Od 60 lat narażają życie, by ratować innych

EDWARD MARSZAŁEK,
mgr prawa, dr n. leśnych, ratownik ochotnik w Grupie Bieszczadzkiej GOPR (obecnie w stanie pozasłużbowym), rzecznik prasowy Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie, przewodnik beskidzki, prezes Stowarzyszenia Kulturalnego „Dębina” w Krościenku Wyżnym, redaktor naczelny miesięcznika „Dębina”. Kolekcjoner, artysta, autor i redaktor kilkuset artykułów oraz wielu książek m.in.: „Las pełen zwierza”, „Wołanie z połonin”, „Od siekiery, czyli wstęp do toporologii”, „Leśne opowieści z Beskidu”, „Leśne ślady wiary”, „Lutek, co miał szałas na połoninie”, „Leśnymi ścieżkami świętych Pańskich”. Fot. Archiwum

16 grudnia 1961 r. w księdze interwencji bieszczadzkiej grupy GOPR pojawił się pierwszy zapis. Informował o 19-latce, która w trakcie treningu narciarskiego uszkodziła nogę. Ratownik opatrzył ją i odprowadził do szosy, skąd odjechała… furmanką do szpitala. Kolejne karty zaczęły zapełniać o wiele bardziej poważne, a nierzadko dramatyczne relacje z górskich akcji. O tym, z jakimi ekstremalnymi trudnościami od 60 lat mierzą się bieszczadzcy ratownicy opowiada EDWARD MARSZAŁEK, dr n. leśnych, ratownik ochotnik w Grupie Bieszczadzkiej GOPR i rzecznik Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych.

