Nowoczesne miasta, czyli jakie…

Spotkanie „Nowoczesne Miasto – jak kształtować wspólnoty?” odbyło się 14 września. W auli klasztoru Dominikanów w Rzeszowie gościli: Filip Springer – dziennikarz, autor reportaży o przestrzeni, architekturze i ludziach (m.in. „Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u”, „Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni”, „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast”) fotoreporter, oraz Piotr Kozanecki, wydawca strony głównej Onet.pl, dziennikarz opisujący polską architekturę i przestrzeń publiczną na Onecie, na własnym blogu terenzabudowany.pl oraz w „Tygodniku Powszechnym”. Fot. Wit Hadło

– Modernizacja zawsze wiąże się z oporem. Jednak coś, czego się boimy, kilkadziesiąt lat później może zostać ocenione jako nowoczesne – zauważa Piotr Kozanecki, dziennikarz oraz wydawca strony głównej Onet.pl. – Boję się modernizacji, która jest retromodernizacją, albo udawaniem modernizacji, bo opiera się na wzorcach sprzed 40 lat – kontruje Filip Springer, dziennikarz i reportażysta. Panowie byli gośćmi Klubu Tygodnika Powszechnego w Rzeszowie i dyskutowali o nowoczesnych wyzwaniach, jakie powinny sobie stawiać metropolie.

Moim zdaniem, działanie, które i dziś uznane za progresywne wykracza w przyszłość, i za 50 lat mogłoby zostać ocenione jako coś nowoczesnego, to działanie na styku człowiek – przyroda. Przyznanie, że nie wszystko musimy zabudować – stwierdza Filip Springer. I wcale nie chodzi mu o niezabetonowywanie parków, bo nikt nie ma wątpliwości, że to absolutne minimum, ale też np. wycofanie się człowieka z pewnych miejsc. – Albo zgoda na to, żeby cenny inwestycyjnie teren rozwijać w kierunku zwiększenia wartości – nie pod kątem fiskalnym, ale np. bioróżnorodności – wyjaśnia reportażysta.
Nowoczesne dla mnie jest przyznanie nieludzkim istotom ważnego miejsca, w którym nie musimy uzasadniać ich istnienia. – Drażnią mnie dyskusje, w których argumentuje się, że nie można wyciąć drzew, bo dają cień, ochładzają i dają tlen. Czemu mamy to tłumaczyć? One sobie tu rosną, więc dlaczego im na to nie pozwolić? – pyta retorycznie.
– Mnie też wydaje się, że jednym z przejawów nowoczesności jest powrót do myślenia o tym, że zielone klimaty w mieście są potrzebne – zgadza się Piotr Kozanecki. To nie jest nowa idea. – Wpadliśmy na to 150 – 200 lat temu, kiedy w miastach przemysłowych nie dało się żyć, bo zostały tak zanieczyszczone przez rewolucję przemysłową. Stąd do dziś większość założeń parkowych to przełom XIX i XX w. – zaznacza dziennikarz. – Bardzo niewiele przestrzeni powstało po 1989 r. Większość zostawili nam zaborcy, pewne realizacje powstały w dwudziestoleciu międzywojennym, pojedyncze zdarzały się w czasach PRL-u. W III RP – może nie jedyną – ale największą, na którą się natknąłem, był park im. Ronalda Reagana w Gdańsku.
Filip Springer nie zgadza się z traktowaniem przyrody jako zasobu, który nam nie przeszkadza, tylko wtedy, jeśli nam służy. – Budowanie wspólnoty ludzo-nieludzkiej w mieście jest czymś, czego się boimy – nie ma wątpliwości. – Kiedy mamy cenny teren, może na nim powstać osiedle, park biurowy, albo park dla mieszkańców. Możemy też przyznać, że wspólnota wykracza poza to, co ludzkie. Mieszkaniec w mieście jest rozumiany nie tylko jako ludzki, ale też nieludzki, który jest tu od lat, a czasem od zawsze – podkreśla.

