Nikt nie wie, ile bólu jest w stanie wytrzymać

Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta

Rozmowa z Wandą Traczyk-Stawską, żołnierką Powstania Warszawskiego, jedną z ostatnich żyjących uczestniczek II wojny światowej

– O czym myśli 12-latka przed wybuchem wojny?

– Pamiętam, że nie bałam się wojny, bo nie wyobrażałam sobie jak wojna może wyglądać. W 1939 roku, na kilku miesięcy przed tym tragicznym zdarzeniem, śpiewano piosenkę „nikt nam nie zrobi nic, bo z nami jest Śmigły-Rydz”. Atmosfera była spokojna, wierzyliśmy w Polskę, a młodzież nie miała wyobrażenia o jakichkolwiek walkach. Byłam harcerką i z natury optymistką, a wszystko co negatywne wydało się być niemożliwe i dalekie ode mnie. Tak było do końca sierpnia. Jesień 1939 roku wszystko zmieniła.

– 4 września bomba zabiła na Grochowie Pani ciotkę oraz jej męża. To był koniec dzieciństwa?

– To był dla mnie całkowity szok i tragedia. Pamiętam sytuację, kiedy moi bracia cioteczni byli poważnie ranni, a moja mama przywiozła ich ze szpitala, który został zbombardowany. Gdy się dowiedziałam o wszystkim, nie wyobrażałam sobie, jak można zniszczyć szpital – miejsce, gdzie pomaga się ludziom. Jednak moje dzieciństwo zakończyło się definitywnie, w momencie kiedy bomba spadła na budynek znajdujący się w sąsiedztwie naszego mieszkania. Widziałam, jak Niemcy strzelali do wybiegającej ze zburzonej kamienicy kobiety z niemowlęciem na rękach. Niemieccy żołnierze mieli stanowiska około 30 m od tej kamienicy. Strzelali z broni ckm do niemowlęcia w beciku i… ono rozpadło się. Zrozumiałam wtedy, że to koniec mojego dzieciństwa, a wojna to tylko ból i okrucieństwo. Chciałam przestać być dzieckiem, stać się osobą dorosłą. Pragnęłam potrafić strzelać i bronić, być żołnierzem i walczyć.

– Szybko zaangażowała się Pani w walkę z Niemcami…

-Ze względu na młody wiek nie chciano mnie przyjąć do Szarych Szeregów. Przyjęto nas dopiero wiosną 1942 roku, a w zimie przeniesiono nasz zastęp do „Czarnej Czternastej Drużyny” Hufca Grzybów. Drużynową była tam wspaniała Zośka Kamińska (Dąbrowska) pseud. Nike, która przede wszystkim pilnowała, abyśmy się uczyły, pomagały ludziom, a także działały w małym sabotażu. Malowałyśmy swastyki na szubienicach na murach, pisałyśmy „tylko świnie siedzą w kinie”, ale także odbywałyśmy szkolenia wojskowe wyjeżdżając do lasu.

Jakie rozkazy z tamtego młodzieńczego okresu utkwiły Pani w głowie?

-W 1943 roku rozpoczęłam ciężką służbę w akcji „N”, w której współpracował ze mną plutonowy podchorąży „Karolek” Tadeusz Zurn. Roznosiliśmy listy z warunkowymi wyrokami śmierci do Polaków – szmalcowników, którzy wydawali Niemcom Żydów. Mimo że w późniejszym okresie wojny brałam udział w wielu dramatycznych zdarzeniach, jak chociażby służba w trakcie Powstania Warszawskiego, to tamten czas była dla mnie najtrudniejszą służbą. Dlaczego? Gdy roznosiliśmy listy, nie dawano nam trucizny. Bałam się, że jak nas Niemcy złapią, zaczną bić, to nie wytrzymam cierpienia, zdradzę tajemnicę i zdradzę przyjaciół. Nikt nie wie, ile jest w stanie wytrzymać bólu. Tego się bardzo bałam i codziennie o tym myślałam.

– Jak Pani radziła sobie ze śmiercią przyjaciół i krewnych?

-Jedynym światłem w tunelu w trakcie wojny było dla mnie to, że człowiek który walczy nie jest sam, a walczy z wrogiem mając po swojej prawej i lewej stronie kolegów. To braterstwo broni, koleżeństwo i często mocna przyjaźń. Wojna jest straszna, śmierć jeszcze bardziej okropna, lecz najtragiczniejsza jest śmierć ludności cywilnej. To katastrofa tych, co walczą w obronie, ale także tych, co walczą jako napastnicy. W oczach obu stron wielokrotnie widziałem lęk, cierpienie, smutek. Niestety, każdy musiał zabijać, niestety ja też musiałam zabijać. To w człowieku pozostaje.

