
STALOWA WOLA. Omalże nie zabił kompana od kieliszka. Gdy obaj wytrzeźwieli, prawie padli sobie w ramiona, a prokurator nie chciał psuć tej komitywy.
Nietypowo rozwija się śledztwo ws. zranienia nożem 35-letniego mężczyzny podczas sobotniej imprezy w Stalowej Woli. Dwóch jej uczestników pokłóciło się ze sobą i stalowowolanin osunął się na podłogę z nożem w klatce piersiowej. O 5 lat młodszemu nożownikowi prokurator postawił zarzut m.in. narażenia człowieka na utratę życia. Jako jeden ze środków zapobiegawczych zastosował dozór policyjny.
Impreza w jednym z mieszkań bloku przy ul. Podleśnej była obficie zakrapiana. To nie nowość, bo sąsiedzi o tym mieszkaniu mówią „melina”, a policjanci też nie mają dobrego zdania. Gdy zabrakło alkoholu, lokatorka mieszkania wyszła po wódkę, a dwaj jej goście postanowili sobie wyjaśnić nieporozumienia. 30-latek pchnął nożem starszego kolegę od kieliszka i poczekał na przyjazd samochodów ratunkowych.
Nóż z piersi ofiary wyjęli ratownicy medyczni. Policjanci natomiast zamknęli umorusanego krwią po łokcie nożownika. Lekarze postawili na nogi pierwszego, a drugi miał z tym kłopot nawet na następny dzień. W chwili zatrzymania miał 3,5 prom. alkoholu. Gdy doszło do przesłuchań, drugi nic nie pamiętał, a o zranionym wypowiadał się w samych superlatywach. Pierwszy natomiast mówił, że nic się nie stało. Swego prawie zabójcę, też szanował. Przy ogólnej zgodzie i prokuratorowi pojaśniała twarz. Mógł do sądu wystąpić z wnioskiem o tymczasowy areszt, ale zastosował tylko wolnościowe środki zapobiegawcze. Drugim jest zakaz opuszczania kraju. I dobrze, bo jeszcze nam tylko ambasadorów z nożami brakuje.
jam


