
FUTSAL. I LIGA. Rozmowa z Sebastianem Brockim, najlepszym strzelcem Heiro Rzeszów.
W meczu kończącym I rundę Heiro przegrało w Rzeszowie 3-4 z Solnym Miastem Wieliczka, ale już wcześniej zapewniło sobie tytuł mistrza jesieni. Gospodarze mieli ogromne pretensje do arbitrów m.in. o niepodyktowanie rzutu karnego w II połowie.
– Zacznijmy zatem od najbardziej kontrowersyjnej sytuacji z końcówki spotkania. Przy stanie 3-4 został pan powalony na parkiet, ale sędzia uznał, że pan symulował.
– To jest śmieszne, ciężko pogodzić się z tak absurdalną decyzją. Zrobiłem zwód, rywal wpadł na mnie, a sędzia, który stał 2 metry od całego zdarzenia, pokazuje mi żółtą kartkę! I jeszcze tłumaczy, że takich karnych w futsalu się nie dyktuje. W takim razie co trzeba zrobić, żeby dostać karnego? Biec z piłką od połowy boiska? Najciekawsze, że to byli ponoć bardzo znani arbitrzy, ludzie prowadzący zawody wysokiego szczebla. Brak mi słów…
– Obejrzeliśmy dreszczowiec co się zowie, bo jeszcze pięć minut przed końcem przegrywaliście trzema bramkami. Można było się poderwać odrobinę wcześniej?
– Mieliśmy swoje okazje, choćby Andrij Lutsiv na 2-2 w końcówce pierwszej połowy. Szkoda straconych bramek, zdecydowanie za łatwo daliśmy się oszukać. Ale wstydzić się nie musimy. Zerwaliśmy się do ataku, mało brakowało, żebyśmy uratowali wynik. Przeciwnik chyba nie zdawał sobie sprawy, z jak waleczną drużyną przyszło mu się mierzyć.
– Teraz dominuje uczucie rozczarowania, ale gdyby ktoś przed rozgrywkami powiedział, że zostaniecie mistrzem jesieni, uznano by go za wariata.
– Niby tak, choć ja podchodzę do sprawy inaczej. Gdziekolwiek się pojawiam, tam gram o najwyższe cele. Nienawidzę porażek, chcę wygrywać w każdym meczu! Dlatego wszelkie spekulacje, przedsezonowe typy, mało mnie interesują.
– Heiro w ekstraklasie?
– A dlaczego nie? Trzeba sobie stawiać ambitne cele. Nie wiem, jak zapatruje się na to prezes, ja chcę zwyciężać i awansować. Albo przynajmniej zagrać w barażach. Wtedy się zobaczy. Może miasto przekona się do piłki halowej, to w końcu byłaby duża promocja Rzeszowa.
– Ten zespół stać na utrzymanie 1. miejsca?
– Myślę, że tak. Choć byłoby nam łatwiej, gdyby Radek Adamski i Sebastian Fedan otrzymali zgodę od Resovii na występy w drugiej rundzie. Ja z tym problemu nie mam. Trener Marcin Wołowiec stwierdził, żebyśmy nie przesadzali z tym profesjonalizmem, skoro Stal Rzeszów występuje w trzeciej lidze, de facto czwartej. Poza tym najpierw gramy na trawie, a potem w hali, więc w czym to niby przeszkadza?
– Pojawia się dyżurny argument: ryzyko odniesienia kontuzji.
– To stereotyp. Na trawie też można sobie zrobić krzywdę.
– Dla pana gra w hali to nie nowość. Mimo wszystko liczba bramek i asyst, jakie pan uzbierał, jest imponująca. Zna pan te liczby?
– Dopiero w poniedziałek, gdy na klubowej stronie internetowej pojawia się aktualizacja (śmiech).
– Pomogę. To 16 goli i 13 asyst.
– Cóż, cieszę się, że jestem skuteczny. Ale to nabiera znaczenia tylko wtedy, gdy drużyna wygrywa.
– Gra w hali to chyba doskonały sposób na pozbycie się tkanki tłuszczowej. Pana koszulkę można wyżymać…
– I o to chodzi. Powinienem zrzucić jeszcze ze dwa, trzy kilo. Zbliża się wigilia na Stali, trener Wołowiec znów będzie odsuwać ode mnie ciastka (śmiech).
Rozmawiał: Tomasz Szeliga


