Ocaleli z syberyjskiego piekła

Ocaleni Jan i Jadwiga Wróblowie już w czasach powojennych.
Ocaleni Jan i Jadwiga Wróblowie już w czasach powojennych.

W tym roku mija 76. rocznica pierwszej masowej deportacji Polaków na Syberię. Wśród ok. 200 tysięcy wywiezionych znalazła się rodzina Wróblów z Charytan w powiecie jarosławskim.

Mieli wygodny dom i duże gospodarstwo. Żyli zgodnie i dostatnio. Wszystko zmieniło się w ciągu jednej nocy – 10 lutego 1940 r. To wtedy do okna zapukał znajomy Ukrainiec. Koniecznie chciał porozmawiać z gospodarzami. Kiedy uchylili drzwi, do środka wpadli funkcjonariusze NKWD. Porozwalali łóżka, wyrzucili rzeczy z szaf. Potem zagonili domowników do jednego pokoju i oznajmili, że całą rodzinę wywiozą do Rosji. Dali im godzinę na spakowanie rzeczy.

– Babcia zemdlała, wszyscy podjęli taki płacz i lament, że trudno opisać. W tej panice pozbierali do worów i płacht pościel, ubrania, zboże i mąkę. Wszystko załadowali na dwa wozy, podstawione przez miejscowych Ukraińców – opowiada Maria Podgórska z Sołonki koło Rzeszowa, z domu Wróbel.

Pani Maria urodziła się kilka lat po wojnie, ale o tym, co działo się 76 lat temu, wie z opowiadań rodziców: Jana i Jadwigi Wróblów oraz wspomnień cioci Agnieszki. By ocalić przed zapomnieniem historię rodzinnej poniewierki, pani Maria zachęcona przez Mieczysława Piekarza, pracownika Biblioteki Uniwersytetu Rzeszowskiego, postanowiła podzielić się nią z Super Nowościami.

Ponad miesiąc w drodze na nieludzką ziemię
Kiedy Wróblowie z sowiecką eskortą wjechali na drogę prowadzącą do Laszek, dołączyły do nich wozy z rodzinami innych Polaków. Wygnańcy dotarli na stację kolejową w Bobrówce. Wystraszonych i spłakanych ludzi Sowieci załadowali do wagonów bydlęcych. Wywożeni z Charytan, Laszek, Miękisza, Dresiny i Surmaczówki łapali po jednym tobołku ze swoich wozów. Resztę dobytku przygotowanego w pośpiechu na długą drogę musieli zostawić. Nierozpakowane wozy odjeżdżały w dal z chciwymi woźnicami.

Na granicy z Rosją Sowieci rozkazali Polakom przesiąść się do szerszych wagonów z małymi okienkami. Zaryglowali wejścia. Otwierali je na postojach, co drugi dzień. Wtedy dawali zesłańcom wiadro gotowanej kaszy, wodę i opał do żelaznego piecyka na środku wagonu. Opał szybko się kończył. Panował ziąb i zaduch. Stłoczeni ludzie zaczęli chorować. Jadwiga Wróbel parząc kawę mocno oparzyła sobie nogę. Choć rana była rozległa, zagoiła się. Nikt z eskortujących nie przejmował rozpaczliwymi jękami i prośbami o pomoc. Wielu starców i dzieci nie przetrwało podróży. Na postojach żołdacy wywalali zmarłych bez żadnego szacunku w śnieg, upiornie znacząc trasę wywózki.

W tak nieludzkich warunkach Polacy jechali przez około 4 tygodnie aż do Omska na Nizinie Zachodniosyberyjskiej, przy ujściu rzeki Om do Irtyszu. Kolejne 2 tygodnie Sowieci transportowali ich wciąż dalej i dalej samochodami z budami, a w najgłębsze syberyjskie ostępy już saniami. Dotarli do Tiwrizu, a stamtąd do specposiołku – osady w głębi tajgi przeznaczonej dla cywilnych skazańców – Biały Jar. Deportowani zostali rozlokowani w obskurnych barakach.

