Niezapomniane Wigilie

Nie wszystkie zwyczaje lasowiackie da się przenieść na współczesne wigilie. Warto jednak zwrócić uwagę na to, jak skromne były to święta, ale jak wielką wagę przykładano do wszystkiego, co się w ten dzień miało wydarzyć. Fot. Bogdan Myśliwiec (2)
Nie wszystkie zwyczaje lasowiackie da się przenieść na współczesne wigilie. Warto jednak zwrócić uwagę na to, jak skromne były to święta, ale jak wielką wagę przykładano do wszystkiego, co się w ten dzień miało wydarzyć. Fot. Bogdan Myśliwiec (2)

Polska wigilia to jedna z najpiękniejszych świątecznych tradycji na świecie. Jej moc tkwi w wierze w nowo narodzonego, miłości do najbliższych i nadziei na przyszłość.

Sztuczne choinki masowej produkcji, często graniczące z tandetą bombki, trzy, może cztery dania na wigilijnym stole – to wyznaczniki współczesnych świąt Bożego Narodzenia. Są jednak domy, które 24 grudnia od lat wypełnia tajemnica narodzin Pana, dusze zmarłych przychodzą na pośnik, a stworzenia ludzkim głosem gadają…

77-letnia Anna Rzeszut z Baranowa Sandomierskiego, kultywatorka lasowiackich tradycji, każdego roku, łamiąc się płatkiem z najbliższymi, dziećmi, wnukami, z rozrzewnieniem wspomina czasy, gdy sama była jeszcze dzieckiem. Zawsze wtedy, jak mówi, przed oczyma stają jak żywe tamte lasowiackie obrazy, powracają zapachy i głosy tych, którzy już dawno odeszli…

U Lasowiaków przygotowania do wieczoru narodzin Pana zaczynano już bladym świtem… – Pamientom, jak byłam tako mało, a już mom ho, ho roków, w nocy, jak kogut zapioł trzy razy, a nie było innego zygara, mama budziła tate: „Franek wstoń, już trzy razy kogut pieje, będzie trzecio godzina, jedź po drzewko do lasu” – Anna Rzeszutowa doskonale to wszystko pamięta, choć to tak odległe czasy. – Drzewko było nieduże, bo były chałpecki małe – wspomina. – Albo to było kilka gałązek uwiązanych i, tak jak drzewko, u powały powiszone, takie podłaźniki. Ubirały je ludziska jak mogły. Były i janioły z bibuły, łańcuchy, koszyczki, gwiozdy. Ale nie każdy mioł tyle bibuły, nie miały na to piniędzy. Jedna sąsiadka kupiła różowo, drugo biało i dzieliły się. A te janioły to po świentach były prostowane i składane w jakiś skrzynce, żeby myszy nie zjadły, muchy nie łomszczyły. Tak było to chronione i szanowane, że trudno dziś wom zrozumieć…

Świąteczny król
Pracowity był cały ten niezwykły grudniowy dzień, a uwijano się, by nim wzejdzie pierwsza gwiazda, wszystko było gotowe. Gdy kobiety kończyły przygotowania do wieczerzy, gospodarz robił jeszcze obrządki w stodole i stajni. – Rychtowoł króla i siano na stół – opowiada lasowiaczka. – Król to był z prosty, jeszcze nie młócony słomy, taki ze zbożem snop. Związany był trzema powróskamy, bo trzy łosoby były w stajence betlejemski – Pan Jezus, Matka Boska i Józef Świenty. Zawsze jak łojciec przychodził do izby, jak było już wszystko gotowe, chwolił Boga i stawioł króla w południowym koncie izby, żeby dobre urodzaje były.

Jak zaznacza babka Hanka, nie było bez znaczenia, w którym kącie owego króla się stawiało, bowiem od północy przychodziło samo złe – chmury, grady i zarazy. Gdy już każdy z domowników był umyty i wyszykowany, następowało symboliczne obmycie w cebrzycku. Do drewnianego cebra wrzucało się garść siana, bo Jezus urodził się na sianie, grosik, żeby się pieniądze „trzymały”, wlewało się wody i dopiero w tym myło twarz. – Żeby nie było chorób, zarazy, ta woda z sianem broniła i chroniła od tego wszystkiego – zdradza Rzeszutka lasowiacką tajemnicę zdrowego życia.