– Swoją przygodę z GOPR-em zaczął Pan dość nietypowo…
– Nieco inaczej niż moi koledzy w tamtym czasie, bo na akcje ratunkowe chodziłem, zanim jeszcze przystałem do GOPR. Mieszkałem w Mucznem, gdzie kolega leśnik, Antoni Derwich, prowadził punkt ratunkowy. Gdy trzeba było, szedłem z nim w góry. Zwyczajowo takim nie-ratownikom za każdy udział w akcji Naczelnik Grupy przesyłał pisemne podziękowanie. Wreszcie kiedyś kolega Antoni powiedział mi, żebym „złożył papiery do GOPR, to grupa oszczędzi na papierze”, a ja będę chodził na robotę „bez łaski”. No i złożyłem. To było w 1985 roku, a po upływie stażu kandydackiego złożyłem też przyrzeczenie. I od tej pory robiłem to już „bez łaski”.
– Liczył Pan, ilu osobom uratował życie?
– Jeden taki przypadek na pewno mogę sobie zaliczyć, bo to było rzeczywiste przywrócenie czynności życiowych – zdarzyło się, choć akurat nie w górach. Brałem też udział w akcjach, w których odnalezione osoby mogły mówić o ocaleniu życia. Ale ja nie jestem dobrym materiałem na bohatera, wielu moich kolegów ma na koncie prawdziwe ratownicze wyczyny w sytuacjach ekstremalnych. Oczywiście mam swoje powody do satysfakcji z działalności w górach, jednak wciąż odnoszę wrażenie, że więcej GOPR dał mi powodów do osobistych radości, niż ja sam wniosłem do tej organizacji.
– A sam potrzebował Pan kiedyś pomocy?
– Zdarzyły mi się przed laty takie sytuacje, że gdybym miał możliwość, pewnie wtedy prosiłbym GOPR o pomoc. Ale to było w „czasach przedkomórkowych”, musiałem sobie samemu poradzić – i całe szczęście – skończyło się na dużym strachu. Tamte zdarzenia sprzed lat sprawiają, że jestem bardziej wyrozumiały dla ludzi bezrozumnie pchających się w kłopoty w górach. Wiem, że do pewnych mądrości dochodzi się tylko przez doświadczenie. Ważne, żeby nie było to doświadczenie ostatnie.
– Którą z górskich akcji wspomina Pan szczególnie?
– Chyba najmocniej wciąż siedzą we mnie te pierwsze, nim jeszcze byłem w GOPR. Jedną z najtrudniejszych opisałem w „Drugim wołaniu z połonin” w rozdziale „Noc na Bukowym”. W ciężkich warunkach zimowych, nocą, szukaliśmy pięciu młodych chłopaków, w większości moich rówieśników. Szczęśliwie się to skończyło, choć z wielką dramaturgią, szpitalem i odmrożeniami u poszukiwanych. Natomiast trudno mi zapomnieć o tragicznym zdarzeniu z tamtej zimy, gdy życie stracił kolega leśnik… Wspominam też udzielanie pomocy drwalowi na zrębie, gdy przypadek sprawił, że znalazłem się na miejscu we właściwym czasie i mogłem pomóc. Kilka było takich sytuacji o sporej dramaturgii, wszystkie z lat 1981 – 1987, gdy pracowałem jeszcze w Bieszczadach, zostało mocno w pamięci.
– W tamtych czasach można było pomarzyć o dzisiejszym sprzęcie, a co dopiero gdy królowały słynne bambusy i ratownicy startowali ze swoją działalnością…
– Miałem szansę ćwiczyć jeszcze transport w bambusie i być niesionym „na salceson” przez kolegów. Ale to tylko szkoleniowo, bo bambus nie był już wykorzystywany w praktyce. Do zwózki służył wtedy wózek alpejski, a zimą akia. Tyle tylko, że wtedy jeszcze w góry się naprawdę chodziło. Trudno dziś wyobrazić sobie czasy, gdy ratownicy dyżurni w Ustrzykach Górnych nie mieli do dyspozycji żadnego samochodu, no chyba że ktoś prywatnym był na dyżurze. Zdarzało się, że do transportu osoby poszkodowanej używano samochodu do przewozu drewna, autobusu kursowego lub furmanki z parku konnego. To brzmi dzisiaj jak bajka, ale tak było. Cudem techniki były uaz komandorka oraz słynna blaszanka mogąca zabrać na pokład nieskończoną liczbę ratowników i dowieźć ich dość daleko w góry. Na szczęście była w miarę dobra łączność radiowa, a przy dobrej pogodzie możliwość wezwania śmigłowca. Ale rewolucję w transporcie oraz sprawności dotarcia do poszkodowanych zrobiły dopiero czterokołowce, pozwalające wjechać wprost na połoniny, no i oczywiście współpraca ze śmigłowcem, która w ostatnich czasach mocno się rozwinęła. Do praktyki i to z sukcesami wchodzą drony… Mocno zmieniła się też technika poszukiwań osób zagubionych w górach, coraz rzadziej chodzi się tyralierą pokrzykując „hop-hop!”. Poszukiwani najczęściej podają już swoje położenie przez telefon komórkowy lub poprzez aplikację „Ratunek”.
