
SANOK. Obdarty ze skóry kot leżał na ulicy.
Społeczne Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami w Sanoku walczy o dodatkowego miejskiego weterynarza. Miałby szczepić, sterylizować i leczyć ranne w wypadkach bezdomne psy i koty, które zdaniem obrońców praw zwierząt, nie mają obecnie zapewnionej wystarczającej opieki.
Na potwierdzenie tych słów Jolanta Tomasik, prezes STOnZ-u, przywołuje zdarzenie sprzed kilkunastu dni. – Na ulicy Feliksa Gieli samochód potrącił kota. Mieszkańcy wezwali na miejsce strażników miejskich. Funkcjonariusze kilka razy próbowali skontaktować się z weterynarzem, który na mocy umowy z sanockim magistratem świadczy usługi na rzecz bezdomnych zwierząt, niestety bezskutecznie – relacjonuje nasza rozmówczyni.
W końcu rannym kotem zajęły się wolontariuszki STOnZu. – Widok był makabryczny. Kot był w szoku – połamany i wystraszony. Gryzł, drapał, próbował uciekać, na pewno ogromnie cierpiał. Weterynarz nie przyjechał, musiałyśmy więc działać na własną rękę. Mieszkańcy pożyczyli mi rękawice, po jakimś czasie udało mi się go złapać. Strażnicy zawieźli kota do zaprzyjaźnionego z nami weterynarza, niestety, obrażenia okazały się zbyt duże i trzeba go było uśpić – relacjonuje Jolanta Tomasik, prezes STOnZ.
Tej samej nocy na ulicy Dmowskiego doszło do podobnego wypadku. – Częściowo obdarty ze skóry kot leżał na drodze. Wiedziałyśmy, że do pierwszego wypadku weterynarz nie przyjechał, dlatego pojechałyśmy na miejsce, aby pomóc – opowiada nasza rozmówczyni. Obrończynie zwierząt mówią, że to nie pierwszy raz, kiedy leski weterynarz nie przyjechał na miejsce wypadku.
Sanocki magistrat umowę na świadczenie usług z zakresu opieki nad bezdomnymi zwierzętami podpisał z Gabinetem Weterynaryjnym Karola Kusala z Leska. W rozmowie z Super Nowościami weterynarz odpiera zarzuty szefowej STOnZu. – O bernardynie słyszę pierwszy raz. Nikt mnie do niego nie wzywał. Jeśli chodzi o wcześniej przytoczone przypadki, to owszem, dostałem zgłoszenie o jednym kocie, którego potrącił samochód, ale kiedy jechałem na miejsce, strażnicy miejscy zadzwonili do mnie z informacją, że znalazł się właściciel kota, moja obecność na miejscu była więc zbyteczna – relacjonuje Karol Kusal.
Marek Przystasz, komendant Straży Miejskiej w Sanoku, zapytany przez nas o współpracę z miejskim weterynarzem zaprzecza, aby kiedykolwiek odmówił przyjazdu. Problemów nie stwierdził też sanocki magistrat.
Potrzebny dodatkowy weterynarz
Jolanta Tomasik uważa, że problem zapewnienia szybkiej pomocy bezdomnym zwierzętom rannym w wypadkach rozwiązałoby podpisanie przez sanocki magistrat dodatkowej umowy z miejscowym weterynarzem. – Pan Kusal ma podpisane umowy z wieloma gminami, nie zawsze może szybko dojechać do Sanoka. Umowa z miejscowym weterynarzem, który do wypadku może dojechać w kilkanaście minut rozwiąże więc sprawę – mówi Tomasik.
Problem w tym, że żaden weterynarz z Sanoka nie jest zainteresowany świadczeniem usług weterynaryjnych dla bezdomnych zwierząt. Tak przynajmniej twierdzi sanocki magistrat.
W gminie weterynarze dzielą się pracą
Gmina Sanok rozwiązała problem, podpisując umowę z czterema weterynarzami. I tak, bezdomne zwierzęta trafiają do schroniska w Lesku, dzikimi zwierzętami opiekuje się weterynarz z Bukowska, a sanoccy zapewniają doraźną opiekę – szczepią, sterylizują i jeżdżą do wypadków. Podobnie sprawę w Sanoku chcą rozwiązać obrończynie praw zwierząt.
Martyna Sokołowska



3 Responses to "Obrończynie zwierząt chcą dodatkowego miejskiego weterynarza"