
– Kiedy odbierałam Anię, widziałam przerażenie w jej oczach. Pośród tych wszystkich ludzi czuła się samotna.
Trzymała za rękę 3-letnią córeczkę Angelikę. W Ukrainie zostawiła 9-letniego synka, rodziców. Jej mąż poszedł walczyć
– opowiada Gosia z Rzeszowa. Jak wielu mieszkańców naszego regionu, przyjęła pod swój dach uciekających przed wojną.
Po kilku dniach wspólnego mieszkania mówi, że są już rodziną.
Gosia jest w drodze. Nie ma czasu na spotkanie z nami. Ani na rozmowę. Udaje mi się ją złapać dopiero późnym wieczorem. Akurat wiezie z Adrianem wyposażenie dla ukraińskiej rodziny do ich tymczasowego nowego domu. To kolejni uchodźcy, którym pomagają. Gdy wrócą, Gosia będzie z siostrą i koleżanką sprzątać mieszkanie dla kolejnych przybyszy. Skończą nad ranem. Od początku mocno zaangażowali się w niesienie pomocy – począwszy od zbiórek darów, pomoc w punktach, w których uchodźcy się zatrzymują, przez poszukiwanie dla nich dachu, aż po zadeklarowanie im własnych czterech ścian.
– Od razu zaoferowałem, że jeśli będzie trzeba, o każdej porze dnia i nocy mogę pomóc – w transporcie żywności, ludzi, opiece nad nimi. Jestem do dyspozycji. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że moja rodzina wyjeżdża do obcego kraju, a ja zostaję walczyć. Nie chcę wiedzieć, co muszą czuć ojcowie, którzy teraz martwią się, kto zajmie się ich matką, żoną z dziećmi – mówi Adrian. – To naturalny odruch serca, by na tyle, na ile starczy sił, pomóc – dodaje. Pracuje w dwóch miejscach. Jednak kiedy jest potrzebny, nie odmawia. – Czujemy zmęczenie, ale to schodzi na drugi plan, gdy w czyichś oczach widzimy nadzieję pomieszaną ze strachem. Przecież oni powierzają swój los w nasze ręce. Wszystkie dotychczasowe problemy, które wydawały się nam nie do przejścia, stały się błahostką. Teraz to nie ma najmniejszego znaczenia.
Jak zapomnieć o koszmarze
Gosia od pierwszego dnia wojny zakładała, że przygarnie potrzebujących do swojego domu. – Tu chodzi o godność człowieka. Nikt nie powinien spać na dworcach czy w halach – nawet chwilowo – tłumaczy. Dlatego z jednego z punktów noclegowych dla uchodźców zabrała do siebie matkę z 3-letnim dzieckiem.
Ania dotarła do Polski z Łucka. – Mieszkałam tam z mamą, mężem i dziećmi. Zabrałam tylko córeczkę. Syn został z dziadkami ze strony męża, do których wcześniej pojechał. Mój mąż jest żołnierzem i walczy – opowiada. Nie miała czasu na przemyślenia. Spakowała się w 15 minut, wzięła Angelikę za rączkę i ruszyła w stronę granicy. – Wystraszyłam się, kiedy zobaczyłam jakieś 2 tys. osób i 20-kilometrową kolejkę samochodów. Było mi ciężko – wyznaje. Ale w końcu udało jej się stanąć po polskiej stronie. – Nie wiedziałam, dokąd mam jechać. Znalazłam w Internecie numer do jednej z organizacji i tak trafiłam do Rzeszowa. A następnego dnia Gosia mnie zabrała do domu – relacjonuje Ania.