– Pamięta Pan, kiedy telefony komórkowe zawitały w Bieszczady?
– Akurat byłem na akcji, gdzie po raz pierwszy w historii naszej Grupy komórka uratowała życie turysty. To był luty 1997 roku, a poszukiwany czekał gdzieś w lesie w paśmie Bukowicy. Trwało załamanie pogody, śnieg i lód wbijały się pod powieki. Wtedy właśnie kontakt poprzez niesioną przez turystę w plecaku „cegłę” sprawił, że akcja w ogóle ruszyła i zakończyła się szczęśliwie dla zaginionego. Dla wielu to już dziś prehistoria, bo komórka spowszedniała, ale wtedy pisały o tym wydarzeniu wszystkie gazety w regionie.
– A które z opowieści kolegów przeniesionych na karty „Wołania z połonin” zrobiły na Panu największe wrażenie?
– Na pewno te z pierwszych lat działania Grupy, bo one mają w sobie zupełnie inny smak niż współczesne. Pamiętam, jak Oldek Czeczott opowiadał mi w swoim warszawskim mieszkaniu o wyprawie „Po filmowców z Trampa” (I tom „Wołania”). Dla mnie to była niesamowita egzotyka, sięgająca czasów, gdy Bieszczady były rzeczywiście bezludne. Trudno też zapomnieć o historii „Siedzącego w sianie”, czyli narciarza, który złamał nogę na stoku Szerokiego Wierchu. Czekał w kopie siana, aż nadejdzie pomoc, ale przez te dłużące się godziny wymyślił protezę nogi! Potem, jako pracownik naukowy politechniki, ten pomysł zrealizował. Mocno też zapadły w pamięć opowieści o zdarzeniach tragicznych, śmierci od piorunów, czy katastrofie śmigłowca ekipy filmowej magazynu „997”.
– Niełatwą pracę ratowników dokumentują też archiwalne fotografie zebrane w albumie „Ludziom i górom” (Wyd. Ruthenus) pod Pana redakcją…
– Wiele z nich po raz pierwszy ujrzało światło drukowanej kartki. Album „Ludziom i górom” to w dużej mierze praca zbiorowa, to szukanie koncepcji dla tej publikacji, zbieranie motywów i zdjęć. Tu wielką pomocą służył nasz znakomity kolega, Jan Jarosiński, członek honorowy GOPR oraz „chodząca encyklopedia” naszej Grupy. I to, co Janek zgromadził, to prawdziwe unikaty, pokazujące klimat minionej epoki. Takich obrazków nie da się już powtórzyć, bo są to już inni ludzie, inne ratownictwo, choć niby góry te same. Ale udało się dotrzeć do zdjęć leżących przez dziesięciolecia w archiwach rodzinnych, jak również zdobyć setki bardziej współczesnych fotek od ratowniczej młodzieży. To znamienne, że przed laty na akcjach raczej nikt zdjęć nie robił, natomiast dziś to niemal oczywistość i dokumentacyjny obowiązek. Stąd obecnie duża łatwość uzyskania obrazków z gór i to z różnych dramatycznych okoliczności.
– Album jest wydawnictwem jubileuszowym…
– Taki był zamysł, żeby historia zawarta w kadrach zdjęciowych trwała. Dotarła do wszystkich ratowników oraz ich rodzin ku pamięci. Album jest poświęcony „Ludziom gór i samym górom”, jak głosi przesłanie ze strony tytułowej. Na szczęście wydawca zrobił sporą nadbitkę nakładu i okazało się, że jest to bardzo „sprzedajna” książka, a co ciekawe, zdobyła ona jedną z głównych nagród w 6. Międzynarodowym Konkursie na „Najlepsze wydawnictwa o górach”, który odbył się w ramach 24. Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie. Jesienią tego roku miałem zaszczyt uczestniczyć w gali rozdania nagród. Radość była tym większa, że jedno z wyróżnień otrzymała też moja książka „Lutek, co miał szałas na połoninie”.
– No właśnie, słynny gospodarz „Chatki Puchatka” kiedyś konno „patrolował” górskie szlaki. Nie sposób nie wspomnieć jego wkładu w historię bieszczadzkiego GOPR-u.