Drogowe gonienie króliczka

Nie od dziś wiadomo, na co samorządowcy przeznaczają najwięcej funduszy. – W części inwestycyjnej budżetów miast od co najmniej 20 lat najważniejszą pozycją są wydatki drogowe – wspomina Kozanecki. Różnica jest rzędu wielkości. W budżecie Rzeszowa także. – Przez wiele lat tłumaczyło się to zapóźnieniami; tym, że przybywa aut, więc potrzeba infrastruktury. Dziś to jak gonienie króliczka, którego się nigdy nie złapie. Im więcej nabudujemy, tym więcej będziemy potrzebowali budować, bo miasto się rozrośnie we wszystkich kierunkach. Pytanie, co musi się stać, żeby zahamować przynajmniej ten drogowy aspekt modernizacji? – zastanawia się.
– Wersja optymistyczna jest taka, że generacja tych, którzy projektują te inwestycje, pójdzie na zasłużone emerytury i… przyrośnie wiedza. Książki pisane w latach 90. zaczną być czytane, a te z lat 60. niekoniecznie i przestaniemy marzyć o wielkich drogach – stwierdza Springer. Drugi wariant jest mniej optymistyczny. – Kiedy pytałem jednego z wiceprezydentów Poznania o to, kiedy w końcu powstanie deptak albo ścieżki rowerowe, powiedział wprost, że zgadza się ze mną, ale „jego wyborcy jeżdżą samochodami. I tak długo, jak tak będzie, on zrobi wszystko, żeby mogli nimi jeździć” – cytuje.
Jest też trzeci scenariusz. – Optymistyczno-pesymistyczny. – Myślę, że lada moment na wielkie bombastyczne inwestycje zaczną się kończyć pieniądze, albo możliwości organizowania tego typu przedsięwzięć, bo zaczniemy mieć ogromne problemy z klimatem i zapewnieniem podstawowych potrzeb – prognozuje dziennikarz. – Za 10 lat będziemy wybierać prezydentów czy radnych, którzy będą w stanie zagwarantować nam dostęp do bieżącej wody i prądu, a nie tych, którzy zaplanują budowę nowej filharmonii. Ci będą postrzegani, jako rozrzutni, wydający w czasach kryzysu na zbytki.

Kryzys jako szansa?!

Panowie zastanawiali się, co może pchnąć miasta w kierunku dalszego rozwoju. – W ostatnich 20 – 30 latach były to: zmiana systemu ekonomiczno-politycznego, upadek komunizmu, wejście gospodarki kapitalistycznej, wejście do UE – wylicza Piotr Kozanecki. Co będzie kolejnym czynnikiem?
– Wydaje się, że kryzysy. To było trochę widać w pandemii, która dużo obnażyła. Wielu z nas doświadczyło, jak bardzo potrzebujemy wspólnoty. Poczuliśmy potrzebę tego, żeby za rogiem był sklep spożywczy, bo te duże były zamknięte. A zagranie rządu o zamknięciu parków i lasów było wspaniałe, bo poczuliśmy, jak bardzo ich potrzebujemy – ironizuje Springer. – Teraz, gdy ktoś będzie chciał je wyciąć, może nie przypniemy się od razu do drzewa, ale zaświta nam obraz, gdy tam wisiała taśma i stał policjant, a my poczuliśmy realną stratę – dodał. Kryzys zweryfikował niektóre rzeczy. Był również bodźcem do tego, by pewne zmiany przyspieszyć. – To się nie zdarzyło, niestety, albo w niewielkim stopniu – mówi gorzko reportażysta.
– Jakich zmian oczekiwałeś? – dopytuje Kozanecki. – Ucieczki do przodu – przyznał Springer.
– Jeśli wiemy, że pandemia jest spowodowana wirusem, możemy zakładać, że ludzie będą mieli obawy do jeżdżenia środkami transportu publicznego. Co może zrobić miasto? Wszystko, żeby zniechęcić do tego, by ludzie jeździli samochodami. Otwiera ulice dla rowerów, buduje nowe ścieżki, zwęża ulice dla samochodów – wymienia. Jeśli wiemy, że w miastach padają knajpy, możemy uprzywilejować czynsze dla inicjatyw, które mogą wejść w to miejsce. Możemy robić mikrointerwencje, albo w ogóle zmienić paradygmat myślenia o mieście.

Zasłużyć na pomnik

W trakcie rzeszowskiego spotkania poruszono też temat szeroko pojętego bezpieczeństwa, patriotyzmu lokalnego czy przyszłości byłych miast wojewódzkich.
Piotr Kozanecki zastanawiał się, co włodarze miast mogą zrobić, by zasłużyć sobie na pomnik w kolejnym wieku. Odpowiedź była zaskakująca: – Stanąć w kontrze do niektórych, współcześnie obowiązujących rozwiązań – nie ma wątpliwości Filip Springer. – Za sto lat będziemy mieli bardzo poważne problemy. Ludzie będą borykali się z ogromnie zmienioną planetą i nieprzewidywalnym klimatem, niedoborami żywności, wody oraz energii. Aby oni docenili kogoś, kto żył w 2021 i rządził, musieliby dostać miasto przestrzenne infrastrukturalnie, przygotowane na możliwość zapewnienia im podstawowych środków do życia. Budowanie miasta, które idzie w kierunku takiej odporności, mogłoby być docenione pomnikiem.
wk

One Response to "Nowoczesne miasta, czyli jakie…"

Leave a Reply

Your email address will not be published.