
ŻUŻEL. NICE PLŻ. Rozmowa z JANUSZEM ŚLĄCZKĄ, trenerem Stali BETAD Leasing Rzeszów.
W najbliższą niedzielę żużlowcy Stali BETAD Leasing Rzeszów wracają do ligowej rywalizacji. Drużynę ze stolicy Podkarpacia czeka zaległy mecz w Częstochowie, który może mieć duże znaczenie dla końcowego układu tabeli. – Dla nas każdy mecz jest ważny i do każdego podchodzimy na 100 procent. Zdajemy sobie sprawę z możliwości Włókniarza, ale niestraszne nam „Lwy” – przekonuje JANUSZ ŚLĄCZKA, trener rzeszowskiej drużyny.
– W pierwsze meczu Stal wygrała różnicą 10 punktów. O co zatem powalczycie pod Jasną Górą?
– Jedziemy powalczyć o jak najlepszy wynik. Jaki? Na to pytanie będę mógł odpowiedzieć wówczas, gdy będzie wiedział, w jakim składzie pojedziemy w Częstochowie, a to będzie dopiero wiadomo w piątek.
– Częstochowskie „Lwy” rozpędzają się z każdą kolejką, jednak to dość specyficzna drużyna, która prowadząc wysoko, jest w stanie zafundować sobie niepotrzebne nerwy i do końca drżeć o wynik…
– To nie nasz problemy. My skupiam się na tym, aby jak najlepiej przygotować się do niedzielnego meczu. Na tę chwilę to jest naszym priorytetem.
– W niedzielę Patryk Wojdyło miał okazję wystąpić w finale Brązowego Kasku. Jak Pan ocenia jego występ?
– Zaprezentował się bardzo dobrze. Pierwszy raz startował na torze w Opolu. Szkoda tego półfinału, który był nieco gorszy w jego wykonaniu i do tego, aby być pełnoprawnym uczestnikiem finału zabrakło mu jednego punkt. Nie odpuściliśmy jednak tego finału, mimo iż Patryk był w nim tylko rezerwowym. Już sam fakt startu w takich zawodach, nawet z pozycji rezerwowego, na pewno da mu dużo i zaprocentuje w przyszłości, w statystykach będzie odnotowane, że zdobył punkty w finale Brązowego Kasku.
– Dużo dobrego można powiedzieć o występie doskonale znanego w Rzeszowie Rafała Karczmarza, którego jednak nie ominął pech w postaci zerwanej taśmy już w pierwszym biegu…
– Bardzo szkoda tej taśmy, bo gdyby nie ona, Rafał miał szansę namieszać w czołówce. Myślę, że bardzo pomógł mu start w meczu naszej drużyny w Opolu, w którym jechał. Mógł poznać tamtejszy tor i lepiej przygotować się do tego startu.
– Rafał pojedzie w niedzielę w Częstochowie?
– Wszelkie decyzje na temat składu na Częstochowę zapadną dopiero w piątek.
– Zanim jednak dojdzie do niedzielnego meczu pod Jasną Górą, na pierwszy plan wysuwa się Drużynowy Puchar Świata. Kto wygra dzisiejszy półfinał?
– Wszystko na to wskazuje, że wygrają Szwedzi. Na pewno jednak nie stawiałbym na straconej pozycji Australijczyków, którzy mogą również dziś trochę namieszać.
– Zaskoczyło Pana sobotnie zwycięstwo biało-czerwonych w Vojens?
– Cieszę się, że wygrali. Wiadomo, Marek Cieślak jest bardzo dobrym fachowcem i nie zdziwiło mnie to, że ten półfinał zakończył się wygraną jego podopiecznych.
– Można zatem ufać trenerowi Cieślakowi w kwestii jego decyzji o zastąpieniu w finale Macieja Janowskiego Krzysztofem Kasprzakiem?
– Trener Cieślak wie, co robi. To fachowiec, do tego porządny gość, często z nim rozmawiam, także trzyma rękę na pulsie i na pewno zrobi wszystko, żeby Polacy wyjechali z medalem.
– Jakim?
– Najlepiej ze złotem! Jestem Polakiem, znam trenera, zmam chłopaków, którzy jeżdżą w kadrze, więc życzę im, żeby zadowoleni wrócili do kraju.
– W finale, w reprezentacji Wielkiej Brytanii zabraknie Pana podopiecznego, Scotta Nichollsa. Może dziwić brak powołania dla tego zawodnika?
– Powiem tak szczerze, że nie jest to dla mnie zaskoczenie. Scott ostatnio ma troszeczkę słabszy okres. Alun Rossiter, menedżer Brytyjczyków jest fachowcem i wie co robi. Doskonale też wie, kto może dobrze pojechać na torze w Manchesterze, a kto nie. Jeśli ktoś ich wziął na trenerów, to niech oni podejmują decyzję, a potem będą za nie rozliczani. Na moje oko jak dotąd są one słuszne. Wszystko jednak zweryfikuje tor. Ja też nieraz myślę, że to byłaby dobra decyzja, a później czasami okazuje się, że nie była najlepsza. Ale taki jest sport, taki jest żużel.
Rozmawiał Marcin Jeżowski