– Nasza rodzina to w sumie było to osiem osób: dziadkowie Karolina i Jan Wróblowie, ich dzieci: 18-letnia Agnieszka, 15-letni Franek i 11-letnia Julia, a także mój ojciec Jan, czyli najstarszy syn Wróblów, ze swoją rodziną: żoną Jadwigą i 4-letnią córką Janiną. Wszyscy razem dostali tylko jedną izbę. Było im ciasno. Wieczorem, kiedy robiło się cieplej, ze wszystkich szczelin wychodziły karaluchy, pchły i pluskwy. Mama opowiadała mi, że robactwo obsiadało moją śpiącą siostrę Jańcię i gryzło ją niemiłosiernie – opowiada pani Maria. – Dopiero w lecie, kiedy część mężczyzn zatrudniono do budowy nowych baraków, dziadkowie z trójką młodszego rodzeństwa mojego ojca dostali oddzielne mieszkanie.

Zaraz trzeciego dnia po przyjeździe deportowani dowiedzieli się, że będą pracować przy wyrębie potężnej tajgi. Dostali waciaki i narzędzia, które musieli… spłacać. Podzielono ich na kilkunastoosobowe brygady. – Do roboty z naszej rodziny szli: moi rodzice, siostra taty, Agnieszka i brat, Franio. Babcia Karolina i dziadek Jakub ze względu na wiek nie mieli obowiązku pracować, zajmowali się więc swoją najmłodszą córką Julą i wnuczką, czyli moją starszą siostrą, Jańcią – opisuje pani Maria. – Moi rodzice ścinali pnie drzew na kloce, a Agnieszka i Franio obcinali konary i palili. Wycięte kloce zwoziło się przy pomocy koni na brzeg Irtyszu i układało w potężnych stosach na dwa metry wysokości. Wiosną, kiedy lody ruszyły, przypływała po nie barża, na którą trzeba było wszystko załadować. Taki załadunek trwał dzień i noc. Ręce pracujących puchły tak, że nie mogli potem łyżki utrzymać.

Jan Wróbel (stoi drugi od lewej) i brat Franciszek wydostali się z sowieckiej niewoli razem z wojskiem. Żona Jana wróciła do Polski dopiero latem 1946 r.
Jan Wróbel (stoi drugi od lewej) i brat Franciszek wydostali się z sowieckiej niewoli razem z wojskiem. Żona Jana wróciła do Polski dopiero latem 1946 r.

Nad dyscypliną wśród zesłańców czuwał Rosjanin, Osienko, który eskortował ich przez całą drogę z Bobrówki aż do tajgi. Polscy skazańcy…

…nazywali go czarnym diabłem.
W obozie nie wolno było modlić się, ani wieszać świętych obrazów w barakach. Zakazane były spotkania w grupach. Na wszystkie pytania należało odpowiadać „charaszo” (z ros. dobrze).

Przed wymarszem do roboty karmiono ich co rano lichą zupą i czarnym, gliniastym chlebem. Racje były głodowe. Po powrocie do obozu wyrobnicy dostawali zupę rybną, gdzie oprócz ości nie można było znaleźć warzyw. Ludzie chorowali na tyfus i malarię. Powszechna była tzw. kurza ślepota (słabe widzenie po zmroku powodowane niedoborem witaminy A). Cierpieli na nią i Jan Wróbel i jego siostra Agnieszka.

Zima na Syberii trwała 9 miesięcy, a temperatura spadała nawet do ponad minus 40 stopni Celsjusza. Podczas pracy ludzie brnęli po pas w śniegu. Do obozu wracali przemoknięci i zmarznięci. Przez noc musieli wysuszyć waciaki i buty, bo rano znów ruszali do roboty. Ta była ponad siły niedożywionych ludzi. Często zdarzały się wypadki.

– Kiedyś potężny konar spadł na ciocię Agnieszkę. Straciła przytomność. Z rozbitą głową wylądowała w balnicy – lecznicy. Leżała dwa tygodnie. Rana na szczęście wygoiła się Później jeszcze skaleczyła się siekierą w prawą nogę i znów trafiła do lecznicy – relacjonuje pani Maria. – Mała Jańcia rozchorowała się na malarię. Przez miesiąc leżała w gorączce. Na szczęście dziadkom za kawałek sukna udało się zdobyć żółty proszek – chininę, dzięki której dziecko wyzdrowiało.

