Ostatni paciorek himalajskiego różańca

Fot. Z archiwum Jerzego Kukuczki / www.jerzykukuczka.com

– Stało się… Wszystko dociera do mnie powoli. Jak zawsze na tej wysokości musi torować sobie drogę przez zmęczenie, łomot spracowanego serca, oddech szarpany głodem tlenu. I nie potrafię w sobie wyzwolić radości proporcjonalnej do tego przeżycia – tak Jerzy Kukuczka wspominał zdobycie Shisha Pangmy (8013 m n.p.m.). To właśnie tam, jako pierwszy Polak i drugi człowiek na świecie, zamknął Koronę Himalajów i Karakorum. Sukces uczcił… 14 kluskami śląskimi.

Jerzy Kukuczka cieszył się mianem niezniszczalnego. W górach przecierał szlaki i stawiał sobie ambitne cele. W imponującym stylu zdobywał kolejne wierzchołki. Efekt? Spośród 14 ośmiotysięczników składających się na Koronę Himalajów i Karakorum, na 10 wszedł nowymi drogami. 4 zdobył jako pierwszy zimą, 13 bez tlenu. 7 w stylu alpejskim, a jeden samotnie. I choć w tej pogoni wyprzedził go tylko Reinhold Messner, często to właśnie Polak uznawany jest za najlepszego himalaistę na świecie. Trudno się dziwić, zważywszy że Jerzy Kukuczka skompletował prestiżową czternastkę w 8 lat, borykając się z brakiem sprzętu, pieniędzy i pozwoleniami na wyjazd z kraju. Jego bogatemu „rywalowi” zajęło to aż 16 lat. Włoch co prawda na wszystkie szczyty wszedł, nie korzystając z dodatkowego tlenu, często w stylu alpejskim, nieraz samotnie, jednak głównie klasycznymi, najprostszymi drogami. Co ciekawe, Kukuczka zdobył swój pierwszy ośmiotysięcznik – Lhotse – w 1979 r., gdy Messner miał ich już siedem. Polak jednak zamknął swoją „kolekcję” tylko rok po koledze. Ostatnim szczytem była wznosząca się na wyżynie Tybetańskiej, Shisha Pangma (8013 m n.p.m.). Choć najniższy z całej prestiżowej czternastki, wcale nie był łatwy do zdobycia…

Walka o każdy kilometr

Problemy zaczęły się jeszcze w podróży, w którą wyruszyła kierowana przez Jerzego Kukuczkę ekipa wspinaczy m.in. z Wandą Rutkiewicz i Arturem Hajzerem w składzie. Okazało się bowiem, że droga z Katmandu do Kodari na wskutek powodzi jest… przerwana w ośmiu miejscach. Konieczna była organizacja karawany oraz wynajęcie tragarzy, co znacznie uszczupliło budżet wyprawy, a przy okazji opóźniło.
Już po przekroczeniu granicy nepalsko-chińskiej czekały kolejne niespodzianki, gdy głodni i strudzeni wędrowcy dotarli późnym wieczorem do hotelu. – Skojarzył mi się z koszarami – zapisał w swoim dzienniku Jerzy Kukuczka. – Nie ma nic do jedzenia, bo kucharz poszedł do kina!
Zdesperowani wspinacze ruszyli w miasto, gdzie w środku nocy udało im się obudzić kierownika jednej z jadłodajni, który ulitował się i ugotował im „michę ryżu z jakimiś warzywami”.
Następnego dnia wyruszyli do bazy, która, ku zdziwieniu himalaistów, okazała się znajdować ok. 2,5 dnia drogi od podnóży gór! Co więcej, towarzyszący wyprawie oficer łącznikowy oraz tłumacz odmówili udziału w dalszej wędrówce. Podobnego zdania był opłacony kucharz, który stwierdził, że: „dalej, wyżej już nie pojedzie, bo to niezdrowe, namiotu swojego też nie może odśnieżać, bo ma mocny sen”. Do tego doszły problemy z nepalskimi maszynkami do gotowania, które nie chciały palić się na chińskiej nafcie. Zakup nowych nie wchodził w rachubę, bo od najbliższej miejscowości dzieliło ich kilkaset kilometrów. Próby naprawy sprzętu niezbędnego do ugotowania ciepłych posiłków (co później się udało) musiano jednak odłożyć w czasie, bo wspinaczy dopadła… choroba wysokościowa. Za szybko pokonali różnicę wzniesień, co opłacili samopoczuciem.
Trzeba było jednak wędrować dalej. – Najpierw zaczęło padać, później deszcz przeszedł w śnieg – wspominał Jerzy Kukuczka w książce „Mój pionowy świat”. Bagaże dźwigały zwierzęta. – Droga prowadziła cały czas osuwającym się często zboczem, w dodatku miejscowe jaki okazały się strasznie dzikie. Byle co wyprowadza je z równowagi, wystraszone natychmiast wierzgają. Zrzucają przy tym z grzbietów ładunki, które lecą gdzieś 200 metrów w dół i lądują w rzece. Musimy biegać za nimi, ratować je, na skutek czego jesteśmy cały czas przemoczeni. To nie była zwykła karawana, ale walka o każdy kilometr.
Po 3 dniach wygrali to starcie, choć nie obeszło się bez targania bagażu i na własnych plecach. Wyprawa nareszcie mogła założyć prawdziwą bazę u podnóża gór na wysokości 5600 m.