– Lutek Pińczuk niesie na sobie całą historię turystyki w Bieszczadach. Można śmiało powiedzieć, że jest jej symbolem. Dla bieszczadzkich turystów oraz goprowców pozostaje niekwestionowanym autorytetem. Ale wspominając o nim, trzeba powiedzieć, że był rzeczywistym prekursorem turystyki konnej w górach i jednym z pierwszych psiarczyków w GOPR, czyli przewodnikiem psa ratowniczego. Jego pies Prut należał do goprowskiej elity, miał na koncie bardzo udane akcje. Zresztą Lutek był swego czasu najaktywniejszym spośród ratowników ochotników, zaangażowany nawet w pierwszą dyżurkę pod Tarnicą, którą sam zbudował w 1972 roku. Bieszczady i miłośnicy tych gór bardzo wiele mu zawdzięczają. Dla mnie to osobisty zaszczyt i satysfakcja, że mogłem spisać opowieść o tym niepowtarzalnym egzemplarzu bieszczadnika w książce „Lutek, co miał szałas na połoninie”.
– Na kartach 60-letniej historii grupy zapisało się także wielu innych zasłużonych ratowników. Które nazwiska są szczególne?
– Na pewno Karol Dziuban, pierwszy naczelnik i tak naprawdę organizator Grupy. To jego staraniem i pomysłem działalność ratownicza mogła się rozwijać w czasach bardzo trudnych, wręcz siermiężnych. Ale mimo wielu trudności umiał tchnąć niesamowitego ducha w tamtą młodzież, skupić wokół siebie znakomitości turystyczne, ale też umiejętnie sięgnąć po leśników z terenu Bieszczadów, bo oni byli przecież na miejscu. Na pewno trzeba wspomnieć dwóch leśniczych: Kazimierza Hartmana i Kazimierza Osieckiego – obydwaj z ratownictwem zetknęli się w 1958 roku w czasie pamiętnego kursu dla leśników, a do GOPR wstąpili w 1961 roku. Wśród weteranów na pewno jest też Wojomir Wojciechowski, przed laty nadleśniczy w Lutowiskach. W latach 60. i 70. ubiegłego wieku średnio 7 – 8 pracowników jego nadleśnictwa należało do GOPR. Wśród nich byli m.in. Tadeusz Zając czy Kazimierz Aurzadniczek, słynny „Ruina”. Bardzo wiele do GOPR wniósł Antoni Derwich, pracujący kolejno w nadleśnictwach Dukla, Lutowiska i Stuposiany, a następnie w Bieszczadzkim Parku Narodowym. Zawsze w swej leśniczówce prowadził punkt ratunkowy, zawsze też był wśród najaktywniejszych, jeśli chodzi o liczbę akcji w górach… Trudno wymienić wszystkich. Kiedyś liczyłem, że ratowników z leśnym rodowodem było około 30.
– Dziś chlubą GOPR-u, o której słyszy się także poza Podkarpaciem, jest m.in. Dominik Jagieła. Wsławił się m.in. tym, że obiegł Mont Blanc…
– To też leśnik, pracuje w Nadleśnictwie Dukla, bardzo młody, ale jako goprowiec niezwykle już doświadczony i zasłużony. Wielokrotny zwycięzca zawodów ratowniczych, uczestnik ultramaratonów, w których święcił spore sukcesy. Znam Dominika od 10 lat i widzę, że ma wielkie serce do lasu, ale duszę zaprzedał górom. Cieszę się, że potrafi łączyć te dwie pasje z pożytkiem dla lasu i ludzi.
– Wspominamy nazwiska, wspomnijmy też miejsca… Wielu współczesnych turystów może np. nie wiedzieć, że niegdyś pod Tarnicą funkcjonowała dyżurka ratowników. Z kolei ślady po ich siedzibie w dawnej „Chatce Puchatka” znajdziemy w sanockim skansenie…
– Po dyżurce pod Tarnicą została dziś nazwa Przełęczy Goprowskiej, wpisana oficjalnie jako urzędowa na mapy. Tamten namiot wśród gór był tak niepowtarzalnym, wakacyjnym zjawiskiem, że wielu miłośników Bieszczadów jego braku wciąż nie może wybaczyć. Natomiast dyżurka w Sanockim MBL została odtworzona głównie staraniem Jaśka Jarosińskiego jako ta pierwsza wersja, sprzed ponad 20 lat. Stąd właśnie stary sprzęt łączności, archaiczna szafa wyprawowa i koza, służąca do ogrzewania tego skromnego pomieszczenia, które w rzeczywistości było jeszcze mniejsze niż jego skansenowska rekonstrukcja. Na szczęście, ocalało sporo eksponatów, które dziś u turystów sprzed lat, a zwłaszcza ratowników pełniących tam kiedyś dyżury, przywołają krocie wspomnień…

Rozmawiała Aneta Jamroży
…………………………………………..
Druga część rozmowy już w poniedziałkowym numerze „Super Nowości”.

4 Responses to "Od 60 lat narażają życie, by ratować innych"

Leave a Reply

Your email address will not be published.