.

Super Nowości ustaliły, że przy mężczyźnie znaleziono jedynie siekierę, z którą wyszedł do lasu. – Zarówno ona jak i ubranie denata zostaną poddane badaniom przez biegłych. Z tego co wiem, na siekierze nie stwierdzono śladów krwi – dodaje prokurator Chrzanowska.

Trudno obecnie cokolwiek więcej powiedzieć o sprawie. Rodzi się mnóstwo pytań, bo nie dość, że mogło dojść do zabójstwa, to bardzo dziwnie zachowywał się sam niedźwiedź, który był niesłychanie agresywny – tak jakby ktoś wcześniej mu coś zrobił. Czy za całą sprawą stoją kłusownicy lub przemytnicy, a 61-latek był tylko niewygodnym świadkiem?

Obława w Bieszczadach
O prawdopodobnym zabójstwie nie wiedziano jednak jeszcze w poniedziałek. Ogłoszono więc alarm w trzech powiatach: leskim, bieszczadzkim i przemyskim. Jednocześnie wojewoda podkarpacki powołała specjalną grupę tropiącą. – W grupie szukającej niedźwiedzia znajdują się m.in. ratownicy GOPR, służby weterynaryjne, pracownicy nadleśnictwa, myśliwi oraz naukowcy – mówił we wtorek Bogusław Famielec, dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie i jednocześnie szef grupy tropiącej. Do pomocy wzięto specjalne psy rasy łajka zachodniosyberyjska. To psy myśliwskie na łosie, wilki, a także do tropienia niedźwiedzi. Ponad 20-osobowa grupa przeszukała we wtorek ogromny obszar 1,2 tys. ha, ale niedźwiedzia nie znaleziono. Na następny dzień do poszukiwań włączono patrole samochodowe. – Niedźwiedź może w ciągu doby pokonać nawet kilkadziesiąt kilometrów. Co więcej, areał osobniczy niedźwiedzia wynosi blisko 1 tys. km kwadratowych, więc może być daleko stąd i dlatego nie można podjąć żadnego tropu – mówi Edward Marszałek, rzecznik prasowy Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie.

Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska wydał grupie tropiącej zgodę na odstrzał niedźwiedzia. Tyle że poszukiwania za niedźwiedziem zakończono w środę. – Poszukiwany niedźwiedź rozpłynął się w powietrzu i nie wiadomo, co się z nim dzieje, za to wytropiliśmy kilka innych osobników Zastawione zostały również fotopułapki, które pozwolą śledzić dzikie zwierzęta – mówi Edward Marszałek.

Co się tak naprawdę stało w lesie, w sobotę? Czy śledczym uda się uzyskać odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące tej skomplikowanej sprawy?

Grzegorz Anton

8 Responses to "Niedźwiedź nie zabił – to było morderstwo?!"

Leave a Reply

Your email address will not be published.