
KRAJ. Poczta Polska dzięki Ministerstwu Cyfryzacji wie o nas wszystko, poza tym, co potrzebne do korespondencyjnego głosowania.
Polski rząd, przygotowując bez podstawy prawnej wybory korespondencyjne, najwyraźniej bardzo się spieszy i ma „pod górkę”. Ma, bo sporo samorządów odmówiło wydania Poczcie Polskiej rejestrów wyborców. Władza miała jednak „plan B”, polegający na tym, że nasze dane udostępniło jej Ministerstwo Cyfryzacji. Ma to jednak feler, bowiem ministerstwo dysponuje licznymi informacjami o obywatelach, na przykład czy się rozwodzili i ile mają dzieci, ale akurat tego, czy figurujemy w rejestrze wyborczym tam, gdzie jesteśmy zameldowani, już nie.
Dzięki Ministerstwu Cyfryzacji, Poczta Polska dowie się o nas takich rzeczy, jak np. kto się z kim kiedy żenił, a także czy i kiedy się rozwodził oraz szczegółów naszej dzietność. No i oczywiście tego, gdzie kto z nas jest zameldowany. Pod ten adres listonosz dostarczy nam pakiet wyborczy. Rzecz w tym, że wcale nie musimy mieszkać pod adresem, pod którym jesteśmy zameldowani, ani znajdować się w rejestrze wyborców, właściwym naszemu zameldowaniu. Z rejestru tego bowiem jesteśmy usuwani, gdy mieszkając zupełnie gdzie indziej „przepiszemy się” do rejestru wyborców właściwemu miejscu, w którym zamieszkujemy. W tym celu wystarczy w urzędzie gminy, w której zamieszkujemy złożyć stosowny wniosek i po jego akceptacji figurujemy już w spisie wyborców tam, gdzie naprawdę mieszkamy, a z tego, gdzie jesteśmy jedynie zameldowani „znikamy”. Wszystko jasne, proste i klarowne, ale akurat nie w tych wyborach, które chce przeprowadzić na siłę rząd. A to dlatego, że informacji o tym, że głosujemy nie tam, gdzie mamy meldunek Ministerstwo Cyfryzacji nie ma. Ma je gmina, gdzie głosujemy i w normalnych wyborach udostępnia je Państwowej Komisji Wybiorczej. Jednak partia rządząca przy okazji tarczy antykryzysowej nr 2 odebrała PKW kompetencje do organizacji wyborów korespondencyjnych.
Kpina, nie wybory
Zatem Poczta Polska nie mając informacji z samorządów na temat naszego miejsca głosowania dysponuje tylko adresem naszego zameldowania. – Pochodzę spod Leżajska i nadal tam jestem zameldowana w domu rodzinnym – wyjaśnia mieszkająca od dobrych kilku lat w Rzeszowie Beata. – Kilka lat temu wpisałam się tu w Rzeszowie do rejestru wyborców, a teraz dowiaduje się, że karta do głosowania przyjdzie pod adres mego rodzinnego domu. Mieszkają tam mój ojciec i brat, z którymi nie utrzymuję żadnych kontaktów – zauważa kobieta. – Co mam teraz zrobić, chcąc zagłosować? – pyta. Okazuje się, że nie da się nic zrobić. Listonosz nie wie bowiem, że zameldowana osoba nie mieszka pod tym adresem, ma tylko dostarczyć pakiet do właściwej skrzynki pocztowej i reszta go nie obchodzi. – To jakie to mają być wybory? To kpina będzie – stwierdza Andrzej z Przemyśla. – Za wybory się biorą, a rejestrów wyborców nie mają – zaśmiewa się. – Przecież nawet jak te wybory będą i pan Duda wygra, to każdy będzie mógł podważać wynik – podkreśla. – Takie coś tylko w Polsce za PiS-u jest możliwe – kwituje. Zdanie Andrzeja podzielają największe prawnicze autorytety w Polsce, a także na przykład Rzecznik Praw Obywatelskich. Ale rząd ma owo zdanie za nic i utrzymuje, że wybory korespondencyjne są świetnym pomysłem, z realizacją którego doskonale sobie wraz z Pocztą Polską poradzi.
Monika Kamińska



19 Responses to "Pakiet wyborczy możemy dostać tam, gdzie… od lat nie mieszkamy"