„Pódźmy chłopy do szałasa”

I tu nie obyło się bez zmarwień, bo u Janusza Majera koledzy zaczęli podejrzewać obrzęk płuc lub mózgu. Gorączkowo sprowadzano go na niższą wysokość. Na szczęście pod opieką lekarza doszedł do siebie, choć zdiagnozowane zapalenie żył uniemożliwiło mu wspinaczkę.
Jego towarzysze zaczęli zaś aklimatyzację z kolejną przygodą. Podczas biwaku, w miejscu, gdzie zaplanowano pierwszy obóz, dosłownie zawiało grozą. – Spaliśmy w jednym namiocie razem z Arturem. Po przebudzeniu zaczynamy się kręcić, coś gotować, bardzo powoli ubieramy się. I akurat wtedy doleciał do naszych uszu ten przeklęty, typowy trzask. Zamarliśmy – wspominał tamte chwile Jerzy Kukuczka. – Gdy pojawił się narastający już huk, Artur pierwszy wysunął głowę z namiotu. Już widział, że pomyłka nie wchodzi w rachubę. Wrzasnął: – Lawina. I w tym momencie obaj rzuciliśmy się do malutkiego wyjścia z namiotu, jakoś wyrwaliśmy się wreszcie z objęć jego płacht. Widzę sunący w naszym kierunku ogromny biały tuman. Doleciał do moich uszu jakiś krzyk, ale wszystko przestało być ważne… Tak jak stoimy, tylko w skarpetkach na nogach, gnamy w tym śniegu przed siebie. Każdy z nas wie to samo: stawką tego biegu może być życie.
Himalaiści mieli farta. Lawina zatrzymała się kilkadziesiąt metrów przed ich namiotami. Wydawało się, że pech w końcu ich opuścił, bo niedługo później Jerzemu Kukuczce i Arturowi Hajzerowi udało się zdobyć uznawany za dziewiczy szczyt – Yebokangal Ri (7365 m n.p.m.) – taka tam… aklimatyzacja.
Niestety, limit szczęścia chwilowo się wyczerpał, a na przeszkodzie w dalszych zdobyczach górskich stanęła pogoda. W dzienniku Kukuczki czytamy: „Rano nie wychodzi nikt. Pogoda zmienna, wiatr ciągle się zmienia, dochodzą chmury”. Innego dnia zanotował: „Każdy zaczyna dostawać świra. Jednym nie podoba się muzyka. Wanda zaczyna w czasie obiadu podśpiewywać: „Pódźmy chłopy do szałasa”.
Po 12 dniach bezczynności aura poprawiła się na tyle, że „wszystkich opanował owczy pęd”. Himalaiści wręcz wyrywali się w góry. I właśnie to okienko pogodowe pozwoliło Jerzemu Kukuczce dokończyć to, co zaczął 8 lat wcześniej.

Czy coś się naprawdę skończyło?