– Kiedy ją odbierałam, widziałam przerażenie w jej oczach. Pośród tych wszystkich ludzi czuła się samotna. Teraz najważniejsza jest życzliwość, zapewnienie uciekającym rodzinnego ciepła, by mogli poczuć się jak w domu – zauważa Gosia. Razem ze znajomymi zorganizowała najpotrzebniejsze rzeczy, szczególnie dla 3-latki. – Ona nie umie jeszcze zbyt dużo mówić, ale jedno słowo ciągle powtarza: „Dziękuju.” Kiedy przyniosłyśmy jej z koleżanką zabawki, była taka szczęśliwa, jakby przyszedł do niej Święty Mikołaj! Zapomniała o strachu i koszmarze, jaki przeszła, idąc do granicy – opisuje wolontariuszka. – Jej mama też poczuła się bezpiecznie. – Na początku myślała, że my czegoś od niej oczekujemy. Pytała, jak długo może zostać. Bała się, że po dwóch trzech dniach ją wyproszę. Powiedziałam, że może zostać tu, jak długo chce. Jeśli będzie trzeba, to rok, dwa. Nie mogła w to uwierzyć. Popłakała się ze szczęścia. To było bardzo duże przeżycie – wyznaje Gosia.
A Ania telefonicznie opowiadała krewnym o tym, jak Polacy przyjmują Ukraińców. Kobieta nie chce też bezczynnie czekać. – Wszystkie trzy – razem z małą Angeliką – pieczemy ciasteczka, aby były gotowe dla kolejnych dzieci, które docierają do Rzeszowa z granicy – opowiada Gosia. A kiedy idzie do pracy, Ania stara się być pomocna na wszelkie możliwe sposoby. – Udrożniła mi zatkany zlew. Rozkręciła cały kran i wszystko wyczyściła, żeby woda mogła swobodnie spływać! Rozbroiło mnie to – śmieje się Gosia. – Choć jesteśmy razem zaledwie kilka dni, traktuję Anię i jej córeczkę jak rodzinę. Chodziła ze mną do pracy, żeby poznać moich znajomych. Chciała pomóc w punkcie, w którym działam przy zbiórce darów dla uchodźców. Żeby mogła pójść ze mną pomagać, zostawiła swoje maleńkie dzieciątko u moich przyjaciół, a dla niej przecież zupełnie obcych ludzi i do tego w obcym kraju! – podkreśla Gosia.
W najbliższych dniach do Ani dołączy jej 9-letni synek, o którego tak bardzo się bała, oraz siostra z… 3-tygodniowym niemowlęciem. – Nie chciałam ich rozdzielać. Na szczęście znalazł się pan, który udostępni im piękne mieszkanie. Mogą mieszkać u niego jak długo chcą. Będą razem i blisko nas. Mają plan, że siostra będzie zostawać z dziećmi w domu, a Ania chciałaby pracować. W Ukrainie zajmowała się ewidencją magazynową w sklepie. Dorabiała też, wykonując zabiegi stylizacji brwi i rzęs. Chętnie przyjmie więc i oferty z Rzeszowa.
– Bardzo jestem wdzięczna Gosi. Ona jest bardzo dobra. Mogę się do niej zwrócić z każdym problemem i wszystko ułatwia. Już znalazła dla nas mieszkanie, w którym będę mogła mieszkać razem z rodziną – podkreśla Ania.
– Ukraińcy nie mogą uwierzyć, że Polacy tak się zaangażowali. Oni czują, jakby Polska i Ukraina była jedną rodziną. Ale trzeba podkreślić, że my jesteśmy tylko „siłą roboczą.” Sami nic byśmy nie zrobili, bo nie mielibyśmy na to środków – cieszy się Gosia. – Wsparcie okazuje cały Rzeszów! Wszyscy zadają nam to samo pytanie: „Jak mogę pomóc?”.