Latem Rosjanie wywieźli młodszych mieszkańców do sianokosów. W obozie pozostali tylko starcy i dzieci. Jako że nie pracowali otrzymywali najniższe, niepozwalające na przeżycie przydziały chleba. Babcia co mogła oddawała dziewczynkom. Była coraz słabsza, w końcu starszy, schorowany organizm nie wytrzymał. – Moją mamę oddelegowano w jakiejś sprawie do obozu, więc pospieszyła do obozowego domu. Tu dowiedziała się, że babcia nie żyje, a dziadek był spuchnięty z głodu. Mama nie wróciła już do sianokosów. Musiała ratować dziadka Jakuba od śmierci głodowej. Ktoś musiał też zadbać o dziewczynki. Przekazała wiadomość o śmierci babci tacie na deszczułce, bo nie miała nawet kawałka papieru – przypomina pani Maria.

Kiedy do obozu dotarła wiadomość, że Polacy są wolni [rezultat układu Sikorski-Majski zawartego 30 lipca 1941 r.], zapanowała wielka radość. Wszyscy zesłani chcieli jak najszybciej znaleźć się bliżej ojczyzny. Oczywiście o organizacji transportów z tajgi do Polski nie było mowy. – Mój tata zbudował sanki i gdy zamarzł Irtysz, wyruszyli. Dziennie przemierzali około 20 km. Szli wzdłuż rzeki, by nie zabłądzić. Po drodze zatrzymywali się w osadach prosząc o posiłek i nocleg. Nigdy nie spotkali się z odmową. Tak pokonali około 700 km. We wsi Stara Lubina zatrudnili się w kołchozie. Dostali pokój z kuchnią i po 10 kilogramów mąki na rodzinę – opowiada Maria Podgórska.

Nie mogli spokojnie podreperować sił i ducha. – Za niedługo przyszła powiestka – z rosyjskiego wezwanie – i zabrali mojego ojca oraz jego brata, Frania do wojska do Sielc nad Oką. Obaj przeszli cały szlak bojowy od Oki po Łabę w II Dywizji im. Jarosława Dąbrowskiego.

Na zesłaniu aż do 1946 roku
Kobiety, dzieci i dziadek Jakub pozostali w kołchozie. – Ciocia Agnieszka pracowała przy uprawie warzyw, skąd po kryjomu przynosiła je dla młodszej siostry i bratanicy. Rosjanka, u której zamieszkała moja mama, użyczyła jej maszyny do szycia, mama szyła wszystkim ubrania. W zamian za to dostawała jedzenie. Zimą zachorowała na żółtaczkę, lekarka skierowała ją do szpitala, ale mama bała się rozdzielić z małą Jańcią. Za radą miejscowych sporządziła nalewkę z samogonu z łupinami z ogórków. Tym udało się jej wyleczyć – wspomina pani Maria.

O zakończeniu wojny Janina Wróbel dowiedziała się z listu od męża, który po zdemobilizowaniu wrócił z bratem w ojczyste strony. Reszta rodziny Wróblów dotarła do Polski dopiero latem 1946 roku. Najpierw zostali zawiezieni do Poznania, stamtąd Janina i jej teść z rodziną wrócili na południowy wschód. – Jadąc furmanką przez most na Sanie mama wrzuciła do rzeki kuferek z rzeczami z Sybiru, aby jak najszybciej zapomnieć o strasznych przeżyciach – opowiada pani Maria. – Moi rodzice zostali na stałe w Duńkowicach, u rodziny ze strony mojej mamy, a dziadek Jakub wrócił do Charytan. Po jego dużym gospodarstwie nie było śladu. Dom przerobiono na świetlicę, a majątek rozgrabiono. Odzyskał tylko jedną krowę i przydzielono mu obejście po przesiedlonych Ukraińcach.

W kraju rodzina Jana i Jadwigi powiększyła się o: Edwarda, Karolinę i Marię. Jańcia poszła do szkoły. Rodzeństwo Jana pozakładało rodziny. Ocaleli z syberyjskiego piekła. Może pomogły w tym gorące modlitwy, jakie babcia Karolina szeptała z niezachwianą wiarą i ufnością, ściskając w ręce medalik każdego dnia tułaczki aż do śmierci głodowej…

Beata Sander

Leave a Reply

Your email address will not be published.