
Tymczasem w Norwegii nie obowiązują już od 6 tygodni. Fot. arch
Prawie 8 razy mniej mieszkańców niż w Polsce, ale ponad 4 razy większe PKB na jednego mieszkańca. Norwegia kusi wysokimi zarobkami i odstrasza wysokimi kosztami życia. Zachwyca przyrodą i ciekawi stylem życia. Mieliśmy okazję zwiedzić ten niezwykły kraj i poznać codziennie życie Norwegów. Także to po pandemii, bo ta skończyła się tam już wiele tygodni temu.
Gdy u nas obowiązywały jeszcze limity i maseczki, w Norwegii można już było cieszyć się popandemiczną wolnością. Bez masek, bez paszportów covidowych i certyfikatów ozdrowieńców Norwegowie żyją już od początku lutego. Przez te dwa miesiące zdążyli już niemal zapomnieć o covidzie, cieszą się kończącą się zimą i zaczynają wracać do życia, które znali przed pandemią, obserwują wojnę na Ukrainie, ale wydaje się ona im na tyle odległa, że nie czują bezpośredniego zagrożenia dla swojego bezpieczeństwa.
Nasza podróż po Norwegii rozpoczęła się od lotniska Oslo Torn. Przywitała nas piękna wiosenna pogoda. Stamtąd udaliśmy się w podróż autokarem do położonego o ponad 200 km Kristiansand. Za kierownicą autokaru – Serb. Uchodźca z wojny na Bałkanach. Gdy słyszy polski język na jednym z postoi, zagaduje o wojnę. Podziwia polską solidarność z narodem ukraińskim. Wie, co znaczy wojna. Sam uciekł z Serbii z rodziną wiele lat temu, gdy tam rozpętało się piekło. W oddalonej od ojczyzny Norwegii znalazł pracę, nowy dom i spokojne życie. Bardzo współczuje Ukraińcom, modli się za nich każdego dnia i wierzy, że wojna skończy się jak najszybciej.
Po ponad dwóch godzinach jazdy jesteśmy u celu. Kristiansand to ósmy pod względem wielkości port w Norwegii. Mieszka tu ponad 85 tysięcy osób z wielu stron świata. Widać to na każdym kroku na ulicy i po sklepowych witrynach. Wiele z nich prowadzą lub obsługują obcokrajowcy.
Dzięki mieszkającej ponad 10 lat w Norwegii Małgorzacie i mieszkającej obecnie Alicji, udaje się nam w ciągu zaledwie trzech dni zobaczyć, jak mieszkają Norwegowie, jak spędzają czas wolny, jak funkcjonuje szkoła, przedszkole, jak się pracuje, załatwia urzędowe sprawy, a nawet jak obsługiwani są pacjenci w przychodni. Dowiadujemy się także czym jest słynne norweskie „kusanie”. Czyli czynność i słowo, które nie ma w zasadzie swojego odpowiednika w żadnym innym języku.
– Kusać to znaczy uprzyjemniać sobie czas. Norwegowie uwielbiają „kusanie”. Objawia się on tym, że lubią otaczać się ładnymi przedmiotami, lubią wypoczywać, lubią, jak jest im przyjemnie i temu „kusaniu” oddają się tak często, jak tylko się da – tłumaczy Alicja, Polka mieszkająca i pracująca w Kristiansand od wielu lat.
Norwegowie nie „działkują”, nie pracują przy swoich domach, nie kręci ich także tak powszechne u nas ogrodnictwo. Ich domy są drewniane, proste, nieogrodzone, a wokół nich najwięcej jest trawników. Nie mają w sobie żyłki współzawodnictwa, wywyższanie się czy wyróżnianie jest źle widziane. Ogromna część domów w Norwegii wygląda po prostu tak samo. Są to niewielkie powierzchniowo domy zbudowane z drewna i pomalowane bądź na biały, bordowy, a ostatnimi czasy na szary kolor. Zamiast przerzucać ziemię w ogrodzie koło domu, czy sadzić kolejne kwiaty, Norwegowie lubią aktywnie spędzać czas oddając się spacerom, bieganiu, czy też poprawie swojej kondycji w siłowniach, saunach i basenach.
Ten sportowy dryg widać zresztą na ulicach. Sportowy, trekkingowy outfit to standard w Norwegii i to nie tylko wśród młodych osób, ale przede wszystkich tych starszych. Sportowe buty, dresowe spodnie i kurtka z softshelu to ulubiony strój norweskich emerytów i emerytek. To zamiłowanie do spędzania czasu na wolnym powietrzu to styl życia. Kusi do tego przyroda, ale i nuda, która panuje w wielu norweskich miasteczkach. W kraju tym, przypomnijmy, mieszka obecnie około 5,5 mln osób. To bardzo mało, biorąc pod uwagę powierzchnię.
– Norwegowie nie są specjalnie towarzyscy. Nie spotykają się w domach, nie odwiedzają się. Będą z tobą stali pół godziny przed domem, ale nie zaproszą cię do środka. Na ulicy wszyscy się do siebie uśmiechają, ale to zamknięci w sobie ludzie – przyznaje Małgorzata, która była naszą przewodniczką po Norwegii. – To, co mnie w nich urzeka, to jednak to, że tu wszyscy są sobie równi. Nikt się przed nikim nie wywyższa. W szkole równie ważny jest dyrektor i sprzątaczka. Wszyscy mówią zresztą do siebie na ty. Takiego zachowania są uczone dzieci już od najmłodszych lat.