Oczywiście kolekcjoner najwyższych szczytów nie byłby sobą, gdyby tylko wszedł i zszedł z Shisha Pangmy „normalną” drogą. Wraz z Arturem Hajzerem zdobył więc nie jeden, ale dwa wierzchołki tej góry (jako pierwsi weszli na niższy, mierzący 7966 m n.p.m. Shisha Pangma West) i to nową drogą, w stylu alpejskim.
Atak szczytowy rozpoczęli dopiero po południu. Przez późną porę Artur Hajzer zaproponował, by asekuracyjnie przebiwakować noc, a rano ruszyć – bez pośpiechu i presji. Jerzy Kukuczka najpierw mu przytaknął. Jednak tylko na chwilę. – W pewnym momencie przychodzi otrzeźwienie. Co ty pier…, Artur! Rzucamy plecaki pod uskokiem i idziemy teraz na szczyt, choćbyśmy mieli być na nim po nocy – relacjonował w dzienniku.
Na Shisha Pangmę weszli, gdy kończył się dzień… – Słońce zbliża się do horyzontu. W jego blasku niezwykle rozległy widok nabiera niesamowitych wręcz kolorów. Nigdy, nawet w najśmielszych marzeniach, nie mogłem przypuszczać, że epilog rozegra się w tak wspaniałej scenerii – opisywał tę chwilę Kukuczka. – Stoję przecież na szczycie ostatniego mojego ośmiotysięcznika. Ostatni paciorek mojego himalajskiego różańca.
Ukoronowanie wielu lat nadludzkiego wysiłku, poświęceń, wylanych litrów potu nie wyzwoliło w nim spontanicznej euforii… Szaleńczą radość zastąpiły „przeraźliwe rzeczowe myśli: „Że jednak wszedłem. Że właściwie jest fajno…”. Nie było okrzyków szczęścia, o zwycięskich gestach nie wspominając. – Tylko raz, wchodząc na Nanga Parbat wymyśliłem sobie, że na szczycie podskoczę z triumfalnie wyrzuconymi w górę ramionami. Żałosny to był podskok, kosztował za to mnóstwo wysiłku i powiedziałem sobie po nim, że już nigdy więcej – ironizował wspinacz.
Żeby było oryginalnie, himalaista zdobył szczyt na nartach. Po noclegu w dość kiepskich warunkach („zamiast namiotu mamy kawał szmaty trzepiący całą noc po naszych twarzach”), postanowił także zjechać na nich do bazy. Ponieważ nie miał doświadczenia w narciarstwie alpejskim, a 23-kilogramowy plecak zadania nie ułatwiał, zamiast pofrunąć na fali swojego sukcesu w dół, sporo się namęczył walcząc z nieubitym podłożem. W efekcie towarzyszący mu Artur Hajzer dotarł do bazy pieszo… zaledwie godzinę później. W udekorowanej papierem toaletowym bazie koledzy powitali Kukuczkę talerzem 14 klusek śląskich, jednej z jego ulubionych potraw. W każdą z nich wbita była chorągiewka z nazwą każdego ze zdobytych szczytów.
Wracając do bazy jako drugi człowiek na świecie, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, w głowie Jerzego Kukuczki kłębiło się mnóstwo myśli. Jedną z nich było: – Czy coś się naprawdę skończyło? Nie. Pionowy świat nie kończy się nigdy. Trwa. Czeka. Ja przecież tu jeszcze wrócę…

**********************
Jerzy Kukuczka zginął dwa lata później, próbując zdobyć południową ścianę Lhotse.

W materiale wykorzystano źródła: Jerzy Kukuczka „Mój pionowy świat”, „Ostatnia w koronie. Shisha Pangma’87. Z archiwum Jerzego Kukuczki. Tom 1” – Wydawca: Fundacja Wielki Człowiek.

Miejscem pełnym unikalnych pamiątek po wybitnym himalaiście jest utworzona przez jego żonę Izba Pamięci w Istebnej (w przysiółku Wilcze, nr 340) niedaleko Wisły. Zwiedzanie jest możliwe po uprzednim kontakcie (szczegóły na: www.jerzykukuczka.com).

Aneta Jamroży

 

Przywitałam go czternastoma różami

Z CECYLIĄ KUKUCZKĄ, żoną Jerzego Kukuczki, zdobywcy Korony Himalajów i Karakorum, rozmawia Aneta Jamroży.

