
ŻUŻEL. GRAND PRIX. Po dwóch latach przerwy, Stal Rzeszów znowu będzie mieć swojego przedstawiciela w gronie zawodników, walczących o tytuł indywidualnego mistrza świata.
– Wciąż mnie cieszy każda minuta spędzona na torze żużlowym – mówi Greg Hancock, 4-krotny mistrz świata, reprezentujący w tym sezonie barwy Stali Rzeszów. Niespełna 48-letni Amerykanin już w najbliższą sobotę na PGE Stadionie Narodowym w Warszawie zainauguruje swój 24 sezon w Grand Prix. Nie ma drugiego takiego zawodnika w stawce żużlowców, walczących o mistrzostwo świata. Hancock w Grand Prix staruje od początku istnienia cyklu, czyli od 1995 r. Z rozegranych dotąd 215 rund, Amerykanin opuścił zaledwie 7. Aż 6 z nich miało miejsce w ubiegłym roku, kiedy to z powodu kontuzji barku, odniesionej w… swoim biurze w Szwecji, musiał przedwcześnie zakończyć sezon. Wypadek przydarzył mu się na parę dni przed lipcową Adrian Flux SGP Wielkiej Brytanii. Amerykanin próbował pomimo tego wystąpić w Cardiff, ale kolejne urazy barku, do jakich doszło na treningu i w pierwszym biegu zawodów sprawiły, że był zmuszony odpuścić występ, a później przejść operację. – W ubiegłym sezonie doznałem najbardziej kuriozalnej kontuzji w moim życiu przez co w połowie roku musiałem zrezygnować z jazdy – ubolewał Hancock.
To jeszcze nie koniec
Sceptycy uznawali wówczas to za znak, że czas Hancocka i jego rekordowej kariery w Grand Prix dobiega kresu. On zaprzeczył, stawiając siłę mentalną ponad wszystkim innym. – Ciało to jedna rzecz, a głowa to druga. Głowa mówi mi, że wciąż mnie cieszy każda minuta spędzona na torze żużlowym, gdy to robię i nie mam tego dość. Dopóki ciało słucha się głowy, to będzie mi ciężko powiedzieć „nigdy więcej nie pojadę” – przekonywał „Herbie”. Operacja i żmudna rehabilitacja przyniosły spodziewane efekty, co potwierdził marcowy – pierwszy po kontuzji – oficjalny start w Speedway Best Pairs w Toruniu. – Specjalnie wybrałem się na Motoarenę, by zobaczyć go w akcji. Muszę przyznać, że po kontuzji nie ma śladu. Wrócił stary – w najlepszym tego słowa znaczeniu – dobry Greg – przekonywał niespełna 2 miesiące temu Mirosław Kowalik, trener Stali Rzeszów, z którą Hancock związał się w zimie 3-letnim kontraktem. – Czuję się świetnie. Muszę powiedzieć, że to jest blisko 100 procent mojej wcześniejszej dyspozycją. Nadal jestem obolały w niektórych miejscach, ale to nie jest przeszkodą. Powiedziano mi, że to może zająć dobry rok, zanim wszystkie bóle mi miną, ale jak dotąd jeśli chodzi o zdolność poruszania się i siłę, to wszystko jest we właściwym porządku. Nie mam z tym żadnych kłopotów – zapewniał Hancock. Słowa te potwierdziły jego późniejsze występy w barwach rzeszowskiej drużyny oraz w kolejnej rundzie Speedway Best Pairs, która tym razem odbyła się na torze przy ul. Hetmańskiej.
Po tytuł „na dziko”
Jednak rywalizacja w Grand Prix, w którym Hancock będzie mógł wziąć udział dzięki otrzymaniu stałej dzikiej karty, to zdecydowanie wyższa półka. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę sam zainteresowany. – Nie mogę się już doczekać powrotu do Grand Prix. Wiem, że czeka mnie trudne zadanie, bowiem rywalem są bardzo mocni, a przede wszystkim młodsi ode mnie. Jednak skoro zdecydowałem się na starty w tym cyklu, to liczę, że stać mnie będzie na walkę o czołowe miejsce. 5. tytuł mistrza świata? Czemu nie – mówi z rozbrajającą szczerością uśmiechnięty jak zwykle od ucha do ucha Greg Hancock. Za jego udane występy kciuki będą trzymać m.in. kibice z Rzeszowa, którzy po dwóch latach przerwy, ponownie będą mieli swojego przedstawiciela w cyklu Grand Prix. Po raz ostatni, żużlowiec występujący na co dzień w Stali Rzeszów, walczył o tytuł mistrza świata w 2015 r. Był nim nie kto inny, jak sam Greg Hancock, który rywalizację w gronie najlepszych zawodników świata zakończył wówczas ze srebrnym medalem.
Marcin Jeżowski


