
Udowadniał, że nawet w PRL-owskiej rzeczywistości można… zrealizować wszystko, a granice wytycza jedynie wyobraźnia. Tytus, Romek i A’Tomek pokazywali, jak przełamywać wszelkie bariery. Fenomenalne środki transportu umożliwiały im przemieszczanie się w czasie i przestrzeni. Zbudowali odjazdowy rakietowóz. Podróżowali trąbolotem, mielolotem, prasolotem, albo wannolotem… W księdze VII przelatywali nad Tarnobrzegiem, a w XII eksplorowali Bieszczady. To z tymi bohaterami przenosiliśmy się na Dziki Zachód, Wyspy Nonsensu, do średniowiecza, albo w kosmos, świetnie się bawiąc. I do dziś chętnie przerzucamy się śmiesznymi cytatami z kultowych komiksów.
Twórca Tytusa przyszedł na świat w Warszawie w 1923 r. Mieszkał w kamienicy przy Nowomiejskiej 18/20, wbudowanej w rozebraną część Barbakanu. Po wybuchu II wojny i upadku stolicy wstąpił w szeregi konspiracyjne. Podczas powstania warszawskiego był żołnierzem 7. Pułku Piechoty AK „Garłuch”. 2 sierpnia 1944 r. aresztowali go Niemcy i przydzielili do obsługi Okęcia. Później udało mu się uciec do Skierniewic. Zmobilizowano go latem 1945 r., a zdemobilizowano dwa lata później. Jaki obraz zastał po powrocie do powojennej stolicy? – Przechodziłem przez plac Zamkowy, a tam rowy łącznikowe, król Zygmunt leżał… – opisywał genialny twórca. – Wreszcie zobaczyłem swój dom: spalony i zbombardowany. W takim krajobrazie od 1 września w 1947 r. rozpoczął…
żywot „prostego rysownika”.
Autora imponującej serii komiksowej miał okazję poznać Wojciech Jama, kolekcjoner i pomysłodawca rzeszowskiego Muzeum Dobranocek. – Kiedy ze świadomego czytelnika komiksów stawałem się świadomym kolekcjonerem, natrafiłem na plik pożółkłych gazet „Świat Przygód” z końca lat 40. XX wieku, gdzie były rysunki podpisane Chmiel. Podejrzewałem, że ich autorem może być Henryk Jerzy Chmielewski. Nie miałem jednak pewności. A były to czasy, kiedy nie było jeszcze, ani jego autobiograficznych książek „Urodziłem się w Barbakanie” czy „Żywotu człeka zmałpionego”, ani Internetu
– wspomina Wojciech Jama. – Zdobyłem adres Papcia, już nawet nie pamiętam w jaki sposób, i po długich wahaniach zdecydowałem się do niego napisać, by dopytać, czy te materiały są rzeczywiście jego autorstwa. Wysłałem list, taki tradycyjny, w kopercie ze znaczkiem, i ku mojemu zaskoczeniu otrzymałem odpowiedź. A przecież nie byłem nikim ważnym.
Henryk J. Chmielewski zrelacjonował z typowym dla niego humorem losy po demobilizacji. – Dowiedziałem się, że w redakcji „Świata Przygód” był chłopakiem do wszystkiego, a pracę zaczynał od… wyprowadzania na ulicę „kundloratlerka” redaktora naczelnego. Na początku rysował w tygodniku winietki, banerki i drobne historyjki. To on wpisywał też polskie teksty w dymki czarno-białego komiksu „Sierżant King z królewskiej konnicy”, który kopiowano ze szwedzkiego tygodnika – opowiada Wojciech Jama. – Gdy Polska zamknęła się na świat kapitalistyczny i zachodnia prasa stała się nieosiągalna, nagle „Świat Przygód” pozostał z rozpoczętą historią, a Papcio otrzymał zadanie, by ją dokończyć.
