Osiemnastka w cieniu wojny

Olga z babcią tuż po przyjeździe do Polski. Fot. arch. prywatne

Weszła w dorosłość w bardzo dramatycznych okolicznościach. Na oddziale onkologicznym, w Kijowie, w 4. dniu wojny. Uciekła do Polski, która miała być przystankiem w podróży do Włoch. Klinika jednak już na nią nie czeka. Odkąd skończyła 18 lat, nie kwalifikuje się do leczenia w szpitalu dla dzieci. Olga nie świętowała „18.” Nie było życzeń, gratulacji, ani gości. Bo schron to nie miejsce na celebrowanie takich chwil. Ludzie o wielkich sercach postanowili to zmienić.

Ta historia ma wielu bohaterów, których wielkie działania i małe gesty sprawiły, że Olga oraz jej babcia znalazły schronienie w Rzeszowie.
Pierwszą z nich była pani Yulia Sanko. Jeszcze miesiąc temu współpracowała z oddziałem onkologicznym kijowskiego szpitala oraz włoską kliniką. Miała zamiar wybudować w stolicy szpital na wzór zachodniego. Ale wojna wszystko zrujnowała. Zamiast o planach, Yulia myślała, jak wydostać ze stolicy małych pacjentów i pojechała prosić o miejsce, gdzie mogliby kontynuować leczenie.
Polska miała być tylko punktem przystankowym. Dotarła tu z mężem i własnym dzieckiem. Gdy zachorowało, zatrzymali się w Rzeszowie, by znaleźć aptekę. Los skierował ich do tej przy ul. Sikorskiego. Tak poznali panią Aleksandrę Czajkę-Pisz, właścicielkę apteki przy ul. Sikorskiego. Yulia opowiedziała jej o ewakuacji chorych na raka z Ukrainy. A potem zapytała, czy poleci im nocleg na jedną noc. Polka otworzyła przed nimi drzwi własnego domu. Rodzina spędziła u niej 3 dni. Na wszelki wypadek wymienili się numerami telefonu.

Od dyrektora do pana Józia

Jedną z pacjentek szpitala, z którym współpracowała Yulia Sanko, była Olga. Sierota wychowywana tylko przez babcię. Przed kilkoma miesiącami nastolatka usłyszała straszną diagnozę – zmiana nowotworowa.
Kiedy Rosjanie postanowili „walczyć” również z chorymi w szpitalach, dziewczyna była już bardzo osłabiona. Nie miała sił schodzić do schronu. Potrzebowała dalszego leczenia. Medycy postanowili ją jak najszybciej przewieźć do Włoch. W Kijowie nie było już karetek. Załatwili prywatny transport i policyjną eskortę.
– 3 marca pani Yulia skontaktowała się z Aleksandrą. Dostali wiadomość, że jedna z dziewczynek jest w drodze do granicy z Polską. Towarzyszyli jej lekarka, pielęgniarz oraz babcia – mówi Magdalena Koryl przewodnicząca Rzeszowskiej Rady Kobiet. Tego samego dnia włączyła się w pomoc sprowadzenia dziewczynki.
– Apteki były wtedy bardzo oblegane. Aleksandra nie była w stanie rzucić wszystkiego, by się tym zająć. Zadzwoniła więc do mnie: „Magda, potrzebujemy karetki w Korczowej” – relacjonuje. I od razu zaczęła działać. – Poprosiłam o pomoc koleżankę, która dała mi numer do dyrektora szpitala w Przemyślu. Ten skierował mnie do pani organizującej karetki. A ona do pana Józia – jednego z kierowców – kontynuuje. O godz. 10 zaczęła wykonywać telefony. O 19 ambulans czekał na Olgę na granicy.
Wieczorem ona i jej opiekunowie zostali odebrani w Polsce. – Była pierwszą pacjentką, która przyjechała z Kijowa do stolicy Podkarpacia – zaznacza pani Magdalena.
Zadzwoniła do Szpitala Wojewódzkiego nr 2 w Rzeszowie, pytając, czy ją przyjmą. Od razu się zgodzili.
– Pojechałam tam, żeby uściskać Olgę. Jest bardzo zamkniętą dziewczyną, wiele w życiu przeszła, ale bardzo się ucieszyła, gdy mnie zobaczyła. Musiała mi zaufać, bo powiedziała, że teraz jestem osobą, która będzie sprawować nad nią opiekę, choć przecież jest dorosła i nie przyjechała tu sama – wspomina Magdalena Koryl. A co z babcią? – Przyjęli ją do siebie sąsiedzi pani Aleksandry. Pani przyjechała z jedną reklamówką. Bez jakichkolwiek pieniędzy, ale ci ludzie powiedzieli, że dopóki będą mogli, zajmą się nią – podkreśla. Starsza pani nie zamierza się zasiedzieć w Rzeszowie. „Gdy tylko wojna się skończy, wracam z wnuczką, żeby odbudować Ukrainę. Tam jest nasz dom” – powtarza.

