
II LIGA. Rozmowa z SZYMONEM GRABOWSKIM, trenerem Apklan Resovii.
– Jakie uczucia towarzyszą Panu po pierwszej części sezonu?
– Pozytywne. Z optymizmem spoglądam w przyszłość.
– A nie myśli Pan o tym, że gdybyście „odpalili” wcześniej, bylibyście dziś w zupełnie innym miejscu?
– Inaczej do tego podchodzę. Pierwsze mecze rozczarowywały, jeśli chodzi o wyniki. To spowodowało, że przeszliśmy przyspieszony kurs drugiej ligi, sprawnie reagowaliśmy i wyciągaliśmy wnioski. Okazaliśmy się pojętnymi uczniami. Gdyby nie falstart, być może nie byłoby późniejszej serii zwycięstw.
– Długo czekaliście na przełamanie. Po raz pierwszy wygraliście w ósmej kolejce.
– Po meczu z Błękitnymi Stargard kamień spadł mi z serca. Byłem przekonany, że to co robimy na treningach musi w końcu przynieść skutek w postaci trzech punktów. Ale oczywiście różne myśli kołatały mi się po głowie. Nie podobało mi się to, co widziałem, rozumiałem frustrację kibiców. W tym niełatwym okresie otrzymałem ogromne wsparcie od piłkarzy, którzy nie marudzili tylko jeszcze bardziej przykładali się do pracy. To mnie podtrzymywało na duchu i nakręcało do działania.
– Nie korciło Pana, żeby porzucić własną filozofię i postawić na prostszy model gry?
– Nie było takiej potrzeby, bo graliśmy całkiem dobrze. Brakowało wykończenia, czasem łutu szczęścia. Zresztą już panu tłumaczyłem, że obecna Resovia lepiej czuje się w ofensywie niż w obronie.
– Kto jest największym wygranym tej rundy? Moim zdaniem Kamil Antonik, wyrwany z IV-ligowego niebytu, Mateusz Geniec, który zabrał miejsce Mateuszowi Kantorowi i grający ofensywnie, jak przystało na nowoczesnego bocznego obrońcę, Rafał Mikulec.
– Zgoda. To zawodnicy, którzy mimo młodego wieku, stali się wiodącymi postaciami Resovii. Kamil Antonik to w ogóle nasz najlepszy ofensywny piłkarz. Zapomniał pan jednak o Darku Frankiewiczu, który po słabszym początku wyrósł na postać niemalże nie do zastąpienia. Oby mu zdrowie dopisywało.
– O nim chciałem porozmawiać w dalszej kolejności. „Franek” był absolutnym liderem, dyrygentem drużyny. Ciekawe, że nie zawsze było wam z sobą po drodze.
– Darek na początku sondował, na ile może sobie pozwolić w relacjach ze mną. Różniliśmy się, ale to wszystko było w granicach profesjonalnego podejścia do tematu. Pewnie nie raz i nie dwa użyłem mocnych słów, lecz prawda jest taka, że w szatni potrzeba charakternych zawodników. Musi być iskra, żeby zapłonął ogień. Moje relacje z drużyną są takie, jakie chciałem, żeby były. Nie jestem kolegą, ale nie jestem też tyranem. Wydaje mi się, że znalazłem złoty środek. Świadczą o tym atmosfera w szatni i wyniki.
– Niemal w każdym meczu stwarzaliście sporo sytuacji, ale skuteczność pozostawiała do życzenia. To tutaj tkwią największe rezerwy?
– Nie wiem czy największe, ale mając tak szybkich skrzydłowych, stać nas z przodu na dużo więcej.
– Warto poświęcić kilka słów Sebastianowi Zalepie. Był po kontuzji, ale zaryzykowaliście, podpisaliście z nim umowę i dobrze na tym wyszliście.
– To klasyczna sytuacja, gdzie wygranymi są obie strony. Seba nie miał za dużo propozycji z klubów szczebla centralnego, my też nie do końca wiedzieliśmy, jak to jest z tym jego zdrowiem. Zyskaliśmy jednak bardzo doświadczonego zawodnika, który szybko zaczął rządzić w defensywie. Wszedł do zespołu z przytupem, z miejsca zdobył zaufanie chłopaków i kibiców. Cieszę się, że zostanie z nami przynajmniej przez następne pół roku.
– Mówiąc o trudnym początku, trzeba wspomnieć o pechu. U Damiana Barszczaka wykryto chłoniaka skóry, Dawid Kwiek i Mateusz Świechowski musieli się poddać operacji. To byli ważni zawodnicy w Pana układance.