Natomiast od 80. nr „Świata Przygód” H. J. Chmielewski zaczął rysować własny komiks „Feluś Szczudełko, Jędrek Sadełko”. – Pierwszy, jak wskazuje imię, był wysoki i szczupły, a drugi mały i gruby. W nich można dostrzec zarysy postaci Romka i A’Tomka – opisuje Wojciech Jama. Historie, w których zagościli bohaterowie właśnie o takich imionach, ujrzały światło dzienne dokładnie 22 X 1957 r. na pierwszej stronie „Świata Młodych”. Chłopcy poznali człekokształtną małpkę i rozpoczęli wesołe przygody. Ilustrujące je czarno-białe historie ukazywały się przez 9 lat, a czytelnicy oszaleli na ich punkcie. Zaczęło się polowanie na „Świat Młodych”. – To nie były czasy, kiedy prasę się kupowało, ale trzeba ją było zdobyć, biegając po całym mieście od kiosku do kiosku – uściśla Wojciech Jama. Na Tytusowe przygody zebrane w księgi czytelnicy musieli poczekać do 1966 r. To były na nowo rysowane historie. Dla oszczędności kolor pojawiał się na arkuszu tylko z jednej strony. Po zeszytach pojawiły się jeszcze pięknie wydane albumy w twardych oprawach nawiązujące do historii Polski. Tytus – człekokształtny bohater – był harcerzem, kosmonautą, plastykiem, dziennikarzem, olimpijczykiem, kibicem, powstańcem, a w końcu i bohaterem „Elemelementarza”. – Bawił kolejne pokolenia. Ten humor przetrwał próbę czasu, a cytaty żyją w codziennym języku – ocenia Wojciech Jama. Bo to Papcio Chmiel wszczepił nam na zawsze „tytusolek polihumorku”. I uczył: „Śmiej się od ucha do ucha i półgębkiem, śmiej się pod wąsem i całą gębą, wybuchaj śmiechem i parskaj ze śmiechu, śmiej się w duchu i otwarcie”.
Archiwum w tapczanie
Wojciech Jama i Papcio Chmiel spotkali się osobiście w 1998 r. – Ta wizyta w mieszkaniu słynnego rysownika dla mnie, jako fana jego historii i kolekcjonera, była ogromnym wydarzeniem. Mój ulubiony autor, legenda środowiska, okazał się przesympatycznym, otwartym człowiekiem. Choć nie był już najmłodszy, byłem pod wrażeniem sprawności jego umysłu – podkreśla Wojciech Jama. – Doskonale pamiętał daty i fakty, a kiedy chciał mi coś pokazać wiedział, w której szufladzie ma to schowane, albo podnosił tapczan i bezbłędnie trafiał na poszukiwany materiał.
Papcio Chmiel ujął Wojciecha Jamę gościnnością i bezinteresownością. Rzeszowski kolekcjoner otrzymał na pamiątkę od autora komiksów odręczną dedykację z rysunkiem i cenne upominki: – Dostałem oryginalną planszę komiksową jego autorstwa przygotowaną do „Świata Młodych” oraz oryginalną pracę Jana Marcina Szancera z historii „Przygody ziarnka kawy”. Te dary stały się dla mnie jak relikwie i zapoczątkowały zbiór oryginalnych autorskich plansz – zdradza Wojciech Jama. – Ostatni raz widzieliśmy się trzy lata temu. Zawiozłem mu katalog z wystawy „Teraz komiks!” w Muzeum Narodowym, gdzie wyeksponowano moje komiksowe zbiory, a wśród nich m.in. oryginalną planszę podarowaną mi przez Papcia Chmiela. Zaaranżowaliśmy także pracownię, według rysunku mistrza, a na półkach stanęły wymyślone przez niego pojazdy w 3D – mówi Wojciech Jama.
Chmielewski sporo podróżował po świecie i po Polsce. – Trudno mi sobie wyobrazić, gdyby nie zdjęcia, jak można we dwoje, z całym ekwipunkiem turystycznym, ryzykując zachwianie pogody, robić wypady motocyklem z Warszawy na Mazury, albo w Bieszczady – zaznaczał kultowy twórca w autobiografii. W każdej trudnej sytuacji ratował się humorem: – Lewe oko nie pracuje, ale prawe starczy jeszcze na jakieś 20 albumów. (…) Serce Papcia pracuje w normie wieku – relacjonował w swoim „Żywocie człeka zmałpionego”. Życzył sobie dożyć setki. Zabrakło mu trzech lat. – Do końca pozostał aktywny, rysował, chętnie spotykał się z ludźmi, już nie na skalę spotkań autorskich, ale w kameralnym gronie. Takiej kondycji w takim wieku niejeden może mu pozazdrościć – zauważa Wojciech Jama. – Śmierć jest nieunikniona, ale odejście Papcia Chmiela napawa nie tylko smutkiem, ale i zamyka epokę w historii polskiego komiksu.
Beata Sander