(z lewej) ma już w Rzeszowie
koleżanki – to córeczki
znajomych Gosi. Dziewczynki uwielbiają spędzać ze sobą
czas i nie potrafią się rozstać (na zdj. z Marysią). Fot. arch prywatne
Przyszywane wnuczęta
– Przybyłych Ukraińców traktujemy jak swoich. Mają podobną kulturę, podobny język. Przez wiele lat byli uciskani tak jak kiedyś Polacy. Niektórzy znajomi mówili: „A pamiętasz o Wołyniu?!”. To chore i przykre. Historii nie da się wymazać, ale przecież to nie są ci sami ludzie. Przecież nie przyjmuję do domu zbrodniarzy wojennych, tylko ludzi szukających azylu. Trzeba otworzyć serca, ale i dom, żeby te maluchy, niczemu niewinne dzieciątka, nie musiały tułać się po halach, a ich mamy choć na chwilkę mogły odciążyć głowy od tego, co za sobą zostawiły – nie ma wątpliwości pani Joanna z Rzeszowa. Gości u siebie mamę z 12- i 3,5-letnimi dziećmi.
Sama ma 5-letniego synka. Mieszka z rodzicami. – Kiedy o konflikcie zrobiło się głośno, było jasne, że ludzie będą uciekać. Moi rodzice kompletnie nie myśleli o takiej formie pomocy. Powiedziałam do nich: „Nie wiem, jak wy się na to zapatrujecie, ale skoro my mamy tak duży dom, możemy kogoś przyjąć”. Wiem, że gdybym to ja była rzucona w świat z moim synkiem, chciałabym, żeby ktoś mnie ciepło przyjął.
Trzeciego dnia wojny dowiedziała się, że zaprzyjaźniony ksiądz wiezie ze Lwowa 20 rodzin. – Szczerze mówiąc, postawiłam rodziców przed faktem dokonanym. Powiedziałam: „Ja biorę rodzinę” – uśmiecha się.
Pierwsze spotkanie? To było… – załamuje się jej głos. – Zobaczyłam przestraszone dzieci „wklejone” w tę mamę. Przyjechali z jedną małą walizeczką, do której cała trójka musiała się spakować
– opisuje.
Pani Joanna razem ze znajomymi szybko zorganizowała zbiórkę najpotrzebniejszych rzeczy, szczególnie ubrań. Dziś jej goście mają wszystko, czego potrzebują. Przede wszystkim bezpieczeństwo i dobro. – Ukraińska mama wie, że nie jest sama, że zawsze możemy porozmawiać, nawet o błahostkach, żeby tylko nie myśleć o wojnie. Moja mama jako babcia czuje się w obowiązku nowym wnuczętom ugotować coś ciepłego. Tato zabiera chłopców do grodu, na rower albo na plac zabaw, a mój syn zaprasza ich do zabawy w swoim pokoju – wylicza pani Joanna. – Na co dzień nie doceniamy tego, co mamy. A mamy naprawdę dużo. Moje dziecko widzi i doświadcza tego, że ktoś czegoś może nie mieć. Wtedy samo otwiera swoją szafę z ubraniami. Mówi: „Żenia, chodź, wybierz sobie coś. Chcesz to? Chcesz to?”. Idziemy do sklepu tylko po chleb, a on mówi: „Mama, kupmy dzieciom czekoladę”. Cieszę się, że też otwiera swoje małe serduszko – dodaje.
W kilka dni bardzo się do siebie przywiązali. – Przeżywamy wszystko razem z nimi. Zapraszamy do siebie panią, która mieszka w innej części miasta i też przyjechała tu z Ukrainy z dziećmi. Mimo że kobiety uciekły i mogłyby się odciąć od wszystkiego, cały czas wyrażają chęć pomocy. Są w stałym kontakcie z osobami we Lwowie i Kijowie. Starają się zorganizować transport dla „swoich chłopców”. A my przeżywamy to wszystko razem z nimi – wyznaje.
Nie robią planów. Żyją z dnia na dzień i czekają, co przyniesie jutro. – Olga (imię zmienione) rzuciła mi się wczoraj w ramiona, mówiąc: „Asia, ja chcę do domu!”. Rozumiem ją. Tylko czy będzie miała, do czego wrócić…
Wioletta Kruk



33 Responses to "Otworzyli serca i domy"