Wszyscy zdolni, nikt nie jest oceniany
Norweska szkoła podstawowa trwa siedem lat, potem trzy lata gimnazjum i trzy lata szkoły średniej.
– Na tym pierwszym etapie edukacji dzieci nie są w ogóle oceniane – mówi Alicja, której dwoje dzieci uczęszcza do norweskich szkół. – Dzieci uczą się w szkole i mają do odrabiania lekcje w domu, nie są jednak za nie oceniane. Przez całą podstawówkę nie ma sprawdzianów. Dzieci słyszą natomiast od nauczycieli, że są zdolne, że są świetne. To sprawia, że nauka jest bezstresowa, ale utrudnia dyscyplinowanie dzieci. To zresztą jest w Norwegii bardzo trudne, gdyż prawo wręcz związuje ręce rodzicom, którzy chcieliby od dzieci różnych normalnych w warunkach polskich rzeczy wymagać. Dzieci mogą się na różne wymagania rodziców poskarżyć, a to ściągnie na rodziców kontrolę Barnevernet, czyli norweską opiekę społeczną. Dzieci w Norwegii szybciej niż w Polsce stają się więc dorosłe. 16-latkowie mają tu już pełne prawa. Rodzic, który chciałby pójść z takim dzieckiem do lekarza lub wykupić mu receptę, musi mieć na to jego zgodę.
Nieco szokująca dla Polaka jest wizyta w norweskim przedszkolu. Dzieci tu uczone są samodzielności od wejścia. Same się ubierają i rozbierają. Same nawet przygotowują posiłki.
– Dzieci i to już te najmłodsze, posługują się nożem i widelcem, jeśli dziecko upadnie to nie wolno przedszkolance pomóc mu wstać, jeśli wejdzie na drzewo, samo musi z niego zejść. Obowiązkowe jest przebywanie dzieci na dworze i to przez większość czasu spędzanego w przedszkolu w ciągu dnia. Maluszki w wózkach nie śpią w ciepłych łóżeczkach, ale w wózkach na zewnątrz. W przedszkolach są także specjalne grupy, które niemal cały czas spędzają na zewnątrz. Mają do dyspozycji wiaty ustawione obok budynku. Do środka przychodzą na posiłek i do toalety – opowiada Małgorzata. – Ten zimny chów i nauka samodzielności są dla nas szokujące w pierwszym momencie, ale z czasem można się do tego przyzwyczaić, a nawet polubić. Na pewno napływ do Norwegii Polaków zmienił nieco norweskie przedszkola. Gdy ja tu przyjechałam ponad 10 lat temu, szokujące było dla nich to, że dziecko można na do widzenia uścisnąć, wycałować. Oni takich czułości sobie nie okazują i nie obdarowują nimi dziećmi. Teraz tego przytulania dzieci, opieki takiej ciepłej, troskliwej jest tu coraz więcej, ale to ciągle nie to, co u nas. Chore dzieci z katarem płynącym po brodzie to codzienność norweskich przedszkoli. Tu nikt nie biega za dziećmi z chusteczką, nie przejmuje się, że się pobrudziło.
Norweska opieka lekarska także różni się od polskiej, choć przychodnie wyglądają zupełnie tak samo. System norweski przewiduje jednak płatną podstawową opiekę medyczną lekarzy rodzinnych.
– Przekładając na polskie warunki, opieka taka wygląda tak, że jeśli w danym roku kalendarzowym udajemy się do lekarza rodzinnego na pierwszą, drugą, czy trzecią wizytę to za nią płacimy we wpłatomacie, który stoi na korytarzu przychodni. Jeśli kwota wizyt przekroczyłaby np. 500 zł, to znaczy, że korzystamy więcej, że potrzebujemy konsultacji specjalistycznej i wówczas podlegamy pod system opieki bezpłatnej – mówi Małgorzata, która od lat znajduje się w norweskim systemie opieki zdrowotnej. – System ten ukróca poniekąd bezzasadne wizyty lekarskie i zmusza pacjenta do tego, by korzystał z porad lekarskich tylko wtedy, jeśli faktycznie ich potrzebuje. Rozładowuje także kolejki do lekarzy, bo nie przesiadują w nich pacjenci, którzy chcą sobie z lekarzem po prostu pogadać.
Na pewno warto zwiedzić Norwegię, a jeśli było się choć raz, to wrócić raz jeszcze. Pandemia nie wstrząsnęła Norwegią tak jak innymi krajami, właśnie ze względu na styl życia jej mieszkańców, na ich charakter, na odległości, jakie dzielą jej mieszkańców na co dzień. Niemniej oni także cieszą się, że wrócili do normalności i mają nadzieję, że trwająca w Ukrainie wojna, nie wstrząśnie na nowo ich przyzwyczajeniami, z których jak już wiemy, najważniejsze jest uprzyjemnianie sobie życia.
Małgorzata Rokoszewska



2 Responses to "Norweski patent na przyjemne życie"