Grochu po trochu
Dopiero po tych przygotowaniach można było zasiąść do wigilijnego stołu. – Nim my zaczeli jeść, wpirw była modlitwa, a tak długo, że jak my dzieci jeszcze były, to aż się mdlało, bo przecie cały dzień się pościło – opowiada. – A jesce strosyły nos baby, jak gotowały, żeby nie porywać nicego z gorcka, bo bedo zemby bolały. To tak my wyglądały cy ta pirszo gwiozdka już świci, a jak było pochmurno, to gdzie tam były jakie gwiozdki… Gdy już zmówiono wszystkie pacierze, połamano się opłatkiem i złożono życzenia – a życzyło się i zdrowia, i żeby grady nie niszczyły, i żeby urodzaje były, a nie nawidzały jakie choroby – rozpoczynano ucztę. – Kapusta z kaszo jaglano, kapusta z grzybami, źmioki z łolejem prowdziwym lnianym i z cebulo, chopcie, tero to godajo gołąbki z kaszo jaglano, bo ryżu się nie znało, z grzybami, łomaszczone łolejem, a kapusta musiała być kiszono, całe głowy – Anna Rzeszut wylicza dania jakie spożywano. – Kapusta była z grochem. A groch musioł być, bo w grochu się nie zakoci robok i groch daje siłe. Kazdy chłop, jak się łojod grochu, to godały, pierdzioł po trochu. Była kaszo jaglano ze śliwkami, kaszo tatarcano z łolejem, jęcmienno z masłem, pirogi z kapusto i kompot ze suszonych jabłek. Ryb na lasowiackim stole nie było długo. – U Lasowioków nie było ryb, bo tylko pany ryby jadały – wspomina. – Dopiro po wyzwoleniu były śledzie solone, co to ło cholewe się łotrzepało, a karpie to przyszły dopiro, jak był może 1964 rok. Wcześni stawy były tylko u panów… A że czasy to było takie, że i „elektryki” nie było, więc honorowe miejsce na wigilijnym stole zajmowała gromnica. – W glinionym gorcku było zboże, a w to wbita gromnica – pokazuje Rzeszutowa, jak taki świecznik wyglądał. – W oknie od południowy strony robiło się „światy” – zdradza Rzeszutka. – To były dwa kółka z opłatka, przeciente na pół, sklejało się je w przestrzenno figure, takie cztery światy. Te światy to wisioły cały rok, łomszczone nieroz muchami, ale miały chronić łot złego.

Anna Rzeszut nie kryje, że tajemnicę narodzenia Pana można odkryć właśnie prostocie przeżywania tych wyczekiwanych przez cały rok świąt. Im skromniej je przygotujemy, tym więcej z nich zrozumiemy.
Anna Rzeszut nie kryje, że tajemnicę narodzenia Pana można odkryć właśnie prostocie przeżywania tych wyczekiwanych przez cały rok świąt. Im skromniej je przygotujemy, tym więcej z nich zrozumiemy.

Strawa dla dusz
– Pośnik jadło się z jedny miski, każdy mioł swojo łyżke i nie zmieniało się ji, bo trza było cały czas trzymać, żeby krzyże nie bolały przy żniwie, przy kopankach – Anna Rzeszut z rozrzewnieniem wspomina te dawne lasowiackie wigilie, zapomniane dziś zwyczaje. – Dopiro po skońcony wieczerzy baby brały łyżki i wiązały je słomo, żeby się rodzina nie rozpodła. Najważniejsza w domu gospodyni nie mogła wstawać od stołu, żeby kwoki siedziały na jajach, żeby się dobrze kurczęta lęgły… – Musiała być na stole jedno pusto miska i łyżkaten zwyczaj jako nieliczny dotrwał do współczesnych czasów, ale inny, o którym wspomina Lasowiaczka, nie jest już znany. – Na noc na łoknie tyż stawioły chlib, miske, a w ni kapuste, bo dusze, które w tym domu umarły przychodziły na wilijo i nijak żeby ich puścić głodnych. Nieroz to koty wlazły i zjadły, ale ludziska godały, że dusze były…

Gdy już wszyscy domownicy najedli się do syta śpiewano kolędy, a gospodarz wziąwszy kolorowy opłatek i chleb, szedł „do stworzenia”. – Szedł do koni, do krów i życył temu stworzeniu, żeby zdrowe byłoopowiada Anna Rzeszut. – Gospodyni wykładała po łyżce kapusty z grochem po kątach to dlo pieska, to dlo kotka, bo my z jego cęści żyjewa. Ale wy nie wita jak to było. Jak opowiada babka Hanka, była taka legenda… Jak Matka Boska chodziła po świecie, to źdźbło zboża od samego spodu do końca miało ziarno. – Ale była tako nicpota baba, co to ziarno tak ręką zsunena i wrzuciła w to, co się dziecko urobiło – opowiada babka. – Widzioł to Pan Jezus i mówi: „Nie, marnowania tak nie będzie” i chcioł, żeby jak najmni było tego ziarna. Ale, jak zdradza Rzeszutka, Mata Boska chwyciła rękom i tyle tego kłoska zostało, co Matki Boski dłoń. – Zostało to co dla pieska i kotka miało być, więc już wita cego my z ich cęści żyjewa…

Ożenek ze świni
Podobnie jak w wigilię świętego Andrzeja, tak i 24 grudnia panny korzystały z owianego tajemnicą wigilijnego dnia, by sprawdzić, jak szybko która męża dostanie. Psa przed wigilią głodziła chyba każda… – Dopiro po pośniku brała ze trzy kromki chliba, jedna to Jasiek, drugo Stasiek i trzecio jaki Waluś – znaczyła. Połozyła te kromki koło budy i które kromke pies złapoł, to mioł być ten chłopok – śmieje się babka Hanka na to wspomnienie. Ale panieńskie wróżenie zaczynało się już wcześniej, podczas przygotowań kolacji wigilijnej. – Jak panna przyniesła drzew do polenia w piecu i jak było do pory, to się miała żenićopowiada. Po kolocji szła dziewczyna do świń z tłuckiem takim i waliła nim w koryto. Jak się świnia zarechotała to dobrze, a jak łogonem łodwróciła, przepadło, nie łożeni się.

Na koniec świąt najstarsza z rodu paliła resztki sianka ze stołu i kadziła dom. – Zeby bronić od złego – tłumaczy Anna Rzeszut. Zeby jako zoraza się nie wplątała, bo to cholera i różne choroby nawidzały. Tak kończono te świenta…

Małgorzata Rokoszewska

Leave a Reply

Your email address will not be published.