-Co czuje czlowiek, kiedy musi się odebrać życie innemu człowiekowi?

-Okupacja była okropna. W chwili gdy postrzeliło się wroga z dalekiej odległości nie odczuwało się tego samego co w chwili, gdy napastnik stał naprzeciwko i patrzyło mu się w oczy. To coś nie do opisania. Ten, kto trzyma broń, ma lepszą pozycję. Zdarzyło mi się, że stałam oko w oko z Niemcem mając pistolet maszynowy. On miał jedynie granat. Pamiętam, jak na mnie spojrzał, pamiętam jego lęk. Powiedział bardzo wyraźnie po polsku „Jezus Maria”. To były głośnie słowa. Wiele lat zastanawiałam się nad tym. Może był wcielonym siłowo do armii niemieckiej Kaszubem? Tego nie wiem. Nie zabiłam go, bo zaciął mi się pistolet, ale tę sytuację mocno zapamiętałam. W trakcie wojny bywało jednak różnie. Strasznym jest obserwowanie skutków swoich działań.

– Wielu historyków określa Powstanie Warszawskie jako zbrodnię…

-Wybuch powstania był sprawą nieuniknioną. 27 i 28 lipca 1944 roku Niemcy wywiesili zarządzenie, że 100 tysięcy mężczyzn w Warszawie ma stanąć do kopania umocnień. Wiedzieliśmy, wojsko jak i ludność cywilna Warszawy, że niedługo o stolicę będą walczyć Niemcy z Rosjanami, a z miasta zostanie jedynie gruzowisko. Pamiętaliśmy także, że ponad rok wcześniej wybuchło powstanie w getcie. To wszystko było impulsem do działania. My, wojsko wychodziliśmy z domów rodzinnych nie z koszar, o czym wiedzieli Niemcy. Nasi rodzice zrozumieli, że wszyscy mieszkańcy zostaną wyrzuceni z miasta a młodzież wyłapana. Dziś wielu historyków nie rozumie jednej rzeczy – powstańcy bez zgody ludności cywilnej nie doprowadziliby do walk. Ludność stała po naszej stronie. Nasi rodzice, dziadkowie, sąsiedzi zgodzili się na powstanie i oni byli jego bohaterami.

– A później przyszedł czas PRL-u, również ciężki dla powstańców…

-Do Polski z niewoli niemieckiej wróciłam w 1947 roku. Zdałam maturę dostałam się na Uniwersytet Warszawski, następnie rozpoczęłam prace w Szkole Specjalnej nr 6 dla dzieci specjalnej troski na Pradze przy ul Ząbkowskiej, którą założyła pani Zdzisława Bytnar, matka „Rudego”. Szkoła miała znakomitą załogę, która potrafiła sobie radzić z PRL-owską metodą nauczania. Próbowano uczyć historii, która się nie wydarzyła, lecz udało nam się temu sprzeciwiać. To był trudny czas, lecz trzeba było żyć dalej.

-Obecnie politycy chętnie mówią o Powstaniu Warszawskim wplątując je w partyjne interesy…

– Czuję olbrzymi żal myśląc o podejściu wielu polityków oraz świadomość niebezpieczeństwa, szczególnie gdy mówi się o tym, że Polska powinna opuścić Unię Europejską. W tej chwili jesteśmy krajem buforowym. Od strony wschodniej, przed nami znajduje się Ukraina i Białoruś, które cały czas powinny oddzielać nas od Rosji. Rosjanie mają olbrzymią armię, są niebezpieczni i Polska powinna oczekiwać pomocy od swoich zachodnich sojuszników. Musimy być w Unii Europejskiej oraz NATO. Musimy się przyjaźnić i współpracować, bo tylko to nam zagwarantuje bezpieczeństwo, które jest bezcenne.

-Jak dziś opowiadać dzieciom i młodzieży o Powstaniu Warszawskim?

– Mówmy prawdę, mówmy o tym, że faszyzm niesie pogardę dla innych ludzi, niebezpieczeństwo i krzywdę. Nie ważne czy różnimy się kolorem skóry, wyznaniem, poglądami czy upodobaniami seksualnymi. Wszyscy jesteśmy wolni i równi. O równość i spokój przecież walczyliśmy my, Powstańcy, a tylko dzięki szacunkowi do drugiego człowieka świat może być jeszcze piękniejszy.

Rozmawiał Kamil Lech

9 Responses to "Nikt nie wie, ile bólu jest w stanie wytrzymać"

Leave a Reply

Your email address will not be published.