– Brakowało ich. Na szczęście rokowania są optymistyczne. Damian zaczął się ruszać, jeśli ostatnie wyniki się potwierdzą, w styczniu dołączy do zespołu. Dawid i Mateusz rehabilitują się i zapewniają, że ich leczenie przebiega wręcz książkowo. Jeśli wiosną będą do dyspozycji, rywalizacja o miejsce w składzie nabierze rumieńców.
– Wasze mecze oglądali trenerzy innych klubów i przeróżni skauci. Nie boi się Pan rozbioru drużyny?
– W sumie to jedna wielka niewiadoma… Dochodzą nas słuchy, że nasi piłkarze spodobali się tu i ówdzie, ale konkretów nie ma. Największy znak zapytania dotyczy Rafała Mikulca. Zobaczymy, czy wróci z wypożyczenia do Puszczy Niepołomice, trafi do całkiem innego klubu czy też zostanie w Resovii. Żadnej z tych opcji nie można wykluczyć.
– A co z nowymi piłkarzami?
– Zależy nam, by wzmocnić kręgosłup drużyny. Szukamy więc środkowego obrońcy, środkowego pomocnika i napastnika. Przegrany mecz z Gryfem w Wejherowie pokazał, że brakuje nam wartościowych zmienników. Poza tym trzeba dmuchać na zimne, bo po okresie przygotowawczym na boisku ze sztuczną trawą, mogą pojawić się problemy ze zdrowiem.
– Podoba się Panu druga liga?
– Owszem. To przedsionek do dobrej piłki, bez porównania z trzecią. Druga liga to dalekie wyjazdy i znane firmy, jak Widzew Łódź czy Ruch Chorzów. Inne są też poziom wyszkolenia zawodników, umiejętności taktyczne drużyn, zainteresowanie rozgrywkami ze strony mediów. Dostrzegam same plusy.
– Jesteście typowym średniakiem. Od czołówki dzieli was tyle samo punktów, co od miejsc zagrożonych spadkiem. O co będziecie walczyć wiosną?
– O to, żeby jak najszybciej zapewnić sobie utrzymanie. Choć wszystko zweryfikuje początek rundy i spotkania z Górnikiem Łęczna, Elaną Toruń i Widzewem. Myślę, że nasze cele mogą się zmieniać. Jeśli nie będzie szans na awans, to spojrzymy w stronę programu Junior Pro. Dobrze pan usłyszał. Nie wykluczam, że Resovia będzie wygrywać i postraszy faworytów (śmiech).
– Przegraliście w Rzeszowie tylko jeden mecz, ale średnia frekwencja na poziomie 800-900 osób na kolana nie rzucała. Co z tymi kibicami?
– Spodziewałem się, że na nasze mecze będzie chodzić więcej ludzi. Pewnie wszyscy mogliśmy zrobić więcej, począwszy od piłkarzy i klubu, który jest gospodarzem wydarzenia. W weekend w dużym mieście nie brakuje rozrywek. Drugoligową piłkę nożną trzeba ubierać w atrakcyjne szaty, inaczej nie pozyskamy nowych fanów.
– Gdy rozmawialiśmy po awansie, cieszył się Pan, że o Resovii usłyszy cały kraj. Udało się dzięki Pucharowi Polski.
– Mecz z Lechią Gdańsk to było święto. Wypełnione trybuny, transmisja telewizyjna, dobre widowisko. Wszyscy w klubie zebraliśmy bezcenne doświadczenie, zacieśniliśmy też kontakty z ekstraklasą. Jakiś czas później przedstawiciele Resovii zostali zaproszeni do Gdańska na spotkanie Lechia – Jagiellonia Białystok. Jak się uczyć, to od najlepszych. Puchar Polski stwarza ogromne możliwości. W następnej edycji też chcemy się pokazać z dobrej strony.
– Na koniec muszę spytać, jak układa się współpraca z miastem? Pamiętamy, że z tym bywało różnie…
– Nie jestem najbardziej kompetentną osobą, żeby zabierać głos w tej sprawie, ale wydaje mi się, że współpraca jest OK. Oczywiście chciałoby się więcej. Miasto mogłoby np. pomóc w wynajęciu stadionu na korzystniejszych zasadach, żebyśmy mogli tam częściej trenować. W Resovii sporo się zmieniło, ale wiadomo, że nam się nie przelewa.
Rozmawiał Tomasz Szeliga



2 Responses to "– Okazaliśmy się pojętnymi uczniami"