– Kiedy dotarły do Pani radosne wieści, że mąż stanął na Shisha Pangmie?
– Nie za bardzo pamiętam… Prawdopodobnie dostałam informację z Polskiego Związku Alpinizmu. Byłam bardzo szczęśliwa! Gdy dowiedziałam się, kiedy wraca wyprawa, pojechałam do Warszawy, żeby przywitać męża na lotnisku. Kupiłam czternaście czerwonych róż – jedną za każdy ośmiotysięcznik. Na miejscu czekał już tłum dziennikarzy i fanów. Okazało się, że wyjątkowo z tej okazji możemy wejść na płytę. Gdy samolot wylądował, podjechaliśmy autobusem pod same schody. Po chwili oczekiwania otworzyły się drzwi. Pasażerowie zaczęli wysiadać… i w pewnym momencie patrzymy – jest!
– Był zaskoczony?
– Troszeczkę zdezorientowany, zmieszany. Nie spodziewał się, że zaraz po wyjściu z samolotu będzie na niego czekać tylu wielbicieli i dziennikarzy. Nie wiedział, co się dzieje, bo zaraz zaczęli mu robić zdjęcia, w ruch poszły kamery. Wbiegłam na schody z różami, złożyłam mu gratulacje… Takich chwil się nie zapomina. Widziałam błysk w jego oczach, łzy, taki oddech, jakby zdawał się mówić: „Och, koniec. Skończyłem już tę Koronę Himalajów”. To była wielka ulga. Był szczęśliwy, że pewien etap w jego życiu się zakończył.
– Romantyczna chwila w ramionach męża zapewne nie trwała długo?
– Szybko zaczęło się zamieszanie. Wszyscy podchodzili do Jerzego z mikrofonami, prosząc go o wywiad. Gdy dojechaliśmy z powrotem na lotnisko, to już w ogóle nie miałam męża (śmiech), tak go oblegli wielbiciele i dziennikarze.
– A i później musiała się Pani nim dzielić…
– Gdy przyjechaliśmy do domu, już zupełnie nie miał spokoju. Pierwsze, co zastaliśmy, to były telegramy gratulacyjne od wszystkich: władz państwowych, papieża, ważnych osobistości, znajomych z całego świata. Tych telegramów była masa! Potem były listy z wierszami, piosenkami, kolejnymi gratulacjami. Jeszcze długo, długo po Shisha Pangmie Jerzy otrzymywał taką korespondencję od swoich fanów i nie tylko.
– Sława była dla niego uciążliwa?
– Była, bo drzwi się u nas w domu nie zamykały. Ciągle ktoś wchodził, wychodził. A mieliśmy bardzo małe mieszkanko w bloku, więc nie było łatwo przyjąć tych wszystkich ludzi. Codziennie przybywali dziennikarze, do tego bardzo dużo naszych znajomych. Bez przerwy zamawiałam torty z 14 wierzchołkami. Dość długo świętowaliśmy ten ostatni szczyt i Koronę Himalajów. Było to bardzo miłe, ale i męczące. No i niestety nastał trudny czas rozstań, bo Jerzy ciągle wyjeżdżał – często za granicę, na spotkania z publicznością, dziennikarzami, fanami, więc znowu byliśmy nie zawsze blisko siebie…
– Przy tych wyjazdach nie musiała się Pani przynajmniej martwić o jego zdrowie i życie.
– I mnie kamień z serca spadł, i jemu, że zakończył już Koronę Himalajów i szczęśliwie wrócił do domu. Przez jakiś czas nie wyjeżdżał w góry. Niedługo. Już po roku – w 1988 – wyruszył na Annapurnę.
– I zgasła nadzieja, że mąż zakończy przygodę z górami…
– Myślałam: „Och, jak dobrze, że już tę Koronę Himalajów zdobył, że teraz już będzie w domu, będziemy razem. Nie będzie wyjeżdżał na tak ekstremalne wyprawy. To, o czym marzył, ma już za sobą”. No, ale cóż… Szybko okazało się, że ma jeszcze jedno marzenie, duże marzenie: południową ścianę Lhotse. Była dla niego wielkim celem. Bardzo chciał ją zdobyć, bo wtedy pokazałby swoją klasę.
– Przecież pokazywał ją już wielokrotnie!
– Pokazywał, ale wciąż chciał coś udowodnić i nie udało się, niestety…
– Czyli zdobycie Korony Himalajów i Karakorum było tylko jednym z marzeń?
– Myślę, że było to zakończenie jakiegoś marzenia, które chciał spełnić nie tylko on, ale i wielu jego kolegów. Gdy ten cel osiągnął, wymyślił następny. To było takie niekończące się…
– W pogoni za zdobyciem najwyższych szczytów deptał po piętach Reinholdowi Messnerowi. Jak z Pani perspektywy wyglądała ta nakręcona medialnie „rywalizacja”?
– Jerzy nigdy nie wierzył, że dogoni Messnera i może być tym pierwszym. Nigdy, absolutnie. Dzieliły ich trzy szczyty – to dużo. Pan Messner w każdej chwili mógł sobie pozwolić, aby wyjechać na wyprawę. Miał pieniądze, sprzęt, helikoptery do dyspozycji. Polacy nie mieli nic. Trudno było zorganizować wyjazd. Na pewno każdy chce być tym pierwszym, każdy sportowiec o to walczy, ale w tym wypadku było to nierealne marzenie. Pan Messner musiałby chyba w pewnym momencie przestać wyjeżdżać w góry, żeby Jerzy został tym pierwszym.
– Za to Pani mąż skompletował koronę w dwukrotnie krótszym czasie i niesamowitym stylu.
– W bardzo pięknym stylu: nowymi drogami i bez tlenu, a z ostatniego szczytu zjechał na nartach. Dwa szczyty ośmiotysięczne w jednym tylko sezonie zimowym to też był wyczyn wielkiej klasy, którego nikt nie powtórzył do dzisiaj. Co wyprawa, to zawsze wymyślał innowację, żeby zrobić coś inaczej niż inni. Był bardzo silnym mężczyzną, wręcz herosem. Nigdy nie powiedział: „Nie chce mi się”, „To jest za trudne”, „Może innym razem, może to przełożę…”. Zawsze dążył do realizacji tego, co sobie postanowił, wymarzył…

One Response to "Ostatni paciorek himalajskiego różańca"

Leave a Reply

Your email address will not be published.