Wiek przekreślił plany

Po przyjęciu do szpitala Oldze wykonano wszelkie badania, włącznie z biopsją. Otoczono opieką.
– Ale ona załamała się, bo okazało się, nie może pojechać do Włoch. Nikt nie liczył miesięcy, a 28 lutego Olga miała urodziny. A kiedy człowiek kończy 18 lat, przestaje być dzieckiem. Żadna dziecięca klinika jej już nie przyjmie. A te dla dorosłych to już zupełnie inna sprawa – nie kryje rozczarowania Magdalena. – Bardzo to przeżyła. Myślała, że już będzie w trakcie kuracji. Tymczasem została tutaj.
Jej nowi opiekunowie nie zamierzają się jednak poddawać. – Musi odpocząć, wzmocnić się. Na razie nikt nie podejmie się podróży do Włoch, poza tym tam nic na nią nie czeka. Jeśli jej stan zdrowia na to pozwoli, będziemy szukać innego miejsca – zapowiada Magdalena.
Na razie dziewczyna jest pod opieką lekarzy z rzeszowskiego szpitala, którzy zaplanowali dalsze leczenie. Znaleziono dla niej miejsce w Klinicznym Oddziale Opieki Paliatywno-Hospicyjnej w Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego Rzeszowie. – Nie mogłam się pozbierać po tej informacji. Nigdy nie byłam w hospicjum. Dla mnie to było miejsce, do którego się nie chodzi – wyznaje nasza rozmówczyni. Po raz pierwszy przyszła tam do Olgi. – Otworzyła się winda i zobaczyłam coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Kolory, kwiaty. Cisza i spokój. Bardzo czysto. Żółtym korytarzem weszłam do różowej sali Olgi. Ma piękne łóżko, dobre jedzenie. Jednym przyciskiem może wezwać pielęgniarkę. Niczego jej nie brakuje. Zaniemówiłam – wyznaje. A Olga? – W końcu zaczęła się uśmiechać.
Odwiedza ją pani salowa, która jest Ukrainką i jej ukochana babcia. Każdy tu o nich słyszał. – Pielęgniarki miały łzy w oczach, bo tak młodej osoby u nich nie było. Wszyscy ją pokochali – od zwykłych pracowników po panią kierownik oddziału.

Stała się moją rodziną

Magdalenie Koryl zależy, by usłyszeli o niej inni. – Bardzo bym chciała, żeby poruszyła ludzi w Rzeszowie. By ludzie dowiedzieli się, że w hospicjum jest taka dziewczynka. Sama. I by ktoś o niej kiedyś pomyślał – tłumaczy.
Olga nie miała szansy świętować swojej osiemnastki. Ale nikt nie powiedział, że trzeba to robić dokładnie w dniu urodzin. – Pomyślałam, przecież 28 jest za kilka dni! Zróbmy coś dla niej! Moja córka, która jest w tym samym wieku co ona, wpadła na pomysł, aby zrobić dla niej filmik. Napisała na Instagramie, że jeśli ktoś ma ochotę skierować do Olgi kilka słów, niech przyśle nagrania.
W ciągu kilku dni obejrzały kilkanaście filmików z życzeniami, słowami otuchy, a nawet modlitwą. Są z najróżniejszych zakątków – RPA, Meksyku, Wielkiej Brytanii, Tajlandii, Hiszpanii, Francji, USA, czy odległej Australii.
Ale to tylko jeden z prezentów dla 18-latki. Magdalena Koryl chce, by miała prawdziwych gości.
– Nie ma tutaj swoich przyjaciół, znajomych, rodziny. Ale to nie oznacza, że musi się czuć samotna. Jest ciężko chora, ale czy musi być tylko anonimowym pacjentem? Chcę, żeby ją zapamiętano, żeby mogła liczyć na wsparcie innych – tłumaczy.
Dlatego 28 marca o godz. 18 – w miesiąc po tych właściwych organizuje powtórne urodziny nastolatki. – Zaprosiłam znajomych, żeby przyszli jej pomachać. Nie chcę sensacji. Nie zrobię happeningu przed hospicjum, gdzie ludzie umierają. Przyjdziemy tam na 10-15 minut. To będzie spokojny moment, z życzeniami, okazaniem wsparcia. Być może wokaliści z Centrum Sztuki Wokalnej w Rzeszowie coś dla niej zaśpiewają.
Jeśli stan dziewczynki na to pozwoli, wyjdzie na moment na zewnątrz. Jeśli nie, na odległość przekażą jej dobrą energię.
– Chcę pokazać Oldze, że są ludzie, którzy wiedzą o jej istnieniu. Trzymają za nią kciuki albo się modlą. Nie powinna czuć się sama, bo wszyscy tu dla niej jesteśmy – podkreśla Magdalena. Jej podopieczna niczego się nie domyśla. -Powiedziałam jej tylko, że przygotowuję dla niej małą niespodziankę i poprosiłam, by mi zaufała. Czuje się trochę lepiej. Kiedy u niej byłam, zjadła mój rosołek, uściskała mnie. Stała się moją rodziną.

Wioletta Kruk

3 Responses to "Osiemnastka w cieniu wojny"

Leave a Reply

Your email address will not be published.