
ZAPASY. Rozmowa z Aleksandrem Cichoniem, jedynym rzeszowianinem, który zdobył medal olimpijski.
Aleksander Cichoń (rocznik 1958), pseudonim „Cichy” bądź „Aleks”, to brązowy medalista igrzysk olimpijskich w Moskwie 1980 (waga półciężka do 90 kg, styl wolny), zawodnik Stali Rzeszów. W 1981 roku wyjechał do Niemiec, otrzymał obywatelstwo tego kraju i reprezentował jego barwy podczas mistrzostw Europy. W RFN pracował też jako trener. W latach 1989-1994 szkoleniowiec reprezentacji Wielkiej Brytanii. Mieszka w Londynie. Cichoń jest pierwszym i jedynym rzeszowianinem, który zdobył medal olimpijski.
– Pan nigdy nie zawodzi. Gdy walczą młodzi stalowcy, można być pewnym, że na trybunach spotkamy Aleksandra Cichonia.
– Jak mogę, wspieram chłopaków ze Stali. To kwestia sentymentu, ale nie tylko. Widzę, że moi koledzy wykonują tu świetną robotę, odbudowując zapasy. Chcę w tym uczestniczyć, choć jest trudno, bo czasu jest mało. Jednak gdy tylko mogę, wsiadam w samolot i melduję się w Rzeszowie. To też mój obowiązek, ponieważ moja mama bardzo choruje. Staram się jak najczęściej być przy niej.
– Działacze Stali stają na głowie, by przekonać sponsorów i władze miasta do wspierania sekcji zapaśniczej. Łatwo jednak nie mają. Zawodnikom miasto zaproponowało ostatnio stypendium w wysokości 120 zł.
– Nie mogłem w to uwierzyć, myślałem, że to ponury żart. Sto złotych dla medalistów mistrzostw Polski! To jak mamy przyciągnąć młodych ludzi do sportu? Przykre to strasznie i niezrozumiałe.
– W klubowej hali przecieka dach, warunki do treningów są spartańskie.
– To prawda, niewiele się zmieniło od czasów, gdy sam trenowałem. Szkoda, że tak się dzieje. Wciąż mam jednak nadzieję, iż te warunki się poprawią. Mamy naprawdę świetnych juniorów, jak będziemy o nich dbać, to za kilka lat rozsławią Rzeszów na całym świecie. Władze miasta powinny zrozumieć, że młodzi sportowcy są przyszłością. Jak nie przyjdą do zapasów, do innych dyscyplin, to trafią na ulice. Albo wyjadą za granicę.
– Pan wyjechał po igrzyskach olimpijskich w Moskwie, w mrocznych czasach. Dlaczego?
– Zmagałem się z kontuzją, nie leczono mnie. Musiałem wyjechać, choć to były bardzo dramatyczne wybory. Zastanawiałem się nawet, czy nie robić czegoś innego. Sportowo straciłem, zostając w Polsce miałem szansę na większą karierę. Zacząłem jednak żyć na innym poziomie, w latach 80. w naszym kraju nieosiągalnym. Pisano, że uciekłem. Nieprawda, nie uciekłem! Nigdy też nie zrzekłem się polskiego obywatelstwa. Byłem, jestem i będę Polakiem. Tu jest mój dom, to się nigdy nie zmieni. Pracuję w Londynie, ale czuję się rzeszowianinem.
– Walczył pan jednak dla Niemiec. Towarzyszyły temu wewnętrzne rozterki?
– Oczywiście, że tak. Pamiętajmy, jakie to były czasy. Żelazna kurtyna, komunizm i stan wojenny w Polsce. Ale chciałem kontynuować karierę, chciałem walczyć. W Niemczech stworzono mi takie możliwości.
– Od 27 lat mieszka pan w Anglii. Co pan tam robi?
– Krótko po przeprowadzce zostałem trenerem kadry narodowej Wielkiej Brytanii. Przez pięć lat z sukcesami prowadziłem reprezentację Wyspiarzy. Teraz pracuję w Londynie, w amerykańskiej firmie. Nie narzekam.
– Syn poszedł w pana ślady, uprawia sport?
– Lubi sport, ale nie jest wyczynowcem. Trochę szkoda, bo warunki fizyczne ma znakomite. Jest wyższy ode mnie! (Aleksander Cichoń mierzy prawie 190 cm – red.).
– Polski Komitet Olimpijski w poświęconej panu notce biograficznej napisał: „Zawodnik o błyskotliwej technice i dobrych warunkach fizycznych, wielki talent niewykorzystanych możliwości”. Zgadza się pan?
– Niestety, tak. Powinienem być mistrzem olimpijskim i mistrzem świata. Tak się nie stało między innymi z powodu mojego wyjazdu z kraju. Ale też przez kontuzje. Miałem operację, długo się leczyłem. To wszystko przyhamowało karierę.
– Oklaskiwał pan w sobotę Kamila Kościółka, który obronił tytuł mistrza Polski juniorów. To największa nadzieja Stali na igrzyska.
– Świetny chłopak, pięknie walczy. Wierzę w to, że Kamil będzie tym, który najszybciej nawiąże do wspaniałych tradycji rzeszowskich zapasów. 35 lat wyczekiwania na medal olimpijski to stanowczo za długo (śmiech).
Rozmawiał Tomasz Szeliga


